Uzyskanie praw obywatelskich zajęło pomorskim Żydom kilka wieków. Posiadanie pełnych przywilejów obywatelskich nie trwało jednak długo. Kres przyszedł wraz z wyborami parlamentarnymi 1933 i triumfem narodowych socjalistów. Prezentujemy II część naszego cyklu
Greifenhagen nie bez przyczyny uchodziło za brunatne miasteczko. Było miejscem, które dało się porwać Adolfowi Hitlerowi już na początku lat 30. Podczas wyborów 1930-32 NSDAP uzyskiwała w prowincji poparcie od 24 do 43 procent. Führer, choć w skali kraju musiał przełknąć gorycz porażki, wygrał w Greifenhagen już podczas wyborów prezydenckich w 1932 r., gdy z wynikiem 52,47%, pokonał Paula von Hindenburga i Ernsta Thalmanna z komunistycznej KPD. Rok później natomiast, gdy NSDAP wraz z swoimi przybudówkami zyskiwała parlamentarną większość, w Kreis Greifenhagen głos na nazistów oddało aż 61,7% głosujących. Przy frekwencji wynoszącej 30 791 osób, za Hitlerem zagłosowało więc 19 010 mieszkańców regionu. Wyższe poparcie miał tylko w Pyritz (64%), przy czym w Stettinie „zaledwie” 48,2%.
Za narodowymi socjalistami poszła przede wszystkim pomorska prowincja, a wśród niej robotnicy rolni, drobne chłopstwo oraz junkierstwo i nastawione nacjonalistycznie mieszczaństwo. Z Kreis Greifenhagen związanych było zresztą kilku słynnych, nazistowskich działaczy.
Z rodziny ziemiańskiej z Kehbergu (dzisiaj Krzywin) pochodził Gerhard Roßbach, od którego nazwany został oddział, będący kuźnią hitlerowskich kadr. Grupa Roßbacha powstała w 1918 r., by bronić granic Prus Zachodnich. W kolejnych latach walczyli na Łotwie oraz byli wykorzystywani do tłumienia powstań, m.in. w Zagłębiu Ruhry, a wiosną 1921 r. na Górnym Śląsku.
Zdaniem biografów Roßbacha, właśnie wtedy w jego grupie doszło do radykalizacji ideologicznej, także w temacie podejścia do ludności żydowskiej. W 1922 r. Roßbach wstąpił do NSDAP i otrzymał od Hitlera zadanie rozbudowy struktur partyjnych poza Bawarią. Z jego oddziału wywodziło się wielu „znamienitych nazistów”, w tym generał SS Martin Bormann, prezydent berlińskiej policji hrabia Wolf-Heinrich von Helldorf, czy komendant obozu w Auschwitz-Birkenau Rudolf Hoess.
Uczniem Roßbacha był ponadto Edmund Heines. Nieślubny syn Edmunda von Parisha (potrntata z kupieckiej rodziny porównywalnej niegdyś do Rotszyldów) uchodził za jedną z najbardziej awanturniczych i zbrodniczych postaci pierwszego dziesięciolecia nazizmu.
W 1920 r. był dowódcą Freikorpusu Roßbacha na terenie Kreis Greifenhagen. Jego żołnierze nie tylko pilnowali „porządku”, ale również zabezpieczali magazyny z bronią, która nie została zwrócona w ramach rozbrojenia Niemiec.
Gdy robotnik z Rosenfelde (dziś Rożnowo) odkrył skład broni, Heines zastrzelił go, a zwłoki pochował w lesie. Następnie, przez Śląsk, zbiegł do Bawarii, gdzie uczestniczył w puczu monachijskim. Karę więzienia odbywał w tym samym miejscu, co Adolf Hitler.
Nie był to jego jedyny czas za kratami. W 1928 r. w końcu został skazany za zbrodnię sprzed lat. Mimo kilkuletniego wyroku, na wolność wyszedł już w lipcu 1927 r. Wówczas jego kariera rozbłysła.
Został… posłem do Reichstagu (1930-33), członkiem najwyższych władz SA (oddziały szturmowe NSDAP), dowódcą SA-Standarte w München oraz prezydentem policji w Breslau. Podobnie jak inni prominenci z SA, stracił życie podczas „Nocy długich noży”.
Z naszego regionu wywodził się też Gustav Kleikamp. Syn lekarza z Fiddichow był oficerem, który rozpoczął II wojnę światową. Dowodził pancernikiem Schlezwig-Holstein, gdy ten rozpoczął ostrzał Westerplatte. Rodzina Kleikampów stanowi świetny przykład tego, że poglądy nie zawsze wynosi się z domu. Bratem hitlerowskiego oficera był bowiem Karl Kleikamp, polityk… lewicowej SPD, a po wojnie wiceprzewodniczący ministerstwa sprawiedliwości we wschodnim Berlinie.
Ponadto, w pobliskim Schwedt wychował się Paul von Hintze, minister spraw zagranicznych Niemiec z ostatniej fazy I wojny światowej.
Nie było więc tak, że w rejonie Greinfenhagen mieszkali wyłącznie wyznawcy Hitlera. Jego przeciwnicy znajdowali się jednak w zdecydowanej mniejszości. A ta nie posiadała prawa głosu.
NAZISTOWSKI WYSTRÓJ
W 1933 r. naziści nie szli do historycznych dla siebie wyborów z antysemityzmem wypisanym na sztandarach. Zdaniem Iana Kershawa, biografa Führera, choć rasizm znajdowały się w samym jądrze hitlerowskiego światopoglądu, to nie on dał NSDAP wygraną. O sukcesie wyborczym przesądziły obietnice gospodarcze oraz zapowiedzi odbudowy znaczenia Niemiec w „powersalskiej Europie”. Poglądy na „kwestię żydowską”, mimo że przypudrowane, cały czas leżały u podstaw partyjnej ideologii. Hitler nie zamierzał ich porzucać. Wkrótce po objęciu władzy, naziści dokonali „wewnętrznej inwentaryzacji”.
W waszyngtońskim United States Holocaust Memorial Museum znajduje się dokument z 1933 roku, który zawiera listę 51 nazwisk Żydów z Usedom-Wollin, Saatzig, Gollnow i Greifenhagen. Maszynopis został stworzony przez Schutzstaffel (SS), czyli funkcjonariuszy oddziału ochronny NSDAP. Spisywanie podobnych list z czasem stało się regułą. W 1935 r. służby odnotowały, że na stałe w Greifenhagen przebywa dziesięciu „żydowskich przedsiębiorców”. Swoją działalność w mieście prowadzili znani z pierwszej części artykułu: Wally Marcuse (manufaktura - Wieckstrasse 10), Gustav Jacobsohn (sklep z wyrobami włókienniczymi - Wieckstrasse 16), Ludwig Löber (zakład krawiecki – Wieckstrasse 45), Heinz Posener (sklep obuwniczy - Wieckstrasse 38), Lodomir Frischmann (sklep z wyrobami włókienniczymi – Wieckstrasse 45), Walter Schwarz (kupiec – Baustrasse), Otto Pincus (manufaktura - Brückenstrasse 20), Robert Schäfer (fabryka parkietów – Bismarckstrasse 9) oraz Flora Seegall (młyn w Neumühle, czyli wsi Młynki) i Hans Ulmer (praktykant z Neumühle). Ich ówczesne położenie prezentowało się inaczej, niż na początku dekady. Ze względu na wyborczą wygraną NSDAP, mieli prawo czuć się zagrożeni. Zwłaszcza, że w krótkim czasie naziści, w coraz większym stopniu, zagarniali miejską przestrzeń.
Spacer po Greifenhagen lat 30. nie pozostawiał wątpliwości, kto sprawuje władzę w mieście. Z każdego rogu i alei wyrastały nazistowskie symbole. Flagi ze swastyką zdobiły nie tylko urzędy, ale też okna prywatnych domów i sklepów. Jedna z nich powiewała z dachu modernistycznego domu handlowego Fritza Radefeldta. W swoich wspomnieniach obraz ten odmalował Manfred Hinze, rekordzista Niemiec w trójskoku oraz dwukrotny olimpijczyk, a w opisywanym okresie, kilkuletni mieszkaniec Greifenhagen.
- Podobnie wyglądało wnętrze szkoły, do której chodziłem. Gdy razem z uczniem z równoległej klasy szliśmy korytarzem do gabinetu dyrektora, upomniano nas, byśmy nie zapomnieli przywitać się, mówiąc głośno „Heil Hitler”. Zaprowadzono nas do dużego pokoju. Czekało w nim na nas dwóch funkcjonariuszy SA. Jeden siedział mocno odchylony przy biurku. Zapamiętałem jego wypolerowane buty, które trzymał na stole. Powiedzieliśmy „Heil Hitler”. Patrzyli na nas i rozmawiali ze sobą bardzo cicho. Nie rozumiałem, co szepcą. Potem odważyłem się trochę rozejrzeć. Dopiero wtedy zauważyłem dużego owczarka niemieckiego, który leżał przed biurkiem i uważnie nas obserwował. Na biurku znajdowało się popiersie Adolfa Hitlera. Stół pokryty był swastykami – opowiadał na naszych łamach M. Hinze.
Ślady bogatego, nazistowskiego wyposażenia wnętrz, dało się zauważyć nawet po wojnie. W Pionierach Gryfina wspominał o tym Władysław Szarpanowski, który przyjechał z bliskimi do miasta w marcu 1946 r.
- Pamiętam przenoszenie ławek ze zniszczonego budynku poniemieckiej szkoły, która stała w okolicach lipek przy Chrobrego. Kolejna szkoła znajdowała się w okolicach dzisiejszego liceum w parku. W niej najprawdopodobniej szkolono oddziały Hitlerjugend, bo było tam mnóstwo odznak ze swastyką – opowiadał w 2012 r.
Chociaż indoktrynacja dotyczyła całego społeczeństwa, nazistom zależało przede wszystkim na młodych umysłach. To bowiem one miały kontynuować dzieło Tysiącletniej Rzeszy, miejsca czystego rasowo i jednolitego pod względem etnicznym.
ARYJCZYCY I NIE-ARYJCZYCY
Z biegiem lat pasek stopniowo zaciskał się coraz mocniej, ograniczając mniejszości żydowskiej kolejne prawa obywatelskie. W całej III Rzeszy, w tym również w Greifenhagen, każdy musiał przejść weryfikację.
- Moja siostra, aby w 1939 r. wziąć ślub, wcześniej musiała uzyskać odpowiednie pozwolenie. Władze miały podejrzenia, czy w naszej rodzinie nie występują żydowscy krewni – opowiadał Manfred Hinze.
W ich przypadku „ryzyko” odkrycia żydowskich korzeni było o tyle realne, że mama przyszłego sportowca wychowała się w niemieckiej rodzinie we Lwowie.
- Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Austriacy i inne grupy etniczne żyły tam w zgodzie ze sobą. Ich przedstawiciele wchodzili w różne kontakty i małżeństwa. Dlatego siostra, by otrzymać zgodę na ślub i mieć aryjski paszport, musiała udowodnić, że w przeszłości rodziny nie występuje żydowskie pokrewieństwo. Trzeba było skrupulatnie zebrać i przedstawić materiały dowodowe – tłumaczył Hinze.
Wymóg ten pojawił się wraz z uchwaleniem we wrześniu 1935 r. ustaw norymberskich, które traktowały „o barwach i fladze Rzeszy”, „o obywatelstwie Rzeszy” oraz „o ochronie krwi i honoru niemieckiego”. Trzeci z wymienionych aktów prawnych zabraniał m.in. małżeństw między Żydami a obywatelami Niemiec oraz precyzował kwestię „nie-aryjskości”. W jego rozumieniu, do Żydów zaliczano nie tylko aktualnych, ale również dawnych wyznawców judaizmu oraz ich dzieci i wnuki, nawet jeśli były innego wyznania. Dlatego też proces udokumentowania właściwego pochodzenia był długotrwały i mozolny, ale także niebezpieczny, co pokazuje historia Charlotte Erdmann. To córka żydowskiego lekarza, dra Isidora Meyera z Greifenhagen. W III Rzeszy uchodziła za Żydówkę nawet pomimo faktu, iż przed ślubem zmieniła wiarę z judaizmu na protestantyzm, który wyznawał jej mąż. Charlotte przyjęła chrzest w 1907 r. z ręki Johannesa Jüngsta, duchownego, prawicowego pisarza i polityka, proboszcza w St. Jacobi w Stettinie. Młoda para zamieszkała następnie w Dortmundzie, gdzie Paul Erdmann prowadził od 1930 r. aptekę. Przez to, że jego żona, w rozumieniu prawa uważana była za Żydówkę, w 1936 r. stracił dzierżawę na rzecz „starego partyjnego bojownika”, Augusta Dorscha. Żydem uznano również aresztowanego w 1940 r. w Stuttgarcie Maxa Cohna oraz Bruno Mosesa. To syn opisywanego w pierwszej części Siegfrieda Mosesa, nauczyciela, kantora i rzezaka żydowskiej gminy w Greifenhagen. Bruno, w odróżnieniu od ojca, nie był osobą religijną. Ustawy norymberskie nie dały mu jednak zapomnieć o religii, którą odrzucił jako dorosły.
Więcej szczęścia miała rodzina Hinze. Badanie ich drzewa genealogicznego nie wykazało żadnej „anomalii”. Dlatego nic nie stało na przeszkodzie, by 10-letni Manfred został w 1943 r. przyjęty do elitarnej, nazistowskiej szkoły. W placówce NAPOLA w Putbus otrzymał kolejną dawkę ideologicznej indoktrynacji.
- W marcu 1945 r., podczas ucieczki z Greifenhagen, spotkaliśmy grupę Żydów. Szeptano, że to więźniowie obozów koncentracyjnych. Co innego było o nich słyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy te wynędzniałe i zmaltretowane ofiary hitlerowskiej polityki. To przygnębiające doświadczenie wstrząsnęło mnie i głęboko wbiło się w pamięć. Jedno spotkanie momentalnie zburzyło obraz, który wtłaczano mi przez lata do głowy. Uświadomiłem sobie kłamstwa, które opowiadali nam w szkole w Putbus. Widząc te wychudzone, młode Żydówki o pustych oczach, czułem wstyd, za dotychczasowe myśli i poglądy – przyznał po latach M. Hinze, emerytowany profesor nauk medycznych.
W GREIFENHAGEN SŁOŃCE NIE ŚWIECIŁO DLA ŻYDÓW
Okres 1933-35 należy traktować jako oswajanie Niemców przed akcją rozprawienia się z żydowską społecznością. Czyniono to przez wpajanie nienawiści i stopniową eliminację Żydów z różnych gałęzi życia. O tym jak działania te wyglądały w praktyce, w 2012 r. opowiadała na naszych łamach Alice Kiehn, urodzona w 1916 r. mieszkanka Greifehagen.
- Majętnym znajomym naszej rodziny był właściciel fabryki parkietów. Przed wojną posiadał samochód, co sporo mówiło o jego społecznym prestiżu. Ale do czasu. Problemem było, że z pochodzenia był Żydem. W pewnym momencie władze zakazały z nimi rozmów. Mijałam go przy Bramie Bańskiej. Do dziś nie zapomnę uczucia, gdy minęłam go wtedy bez żadnego słowa – mówiła drżącym głosem.
Mimo, że podczas wywiadu nie wypowiedziała żadnego nazwiska, nietrudno domyślić się, że chodziło o Roberta Schäfera, właściciela Parkettenfabrik Greifenhagen i willi, w której dziś mieści się Przedszkole Hałabały.
Subtelności w życiu publicznym było coraz mniej. Antyżydowskie treści torpedowały greifenhażan nie tylko od strony uchwał, ustaw i lokalnych rozporządzeń, ale także poprzez odwołania do emocji. Wykorzystywano do tego media. W Greifenhagen można było kupić m.in. Der Stürmer. Związany z NSDAP tygodnik celował w nachalną, antysemicką nagonkę. Propaganda, prezentowana na jego łamach, przedstawiana była za pomogą nieskomplikowanych treści, okraszonych bogatymi materiałami ilustracyjnymi. Z okładek na czytelników spoglądały karykatury, przedstawiające Żydów jako wrogów narodu. Motto Stürmera, którego nakład wynosił 480 tys. egzemplarzy, brzmiało zresztą: „Die Juden sind unser Unglück!” („Żydzi są naszym nieszczęściem!”).
Odpowiedzialny za redakcyjną linię był Julius Streicher, czołowy niemiecki „żydożerca”, który za swoją „dziennikarską działalność” został skazany podczas procesów norymberskich na karę śmierci. Antysemicka propaganda, uderzająca w najbardziej prymitywne instynkty, została uznana za zbrodnię przeciwko ludzkości. Streicher nakręcał spiralę nienawiści, tworząc rozmaite wariacje mitów, w których Żydzi pili krew i składali ofiary z niemieckich dzieci. Jego „okładkowy Żyd” zawsze miał twarz wroga, z wyostrzonymi i zniekształconymi rysami.
Pismo adresowane było do mniej wymagającego odbiorcy. Podobnych treści nie brakowało jednak również w innych, pozornie bardziej ambitnych i cenionych tytułach. 18 sierpnia 1935 r., we wszystkich dziennikach koncernu Pommersche Zeitung umieszczono dodatek „Der Judenspiegel”. „Zwierciadło żydowskie” wypełnione było bogato ilustrowanymi karykaturami, a artykuły ukazywały Żydów jako złodziei, morderców i gwałcicieli. Jeżeli ktoś nie zwykł marnować czasu na czytanie, o wszystkim tym mógł dowiedzieć się podczas spaceru. Egzemplarze Der Stürmera wystawiano w gablotach przy ruchliwych ulicach. Ponadto na murach wywieszane były plakaty z hasłami. We wrześniu 1935 r. w Greifenhagen pojawiły się transparenty: „Juden sind im hiesigen Ort nicht erwünscht” oraz „Stop! Juden unerwünscht”, co znaczy: „W tej miejscowości słońce nie świeci dla Żydów” oraz „Stop! Żydzi niepożądani!”.
Nasze miasto nie było pod tym względem wyjątkowe. W całej rejencji wywieszano regularnie plakaty o treści: „Bei mir werden Juden rausgeschissen” („Stąd Żydów się wyrzuca”), „Jude geh wiederfort, für dich ist Schlecht in diesem Ort” („Żydzie odejdź, w tym miejscu nie będzie ci dobrze”) oraz „Den Juden ist das Betreten des Ortes mit Lebensgefahr verboten” („Wkraczanie Żydów do tej miejscowości jest zabronione pod groźbą utraty życia”) i „Juden betreten diesen Ort nur auf eigene Gefahr” („Żydzi wkraczają do tej miejscowości tylko na własną odpowiedzialność”).
O tym, jak groźne były to hasła, pokazał moment wprowadzania ich w życie.
SYNAGOGA W OGNIU
Ogólnokrajowa nagonka antysemicka doprowadziła do sytuacji, w której wystarczała iskierka, by nastroje znalazły ujście w działaniu. W nocy z 9 na 10 listopada stanowiła ją sytuacja, do której doszło w Paryżu, gdzie 17-letni Herschel Gryszpan dokonał zamachu na pracownika niemieckiej ambasady, Ernsta vom Ratha. Naziści zadbali o to, by śmierć polityka nie przeszła niezauważona. Pogrom ludności żydowskiej, do którego doszło w nocy z 9 na 10 listopada na terenie całej Rzeszy, był nie tylko inspirowany przez władze, ale również został zorganizowany przez partyjnych funkcjonariuszy i przedstawicieli aparatu bezpieczeństwa. „Kristallnach” miała swoją odsłonę także w Greifenhagen, gdzie miejscowe bojówki spaliły synagogę oraz przycmentarną kaplicę. Ucierpiał też kirkut, który od tego momentu zaczął popadać w coraz większą ruinę. Został zlikwidowany przez Niemców, około 1940 r. Już w polskim Gryfinie, na jego zgliszczach stanął „Hotel pod Platanem”.
Ze względu na powojenną zmianę gospodarza miasta, szczegóły dotyczącego dokładnego przebiegu „Nocy kryształowej” nie są znane. Nie zachowały się bowiem relacje naocznych świadków zdarzeń sprzed 84 lat. Pomocna mogłaby okazać się ówczesna prasa. Przez cały okres rządów nazistów, jak i długo wcześniej, ukazywała się tu Greifenhagener Kreiszeitung, lecz niestety, żaden egzemplarz z listopada 1938 r. nie zachował się do współczesności. Interesującego nas wydania, ani nawet rocznika nie posiadają zarówno polskie, jak i niemieckie biblioteki.
- Rocznik 1938 tej gazety, to strata wojenna – usłyszeliśmy kolejno w Bibliotece Uniwersyteckiej w Greifswaldzie, Bibliotece Państwowej w Berlinie i kilku innych niemieckich instytucjach.
O tym jaki przebieg mogła mieć ta listopadowa noc w Greifenhagen, wskazuje relacja wydrukowana w Pommersche Zeitung. Opis nocy dotyczy wprawdzie głównie Stettina, lecz nie brakuje adnotacji do innych pomorskich miast.
- Synagogi stanęły w płomieniach także w wielu miejscowościach na prowincji – m.in. w Stralsundzie, Pasewalku, Świnoujściu, Gryfinie, Goleniowie, Nowogardzie, Pyrzycach, Koszalinie, Słupsku, Szczecinku i Pile. W różnych żydowskich zakładach powybijano okna. W Stralsundzie wszyscy Żydzi zostali wzięci pod areszt ochronny. Nie dochodziło do złego traktowania Żydów, gdyż ludność, mimo całego wzburzenia żydowskim, tchórzliwym działaniem, zachowywała spokój – odnotowała Pommersche Zeitung, odnosząc się też do godzin, które poprzedziły antysemickie ataki.
- Zanim szczecińska synagoga stanęła w płomieniach, odbywały się już zgromadzenia przed żydowskimi sklepami we wszystkich częściach handlowych Starego Miasta. W ich trakcie rozgorączkowany tłum powybijał wszystkie okna wystawowe. Zgromadzenia nie trwały jednak długo i w żadnym wypadku nie doszło do złego traktowania Żydów – czytamy w relacji.
Cytowany powyżej tekst został opublikowany w wydaniu z 11 listopada 1938 r., dzięki czemu zawiera też opis dnia, który nastąpił po nocnych atakach.
- Cały wczorajszy dzień minął w Szczecinie pod znakiem antyżydowskich demonstracji. Do późnych godzin wieczornych toczyły się masy ludzi na ulicach Starego Miasta, szczególnie przed żydowskimi sklepami, których okna wystawowe zostały pozabijane deskami. Zwłaszcza burzliwe były demonstracje przy pogorzelisku na Grüne Schanze, gdzie stała synagoga, lecz kiedy ogłoszono rozkaz ministra propagandy Rzeszy, w każdym miejscu zapanował pokój i porządek – podsumowała największa gazeta na Pomorzu.
POKŁOSIE NOCY
Założyć można, że podobnie sytuacja prezentowała się w Greifenhagen. Jak zostało już jednak zaakcentowane, Pommersche Zeitung było propagandową tubą nazistów, wobec czego nie należy wierzyć w rzetelność cytowanej relacji. Na pewno nie w trzykrotne akcentowanie, że poza spaleniem synagog i wybitych szybach, nie odnotowano „kolejnych ekscesów”. Dziś wiemy już bowiem, jaka była skala wydarzeń. W wyniku „Nocy kryształowej”, w całej III Rzeszy nie tylko spalono 171 domów modlitw i splądrowano 7,5 tysiąca sklepów, ale również zamordowano 91 Żydów. Ogólnokrajowy przebieg „nocy” pokazuje, że pogrom miał zorganizowany, państwowy charakter. W zamyśle Hitlera i NSDAP „Kristallnach” stanowiła pretekst nie tylko do zastraszenia Żydów, ale przede wszystkim pozbycia się ich z gospodarczego życia Niemiec. Dotyczyło to także przedsiębiorców z prowincji. W listopadzie 1938 r., zarządzeniem powiatowego kierownictwa NSDAP, Żydów z Greifenhagen wyrzucono z siedziby gminy i mieszkań, które przekazano rodzinom aryjskim. Zabór mienia dotyczył też sklepów i zakładów prowadzonych na terenie miasta.
W ten sposób Otto Pincus, przewodniczący tutejszej gminy żydowskiej, stracił nie tylko manufakturę przy skrzyżowaniu dzisiejszej Piastów z Chrobrego, ale również mieszkanie w willi przy Bismarckstrasse 15 (dziś apteka przy Grunwaldzkiej). Wspólnie z żoną – Erną Pincus z d. Böckel - został wyrzucony na bruk i skierowany do baraków miejskich. Znajdowały się na Wiesenweg, czyli u zbiegu dzisiejszych ulic: Garbarskiej oraz Targowej. W spisie Żydów z Greifenhagen, wykonanym w maju 1939 r., przy ich nazwisku, poza „Wiesenweg” pojawia się również „Eisenbahnwagen 2”. Początkowo niezrozumiałą kwestię wyjaśnił nam Günter Unger, którego bliscy pochodzili z Greifenhagen. W rzeczonym spisie ich adres to: „Wiesenweg, Eisenbahnwagen 1”.
- Moja babcia Emma Cohn, ciocia Irma Cohn i ojciec Max Cohn mieszkali w Greifenhagen przy Baustrasse 28 (dziś początek ul. Niepodległości, blok, w którego parterze działa sklep z częściami samochodowymi – przyp. red.), skąd babcia i ciocia przeniosły się w latach 30. na Fischerstrasse 10 (dziś 1 Maja). Mieszkały tam podczas „Kristallnacht”. Po nocy pogromów zostały wyrzucone z mieszkania i musiały zamieszkać w wagonie kolejowym, który stał na Wiesenweg, w okolicy rzeki – opowiadał nam ponad 80-letni mężczyzna, który ze względu na późniejsze wydarzenia nie miał możliwości poznania przodków.
Nawet ojca, o którego życiu i losach wie najmniej.
- Na pewno nie przebywał już w tym czasie w Greifenhagen. Miasto wkrótce opuściły zresztą także Emma i Irma. Ciocia przeniosła się w głąb kraju, a babcia, latem 1939 roku zamieszkała u swojej kuzynki, Helene Levy, przy Saunierstrasse (dziś Jagiełły) w Stettinie – relacjonuje G. Unger, do którego historii rodzinnej jeszcze wrócimy.
NA ŁASZTOWNI
Zachowanie rodziny Cohn było charakterystyczne dla miejsca i czasu. „Kristallnacht” uzmysłowiła Żydom z małych miasteczek, że nie mogą czuć się bezpieczni, gdyż schronienia nie mogą gwarantować im nawet własne mieszkania. Co gorsza, odpowiedziała też na wiele pytań zadawanych przez nazistów.
- Brutalizacja ataków na Żydów w latach 30. miała charakter falowy i odbywała się przy okazji kolejnych kampanii z lat 1933, 1935 i 1938. Były one sygnałem i rodzajem sprawdzianu, którego wynik miał dać odpowiedź na pytanie: jak daleko naziści mogą się w swych antysemickich działaniach posunąć? – W swojej książce Historia kręci drejdlem. Z dziejów (nie tylko szczecińskich) Żydów tłumaczy prof. Eryk Krasucki.
Co prawda dane różnią się od siebie (spis z 1938 r. mówi, że w Greifenhagen mieszkały trzy żydowskie rodziny, zaś raport z maja 1939 r. wylicza kilkanaście osób, w tym rodziny Marcuse, Pincus, Cohn, Schäfer, Seegall), lecz oba źródła obrazują stopniowy odpływ z miasta ostatnich przedstawicieli tej grupy.
Wkrótce po „Nocy kryształowej” wyjechali bracia Jacobsohn, których rodzina prowadziła sklep naprzeciwko kościoła oraz zajmowała dwie wille przy dzisiejszej ul. Grunwaldzkiej. 70-letni Gustav i starszy od niego o dwa lata Max przenieśli się do Altdamm, gdzie zamieszkali w pobliżu siostry, Rosy Nathanson.
Pokazuje to, że celem ucieczki były nie tylko wielkie miasta, jak Stettin, czy Berlin. Wszak pod nazwą „Altdamm” kryje się mniejsze od Greifenhagen, wówczas kilkutysięczne Dąbie.
Pomorscy Żydzi grupowali się w większe zbiorowiska. Sądzili, że gwarantuje im to większe bezpieczeństwo, niż przebywanie w rozproszeniu, na całym terenie prowincji. Były to złudne nadzieje, co uświadomiła zima 1940 r. Wieczorem 12 lutego, do mieszkań zajmowanych przez Żydów weszli funkcjonariusze partii, nakazując mieszkańcom przygotować się do podróży. Wszystko miało odbywać się w spokojnej atmosferze.
- Wieczorem w każdym żydowskim mieszkaniu pojawił się oddział Gestapo i odczytał nam rozkaz, według którego musieliśmy opuścić granice Niemiec w ciągu ośmiu godzin. Przyjaźni, niczym dżentelmeni, dali nam warunki do przygotowania się do podróży. Każdy z nas miał możliwość zabrania walizki – przytaczał w swojej relacji dr Erich Mosbach, stomatolog ze Stettina.
Podobne zdarzenia miały miejsce na terenie całej prowincji. Żydzi z dwudziestu sześciu pomorskich miasteczek zostali zgromadzeni na terenie dworca towarowego (Breslauer Bahnhof), mieszczącego się na szczecińskiej Łasztowni. Spędzili w mrozie kilkanaście godzin, czekając na kolejne rodziny, systematycznie dowożone z terenu całego regionu. 13 lutego zostali załadowani do nieocieplonego pociągu, który ruszył pociąg w kierunku Generalnego Gubernatorstwa, jak nazywano tereny okupowanej Polski. Zanim to nastąpiło, Żydom odebrano walizki i kosztowności, których nie zdołali ukryć.
W wagonach znaleźli się m.in. Gustav i Max Jacobsohnowie oraz ich siostra Rosa z mężem Paulem i pozostałymi Nathonsonami. Deportacja objęła też Emme Cohn i jej kuzynkę ze Stettina. Tak samo jak Marcusów, zarówno tych z Altdamm, jak i Greifenhagen. Łącznie 1120 osób. Moment ruszenia pociągu, zdaniem historyków, jest tożsamy z końcem świata niemieckich Żydów w Provinz Pommern. Odwrotnie dla władz ówczesnych Niemiec: dla których deportacja z 12 na 13 lutego stanowiła dopiero początek.
KONIEC CZĘŚCI II
Część I: TUTAJ.
Część III: TUTAJ.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze