Maciej Gałązkiewicz (1927-2005) miał 18 lat, gdy latem 1945 r. przyjechał do Gryfina, zajmując jeden z domów przy ulicy Łużyckiej. Nasze miasto pokochał do tego stopnia, że w przyszłości, jako znany polski reporter i czołowy poznański dziennikarz (był zastępcą redaktora naczelnego „Głosu Poznańskiego” i wieloletnim redaktorem naczelnym „Expressu Poznańskiego”), podpisywał się nie własnym nazwiskiem, lecz jako „Maciej Gryfin”. Dotarliśmy do jego nigdy nie publikowanych wspomnień, w których opisał swoje młodzieńcze lata w naszym mieście. W aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej prezentujemy ich wybrane fragmenty.
Kilkunastoosobowa grupa osadników topniała po drodze jak wosk. Gdy szliśmy przez opuszczone wsie nie jeden rezygnował z pionierskich ambicji, zadawalając się łatwo wymontowaną główką maszyny do szycia, z którą czmychał do „Centrali” solennie zapewniając towarzyszy podróży, że czyni to po raz ostatni i niebawem wróci, aby osiedlić się na stałe. Drogi do Gryfina miasteczka, gdzie nas skierowano nikt nie znał, mniej więcej znaliśmy tylko kierunek, w którym należy iść.
Kluczyliśmy więc po pustych nieraz zupełnie wioskach, zasięgając „języka” u spotykanych rzadko wojskowych patroli. Z dwóch grup po trzynaście osób, doszło nas do Gryfina … trzy osoby. Wymarłe, chociaż pięknie położone w dolinie Odry i na wzgórzu miasto zrobiło na nas wrażenie zapowietrzonego. Całe ulice pustych domów. Ziemia w okolicy była słaba. Chociaż wokół miasta pełno było sadów i plantacji rabarbaru. W dwóch dużych fabrykach filcu, demontowano całe urządzenie i ładując je w wielkie drewniane paki przygotowywane do wysyłki na wschód.
Cały artykuł na dwóch pełnych stronach obecnego wydania Gazety Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze