8 marca 1945 rozpoczęła się bitwa o Greifenhagen. To jeden z tysięcy „niewielkich” epizodów II wojny światowej, który miał jednak niebagatelne znaczenie w kontekście historii naszego regionu. Stracone przez Niemców – 16 marca – miasto już nigdy nie wróciło w ich władanie. Nieco ponad tygodniowy przebieg walk znamy nie tylko z wojennych raportów i relacji, ale również wspomnień cywilów. Polskich i niemieckich mieszkańców
Radziecka ofensywa zimowa rozpoczęła się 12 stycznia 1945 r. Już dwa tygodnie później radziecki oddział zajął most na Drawie, sukcesywnie przemieszczając się na zachód. Pod koniec miesiąca rozpoczęto przygotowania do walko o przyczółek Schwedt i sąsiadujące z nim miejscowości: dzisiejszą Chojnę i Trzcińsko-Zdrój.
Pisaliśmy o tym szerzej w lutym, przy okazji artykułu na temat Otto Skorzenego. „Najbardziej niebezpieczny człowiek w Europie”, jak nazwała go niemiecka propaganda po akcji uwolnienia Benito Mussoliniego, w ostatnich miesiącach wojny został skierowany właśnie w „nasze strony”. Nie zabawił jednak długo. 30 stycznia dostał rozkaz od Himmlera, a już 5 lutego Königsberg (czyli ówczesna Chojna), znajdował się w rękach Rosjan (sam sposób obrony Schwedt o mało nie skończyło się dla niego sądem polowym).
Znacznie dłużej broniono Pyrzyc i Bań, gdzie Niemcy bronili się aż do 3 marca.
- Rosjanie zajęli dworzec kolejowy, mleczarnię. Banie okrążone. Wszystkie ulice prowadzące do miasta obsadzone. Pełno szkła z rozbitych szyb, drzwi i bramy domów otwarte, rozbite. Z okien powiewają firanki. Ziemia zasłana szkłem okiennym i kawałkami muru. Obraz upiorny. Wieża kościelna w połowie przestrzelona na ziemię – pisał korespondent wojenny, Herbert Reinecker, opisując okres do 14 lutego.
W oblężonym miasteczku trwały walki uliczne, lecz Bahn utrzymało się jeszcze przez ponad dwa tygodnie.
Wypady czołgów, pojedyncze naloty
W okresie tym Rosjanie zaczęli już spoglądać w stronę Greifenhagen. Do miasta docierały nie tylko echa wojny, gdyż „wrogie oddziały” co jakiś czas decydowały się na „wypady” do stolicy powiatu.
- W niemieckim dzienniku wojennym (Kriegstagebuch) odnotowano krótko: „środa, 7 lutego 1945 – pozorując atak na Fiddichow (Widuchowę) wojska sowieckie uderzyły znienacka na Gryfino. Zostały odparte” – pisał Marian Anklewicz w „Gryfino 1945”.
Jedno z takich zdarzeń zapamiętał Cyprian Stefanowski. Podczas wojny – podobnie jak jego przyszła żona Józefa – przebywał w mieście na robotach przymusowych. Nie licząc kampanii wrześniowej i zsyłki z rodzinnych Kujaw do III Rzeszy, z wojną miał dotąd styczność raczej pośrednią. Po tym jak znalazł się w Greifenhagen, został „zatrudniony” przez Paula Loofa, który przy Stettinerstrasse (Szczecińskiej) prowadził fabrykę zbrojeniową. W 1944 r., przy produkcji pocisków artyleryjskich, pracowało około 70 osób, motywowanych nie tylko nawoływaniami „szefa”, ale również bojowymi opisami na ścianach hali („Wszystko dla frontu”).
- Prędzej śmierci, by się Niemcy spodziewali niż tego rajdu. Było to bowiem tak zaraz na początku marca, może 1 lub 2 III 1945, kiedy w Gryfinie było jeszcze cicho, a echo nie niosło odgłosów walki frontowej. W biały dzień, chyba koło południa, ni z tego ni z owego od strony Bań nadjechały trzy radzieckie czołgi. Wpadły na ulice miasta, dotarły aż w okolice Baszty Portowej i wtedy dopiero hitlerowcy zorientowali się, kto to zacz do nich zawitał. Popłoch, panika, wreszcie któryś tam wystrzelił z pancerfausta, trafiono jeden tank, pozostałe dwa zakręciły tak ostro że wywaliły potężną lipę aż się sąsiedni dom zawalił i poszły szczęśliwie znów poza miasto. Z tego postrzelonego czterech ciężko rannych pancerniaków Niemcy dobili, piątego lżej rannego wzięli do niewoli i następnego dnia nawet zmuszali do uruchomienia czołgu. I tak właśnie dowiedzieliśmy się, że front i wyzwolenie tuż, tuż - opowiadał Cyprian Stefanowski w 1972 r., na łamach „Kuriera Szczecińskiego”.
Na „greifenhaskim niebie” coraz częściej zobaczyć można było też bombowce.
- W czasie wojny często ogłaszano w mieście alarmy przeciwlotnicze, również wtedy gdy odbywały się naloty na Szczecin. Zdarzało się wówczas, że samoloty wracały przez Gryfino i wtedy ostatnie bomy zrzucano w pobliżu miasta Podczas alarmów lotniczych mieszkańców kierowano do piwnic i schronów – opowiadał przed dwudziestoma laty Dietrich Barske, dawny gryfinianin.
Jedna z bomb miała spaść w okolicy fabryki parkietów, która przed wojną należała do żydowskiego przedsiębiorcy, Roberta Schaefera. Mieszkał w dzisiejszym Przedszkolu im. Krasnala Hałabały, a parkieciarnię prowadził najprawdopodobniej przy Odrze („Obok zatoczki, z jednej strony stoi magazyn z rampą, do której prowadziła bocznica kolejowa. Zakład produkcji parkietów działał po drugiej stronie. Oba budynki stoją do dzisiaj”, pisaliśmy w tekście o Żydach z Greifenhagen). Zdaje się, że świadkiem tego wybuchu była jedna z robotnic przymusowych.
- Ostatniego dnia przed wejściem Rosjan do Gryfina doiłam krowę. I nagle spadła bomba w okolicy. Uciekłam do domu, bo tak naprawdę nie wiedziałam, co się dzieje. Bałam się wyjść na podwórko, zamknąłem się sama w domu – opowiadała Józefa Stefanowska, która pod koniec wojny mieszkała u piekarza Hoppego przy Stettinerstrasse (dzisiejsza Szczecińska).
Zdarzenie, które tak trwale zapisało się w jej pamięci, miało wydarzyć się w środę 7 marca, choć równie dobrze mogło mieć miejsce kilka dni wcześniej. W noc z 2 na 3 marca, załoga broniąca Bahn, dostała rozkaz wycofania się w kierunku Greifenhagen.
- By dokonać tego niepostrzeżenie, nie podjęto żadnych wysadzeni. O północy miasto opuściła bateria dział, około trzeciej nad ranem Volksturm, na końcu oddziały Wermachtu i ppor. Steiger, przez płonący przysiółek Kröningshof. Jednostki wojskowe z kpt. Schmelingiem rozlokowano we wsiach na wschód od Gryfina – pisał prof. Edward Rymar w monografii ziemi bańskiej.
Węgierscy żołnierze za mostem
3 marca padły nie tylko Banie. Rosjanie zajęli też Kłodowo, Żarczyn, Swochowo. Dzień później Babinek, Lubicz, Lubanowo i Sosnowo, zaś 5 marca Pacholęta i Rożnowo. Droga do Greifenhagen była otwarta niemal z każdej strony. Zwłaszcza, że już 7 marca Sowieci zdobyli Bartkowo, Mielenko Gryfińskie i Glinną. Trwały zacięte boje o Gardno, które padło nazajutrz. Podobnie jak Kołowo, Wysoka Gryfińska, Wirów i Żórawie.
Właśnie 8 marca, na przedpola Greifenhagen, podeszły czołgi 219 Brygady Pancernej, zaś swoje stanowiska zajęła I Polska Samodzielna Brygada Moździerzy.
- W czwartek, 8 dnia marca 1945 roku, walki o Gryfino i Dąbie rozpoczęły się na dobre. Sowieckie Biuro Informacyjne podawało „Na kierunku szczecińskim nasze wojska kontynuowały natarcie. Sowieckie czołgi i piechota posuwając się wzdłuż dróg i linii kolejowych idących do miasta Dąbie wybiły Niemców z szeregu umocnionych punktów. Zacięte walki toczą się pięć kilometrów na wschód od Dąbia”. Z kolei komunikat Biura Informacyjnego Wermachtu mówił: „W punkcie zapalnym walk obronnych na Pomorzu silne sowieckie uderzenia w kierunku Szczecina przełamały nasz pas obrony pomiędzy Gryfinem a Goleniowem.” Walki toczyły się także w powietrzu. To właśnie tego dnia w walce powietrznej z sowieckimi samolotami myśliwskimi Ła-5 zestrzelony został i ratował się skokiem ze spadochronem pilot maszyny Messerschmitt Bf – 109 K z białą liczbą „10” na ogonie. Samolot runął na ziemię na południowym skraju Gryfina, a jego szczątki spoczywają tam do dziś dnia. Oddziały rosyjskie podeszły pod Gryfino od strony Pniewa i Żórawek. Batalion niemiecki ze składu 1. pułku strzeleckiego marynarki wojennej przy wsparciu baterii z 210. Brygady Dział Szturmowych zatrzymał nacierającą piechotę, lecz szybko wzmocniona ona została czołgami 219. Brygady Pancernej. Meldunek Grupy Armii „Wisła” z tego dnia lakonicznie stwierdzał, że „mimo bohaterskiej postawy żołnierzy nastąpiło znaczne zwężenie przyczółku” – pisał śp. Marian Anklewicz, autor kultowej książki „Gryfino 1945”.
Dzięki Janowi Sinusowi, autorowi znakomitej książki „Szczecin 1945. Bitwa Narodów”, znamy również relację „z drugiej strony”.
- Posiadaliśmy już tylko jedno działko przeciwlotnicze kalibru 37 mm więc zajęliśmy pozycję na cmentarzu w Gryfinie, za ogrodzeniem (był to żywopłot a nie mur cmentarny). Nasze pole ostrzału obejmowało tereny po wschodniej stronie, górujące ponad doliną […]. Po drugiej stronie doliny zaczęło toczyć się pod górę pięć rosyjskich czołgów, jadąc jeden za drugim. Nasza 37-ka „zaterkotała: w kierunku pierwszego czołgu. Na próżno! Udało nam się jedynie zerwać mu jedną z gąsienic. Lecz on się nie poddał i otworzył ogień. Pierwszy strzał padł za blisko, a drugi za daleko. Nasz działonowy – „stary wyjadacz” – wydał rozkaz: „Kryć się!”. Trzeci wystrzał z nieprzyjacielskiego czołgu trafił bezpośrednio w cel. Nasze działko przeciwlotnicze było już tylko kupą złomu. Nasz działon nie poniósł żadnych strat, lecz dwóch łączników-Luftwaffenhelferów nie było zorientowanych w sytuacji i nie zrozumieli naszych krzyków. Obydwaj zginęli. Położyliśmy ich szczątki na płachcie namiotowej i zabraliśmy ze sobą. Mogliśmy jeszcze zobaczyć, jak uszkodzony rosyjski czołg został odholowany przez pozostałe. Nasz działom opuścił pozycję i udał się do gryfińskiego mostu nad Odrą. Toczyły się tam gromady członków RAD-u i Volksturmu, ponieważ przęsło wielkiego mostu nad Odrą zostało już wysadzone. Stalowa kratownica leżała w wodzie. Podobnie jak inni, zacząłem się wspinać po krzyżulcach i górnych cięciwach mostu, pozwoliłem sobie ześlizgnąć się do lodowatej wody i przepłynąłem 40-metrową lukę do kolejnego fragmentu mostu. Czy koledzy utonęli podczas tej przeprawy przez Odrę, tego mi nie wiadomo. Najpierw musiałem się ponownie rozgrzać. Na zachodnim brzegu zostałem spytany o moją broń – napisał Gerhard Filter, kanonier z 8. baterii 772. Dywizjonu Lekkiej Artylerii Przeciwlotniczej.
Jak czytamy w dalszej części: niemieccy żołnierze, uciekający na lewy brzeg Odry Wschodniej, byli rozbrajani przez żołnierzy węgierskiej armii. Jan Sinus cytuje Josefa Soltesza, który wchodził w skład Grupy Bojowej „Klosseck”.
- Niemieckie oddziały zostały wypchnięte przez Rosjan. Ścigano ich aż do Odry. Ponieważ na tym odcinku Odry nie było żadnego mostu, przeprawiali się przez rzekę przy pomocy różnego rodzaju środków przeprawowych […]. Jako że nie wiedzieliśmy, czy to idą Rosjanie, czy Niemcy, został podniesiony alarm. Zgodnie z rozkazem musieliśmy odebrać tym żołnierzom broń. Po cichu się śmialiśmy. W środku wojny węgierscy żołnierze rozbrajali na terytorium Niemiec żołnierzy niemieckich… - czytamy w cytowanym dziele.
„Stawiające się” wioski
Bitwa o Greifenhagen odnosi się jednak nie tylko do działań wojennych na terenie samego miasta. Szczególnie zacięte i krwawe boje toczyły się w Klebow. Walki w dzisiejszym Chlebowie rozpoczęły się 8 marca. Już następnego dnia rosyjskie wojska (47 Armii) weszły do wioski, by 10 marca (w godzinach porannych) zostali wyparci przez niemieckie przeciwuderzenie, wsparte świeżymi siłami.
- Od strony północno-zachodniej w kierunku wioski parły pojazdy 9. Pułku Pancernego 25. Dywizji Pancernej, torując drogę dla znajdujących się w drugim rzucie grenadierów pancernych, zaś od strony zachodniej w kierunku wsi nacierał II. batalion 2. Pułku Pancernego, który wspierali strzelcy morscy. Pomimo desperackiej obrony, do południa wieś znalazła się w niemieckich rękach – czytamy na „Festung Stettin”, do której odsyłamy wszystkich zainteresowanych tematem.
Strona, znajdująca się na Facebooku, stanowi istną encyklopedię wiedzy na temat działań wojennych na terenie całej prowincji Pomorze. Prowadzący ją Jan Sinus (jest również autorem cytowanej już książki „Szczecin 1945. Bitwa Narodów”) dotarł do relacji Funkmeistera Martin Hornig, szefa łączności oraz celowniczego w czołgu Pzkpfw V „Panther”, dowódcy 9. Pułku Pancernego, który opisał w swoich wspomnieniach kontratak na Klebow. Pozwolimy sobie przytoczyć interesujący nas fragment.
- Toczymy się jedną z leśnych dróg w kierunku Chlebowa. Las zaczyna się przerzedzać, pierwsze pociski wroga łamią wierzchołki drzew. W powietrzu latają gałęzie. Przez szczelinę obserwacyjną dostrzegam pagórkowaty teren. W dolinie widoczne są domy Chlebowa. Wykorzystując nierówności terenu, zbliżamy się do wioski. Czołgi jadące na szpicy ostrzeliwują rozpoznane cele. Jadący na prawo od nas czołg zatrzymuje się. Trafienie w lewe koło napędowe zerwało gąsienicę. Dalej, 100 metrów przed pierwszymi domami jeden z czołgów strzela w ruchu, kierując się do wioski. Nie możemy nawiązać z nim połączenia. Według moich obserwacji ten również został trafiony. Jeden z członków załogi tego czołgu wybiegł nagle w naszym kierunku. Przed nami stoi młody Gefreiter, kompletnie zdezorientowany. Oberstleutnant Zahn otworzył właz na wieży i spytał: „Co się stało?” Ten cały czas się jąkał: „Nasz Feldwebel”. W trakcie rozmowy wyjaśniło się, że moja obserwacja była prawidłowa. Czołg otrzymał trafienie. Dla Gefreitera, strzelca pokładowego MG, była to pierwsza akcja bojowa. Pozostała w czołgu załoga wciąż strzelała. Oberstleutnant Zahn rozkazał Gefreiterowi, by powrócił do swoich walczących kolegów. Z tego co widzę, udało mu się wrócić pomyślnie. Teraz nadchodzą grenadierzy, wyskakując ze swoich pojazdów. Do wieczora Chlebowo znajduje się pod naszą kontrolą. Wracamy z powrotem na stanowisko dowodzenia. Mnie czekały przede wszystkim meldunki o stratach dywizji, rozkazy do jednostek zaopatrzeniowych, warsztatu oraz zapotrzebowanie wozów zabezpieczenia technicznego” – czytamy na „Festung Stettin”.
W „Szczecin 1945. Bitwa Narodów” autor zamieścił z kolei obszerne, bo zajmujące cztery strony (48-51), wspomnienia Hansa-Güntera Bahra. Jednego z podoficerów II bataliony 26. Pułku Strzelców Spadochronowych Oberjägera, który opisał stoczone walki pod Klein Schönfeld (dzisiejsza Chwarstnica). Zainteresowanych odsyłamy do cytowanego dzieła, w którym przeczytać można też bardziej szczegółowe opisy walk o samo Greifenhagen.
Most na rzece Odra
Nie wiadomo ilu mieszkańców znajdowało się wówczas na terenie miasta. Na początku roku nazistowskie władze niechętnie zezwalały na wyjazdy mieszkańców. Wprawdzie już pod koniec 1944 r. zaczęto wywozić dzieci i seniorów „za Odrę”, lecz jednocześnie starano się utrzymać w granicach Greifenhagen jak największą liczbę osób w sile wieku. W pierwszej fazie przygotowań kierowano ich do budowy stanowisk obronnych, a im głośniejsze były echa wojny, do bezpośredniej obrony miasta.
- W połowie lutego 1945 roku do Gryfina z wizytą przyjechał Hermann Goering. Niemcy, wykorzystując autorytet marszałka z początków wojny, chcieli uzyskać od swoich żołnierzy maksymalny wysiłek i poświęcenie przy obronie miasta. H. Goering w tym czasie odwiedził jeszcze kilka innych miast na Pomorzu Zachodnim. Podczas wizyty marszałek rozmawiał z mieszkańcami, żołnierzom rozdawał cygara – pisał Maciej Lisiecki w swojej pracy dyplomowej „Gryfino w trudnej dekadzie 1939-1949”.
Wspomniany już Dietrich Barske skonstatował po latach, że „niewiele to dało”. Nie zmienia to faktu, że miejscowi mężczyźni, „chcąc nie chcąc”, zostali wezwani do broni.
- Mojego męża Fritza wcielili do Volkssturmu. Używał naszej rodzinnej ciężarówki do transportu wojskowego. Musiał przywieźć do Greifenhagen broń, amunicję i żołnierzy przewożonych w wagonach towarowych na kontrofensywę, przez mosty na Odrze. Miasto zaczynało przypominać twierdzę. Zaczęto kopać rowy i okopy przeciwczołgowe. Znajdowały się obok granicy naszej posesji. Całą groźną sytuację obserwowałam tuż za naszym potem – wspominała Lina Hinze, której rodzina prowadziła sady w okolicy gryfińskiego cmentarza.
Greifenhagen opuściła na zawsze w lutym. Podobnie jak większość ówczesnych mieszkańców. Wielu przeciągało jednak ten moment w czasie.
- Pamiętam, że przyjeżdżała na rowerze córka Hoppego zza Odry i mówiła ludziom, że niedługo zostanie wysadzony most, a wtedy już nie będzie można uciec. Dopiero wtedy wiele osób zrozumiało, że nie ma już wyboru – opowiadała nam Józefa Stefanowska, która, jak zostało już napisane, postanowiła zostać w mieście i „przeczekać”.
- Znajoma, niemiecka krawcowa, gdy uciekała z Gryfina powiedziała mi, żebym zajmowała się jej mieszkaniem i kotem. Mówiła mi, że jak wróci, to mi za to zapłaci, a jak nie, to mogę sobie wziąć wszystko, co tu zostawiła – przytaczała pionierka Gryfina.
Nie wszyscy byli gotowi zostawić dorobek życia.
- Cała akcja była bardzo dobrze zorganizowana, dla każdego znalazło się miejsce, ale moja matka nie chciała wyjeżdżać. Nie wiedziałam dlaczego, nie mogłam tego zrozumieć. Mówiła: „Co może się nam stać? Przecież i tak wojna dobiega końca. Rosjanie nie zrobią nam krzywdy”. Była za bardzo ufna – wspominała Christel Fank, ówczesna 11-latka.
Jej ojciec, podobnie jak sadownik Fritz Hinze, został skierowany do obrony mostu.
- Był policjantem. Razem z innymi skoszarowano go w ratuszu przy kościele. W końcu udało mu się namówić mamę. Wyjechałyśmy dopiero 6 marca, dużą ciężarówką, przez most. Było strasznie trudno wyjechać. Okoliczne drogi, po drugiej stronie Odry, były zatłoczone. Podróż trwała długo, bo przemieszczało się tamtędy wiele transportów wojskowych. Ojca ponownie zobaczyliśmy dopiero w kwietniu. Gdy pytaliśmy go, jak wyglądała obrona miasta i Odry, odpowiedział krótko: „Wszystko bzdura”. Następnie powiedział, że władze wojskowe od razu planowały wysadzenie mostu. Wiedzieli, że nie zatrzymają Rosjan a nie chcieli pozwolić im na łatwą przeprawę przez rzekę. Musieli jednak sprawiać pozory, by wywierać dobry wpływ na żołnierzy i zmobilizowanych „ochotników”. Ojciec dowiedział się o tych planach w ostatniej chwili. Miał właśnie swoją wartę na moście, gdy przyszedł oficer SS i powiedział: „Idź się schować, bo wysadzamy most”. Była noc, więc nie zauważył, że wcześniej został dokładnie obsadzony ładunkami – wspominała Christel Fank.
Ostatnie dni Greifenhagen
Rozgoryczenie policjanta z Greifenhagen nie dziwi. Decyzja o wysadzeniu mostów, do którego doszło w nocy z 8 na 9 marca, była bowiem tożsama ze spisaniem miasta na straty. Jak zostało już odnotowane, 10 marca Armia Czerwona została wprawdzie wyparta z Chlebowa, lecz zajęła Górkę Miłości. 11 marca również „pasuje”. Tego dnia wojska radzieckie weszły bowiem do Czepina, odcinając miasto od północy.
- W rejonie Czepina i Górki Miłości niemieckie działa szturmowe „pojedynkowały się” z radzieckimi Shermanami pochodzącymi z dostaw amerykańskich. Kilka czołgów zostało zniszczonych. 14 marca Rosjanie skierowali natomiast ciężki ogień artylerii. Niemiecka piechota poniosła duże straty i cofnęła się do centrum miasta, w okolice nasypu kolejowego. Przeciwnik zajął cmentarz. Nadal trwały walki o Chlebowo – napisał w swoim artykule Piotr Brzeziński, dodając że już nazajutrz miejscowość ta (podobnie jak Stare Brynki i Klucz), została opanowana przez Rosjan.
Znów pozwolimy sobie zacytować fantastyczną stronę „Festung Stettin”.
- Wspieranej przez pojedyncze pojazdy pancerne sowieckiej piechocie udało się zdobyć w walkach ulicznych Chlebowo i Stare Brynki. Samo frontalne natarcie armii pancernej zakończyło się jednak porażką. Doświadczeni niemieccy czołgiści, pomimo ostrzału oraz gęstego dymu pożarów, zniszczyli tego dnia na polach pod Chlebowem i Starymi Brynkami 52 sowieckie czołgi, zmuszając pozostałe do zawrócenia na pozycje wyjściowe.
W rejonie Czepina żołnierzom Armii Czerwonej udało się zbliżyć do drogi łączącej Gryfino ze Szczecinem, zagrażając tym samym obrońcom pierwszej z wymienionych miejscowości odcięciem od reszty przyczółka – pisze Jan Sinus, autor cytowanego fanpejdża.
Okazało się to decydujące. Już kilka godzin później, nocą 16 marca, radzieckie oddziały szturmowe wdarły się do centrum Greifenhagen. Miasto zostało zajęta przez radziecki 282 Pułk Strzelecki, wspierany przez polski 8 Pułk Moździerzy.
- Wczesnym rankiem odciętej na drodze z Gryfina do Szczecina 2. Baterii 210. Brygady Dział Szturmowych udało się przebić przez sowieckie linie i zająć pozycje obronne na linii Czepino-Daleszewo. Akcja wspierana była także przez pluton dział szturmowych Leutnanta Horsta Naumanna z 3. Baterii. Samo Gryfino zostało zdobyte około godziny 8.30 przez żołnierzy 278. i 282. Pułku Strzeleckiego 1775. Dywizji Strzeleckiej. Natarcie na Gryfino zostało poprzedzone 10-minutowym przygotowaniem artyleryjskim, a samo zdobycie opuszczonego przez Niemców miasta zajęło żołnierzom sowieckim około jednej godziny – czytamy w książce Jana Sinusa.
Pierwszy dzień wolności?
Zarys tego, jak wyglądał ten dzień, znamy z relacji, zamieszczonej w 1972 r. przez „Kurier Szczeciński”.
Ponad pół wieku temu Tadeusz Karwacki publikował na jego łamach serię artykułów pt. „Pierwszy dzień wolności”. W przypadku Gryfina posłużył się słowami Cypriana Stefanowskiego, opisując właśnie 16 marca 1945 r.
Czy rzeczywiście był to pierwszy dzień wolności? Wprawdzie Armia Czerwona zajęła Gryfino oraz Czepino i Nowe Brynki, ale dopiero zaczynały się ciężkie walko pod Daleszewem. Inna kwestia, że w cytowanym artykule, autorstwa Tadeusza Karwackiego, przeczytać można znamienny fragment, o ewakuacji.
- 17 marca, ze względu na to, że gród był na pierwszej linii frontu, resztki Niemców-cywilów i nas obcokrajowców wyprowadzono na wschód, w bezpieczniejsze rejony. Ja np. trafiłem do Myśliborza i Gorzowa. W połowie maja byłem znów w Gryfinie. Zostałem do dziś – podsumował Cyprian Stefanowski.
Równie często cytowany Dietrich Barske opowiadał, że ostatni żołnierze niemieccy mieli przeprawić się przez Odrę 19 marca. Niektóre raporty, jako „gryfiński dzień zwycięstwa”, podawały natomiast 20 marca. Tego samego dnia, gdy padł przyczółek Dąbie.
- Według oficjalnego, radzieckiego komunikatu, Gryfino zajęto kilka godzin po likwidacji przyczółku Dąbie, ale wydaje się to mało prawdopodobne. Najpewniej miasto wymieniono w treści komunikatu przy okazji podania do wiadomości faktu likwidacji zgrupowania niemieckiego na prawym brzegu Odry pod Szczecinem – uważa Piotr Brzeziński.
Wątek ten poruszał również Marian Anklewicz, do którego słynnej publikacji „Gryfino 1945” również odsyłamy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze