Mirosław Witkowski był jednym z czterech mieszkańców regionu, którzy po ogłoszeniu stanu wojennego znaleźli się w obozach internowania. 65-letni dziś gryfinianin łącznie spędził w nich rok i dziesięć dni, co stanowi rekord. Znacznie mniej przetrzymywano największe „gwiazdy” opozycji. - Do dziś zastanawiam się, dlaczego trzymali mnie tak długo, bo chyba nie zasługiwałem na specjalne traktowanie – mówi Witkowski, opowiadając o śnieżnej nocy 13 grudnia 1981 roku oraz jej konsekwencjach
Sobota przechodziła w niedzielę, a dwunasty w trzynastego grudnia. Gdy weszli do domu spał w swoim pokoju. Nie musieli wyważać drzwi. Mieli własne klucze.
- Dorobili je podczas któregoś z zatrzymań na 48 godzin. W takich sytuacjach, których w moim przypadku nie brakowało, klucze zawsze wędrowały do depozytu. Było po północy. Obudzili mnie, świecili latarkami i kazali wstawać. Wiedziałem, że już się zaczęło. Że to początek stanu wojennego – wspomina.
Za ścianą spali rodzice. Zaczął zachowywać się głośniej, by rano nie spotkało ich przykre zaskoczenie w postaci niewyjaśnionego zniknięcia syna. Chciał, by wiedzieli, że został „zabrany” i kto tego dokonał. Oprócz esbeków w Żabnicy stawili się też milicjanci. Ich zachowanie zdradzało, że nie uczestniczą w tradycyjnym zatrzymaniu.
- Bardzo często zachowywali się wyniośle i arogancko. Znałem ich z widzenia, czasem towarzyszyli esbekom podczas rewizji w moim mieszkaniu. Tym razem stali przede mną nieomal przestraszeni. Po raz pierwszy zobaczyłem u nich strach i pewne odczucie empatii. Muszę przyznać, zaskoczyło mnie to. Był to mój pierwszy szok stanu wojennego – mówił w rozmowie, która znalazła się w książce IPN „Między Warszawą a regionem. Opozycja przedsierpniowa na Pomorzu Zachodnim”.
To właśnie milicjanci wykazali się troską, prosząc, by ubrał się ciepło. Panowała śnieżyca, a kto nie wracał do domu ciemną, grudniową nocą, ten nie zrozumie jak cenna w takie sytuacji może okazać się gruba kurtka, szalik, rękawiczki i zaciągnięta na głowę czapka. Atrybuty te przydają się zwłaszcza wtedy, gdy nie wiemy, co jest celem naszej podróży, ani gdzie za chwilę wylądujemy.
Mirosław Witkowski tego nie wiedział. Nie wiedzieli również funkcjonariusze MO, których zadaniem było przewiezienie zatrzymanego na komendę. Na tym zadaniu kończyły się jednak ich kompetencje. Pod komendą stały samochody, które przewiozły wszystkich zatrzymanych do aresztu w Goleniowie.
- Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Śnieg sypał gęsto, więc jechaliśmy bardzo wolno. Żartowaliśmy, choć nie było nam do śmiechu, że chyba wiozą nas na Syberię. Tak długo trwał nasz przejazd do Goleniowa – dopowiada Witkowski, który zwiedził też cele w Wierzchowie oraz Strzeblinku. Do domu wrócił przed świętami: 23 grudnia 1982 r.
Cały artykuł znajduje się w Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze