Dzisiaj (24.10), o godzinie 15.00 rozpoczną się uroczystości jubileuszowe z okazji 80-lecia gryfińskiego liceum. Z tej okazji przypominamy archiwalny tekst o Henryku Kańskim, twórcy szkoły i jej pierwszym dyrektorze
„Henryk Kański jestem. Przyjechałem z zadaniem zorganizowania szkoły w Gryfinie”
Gryfińskie liceum zostało uruchomione „dopiero” 26 września 1945 roku, co wiązało się z licznymi problemami organizacyjnym. Wszystko skończyło się szczęśliwie za sprawą pierwszego dyrektora i twórcy szkoły. Henryka Kańskiego, czyli jak odnotowali po latach jego gryfińscy wychowankowie: „człowieka pogodnego, życzliwego w kontaktach i wyrozumiałego wobec podopiecznych”. Nauczycielu, który potrafił zbudować wspólnotę, zyskując sympatię każdego otoczenia, w którym się znalazł. To o nim będzie ta opowieść
- W lipcu 1945 roku, w zastępstwie starosty Jana Daszyńskiego, przyjąłem skromnego, niezwykle nieśmiałego przedstawiciela Kuratorium w Koszalinie – odnotował we wspomnieniach Bolesław Chmura.
Ówczesny wicestarosta gryfiński ucieszył się ze słów, które padły zaraz po tym, gdy nieznajomy przekroczył próg jego gabinetu. „Henryk Kański jestem. Przyjechałem z zadaniem zorganizowania szkoły w Gryfinie”.
- Na potwierdzenie tych słów wysłannik resortu oświaty wręcza mi pismo kuratora Stanisława Helsztyńskiego. Jestem tym wyraźnie zaskoczony. „Człowieku”, zwracam się do Kańskiego. „I chce pan w tych warunkach naprawdę zorganizować nam szkołę? A skąd weźmiemy nauczycieli?”. „Znajdę ludzi na miejscu”, skromnie odpowiada Kański – odnotował Chmura w „Świadectwie tamtych dni”.
Nauczyciel z konieczności
Henryk Kański urodził się 18 listopada 1899 roku w Słomnikach, w powiecie Miechów, na terenie województwa kieleckiego. Pochodził z galicyjskiej rodziny kupieckiej. Ojciec prowadził sklep, podczas gdy jego żona (matka Henryka) zajmowała się piątką dzieci.
- Pierwsze kroki uczniowskie stawiał w szkole ludowej w Słomnikach, a po jej ukończeniu, przez trzy lata był uczniem gimnazjum w Krakowie. Wybuch pierwszej wojny światowej przerwał jego naukę, ale zaraz po jej zakończeniu, w 1918 r., złożył egzamin do klasy szóstej gimnazjum w Radomiu, dokąd przenieśli się jego rodzice – napisała Teresa Bochnia, autorka wspomnienia o Kańskim.
Egzamin dojrzałości zdał w 1921 r., nie decydując się na studia pedagogiczne. Zamiast tego kontynuował naukę na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Przerwał ją z powodu trudnej sytuacji materialnej. Nie mogąc liczyć na finansowe wsparcie od rodziców (jego ojciec zmarł, a mama sama ledwo wiązała koniec z końcem), utrzymywał się z korepetycji. Środki, które w ten sposób zyskiwał okazały się jednak niewystarczające do życia w stolicy. Zwłaszcza, że Kański miał wówczas pod opieką młodszego brata.
- Przeniósł się więc na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego, co umożliwiło mu ukończenie kilkumiesięcznego kursu metodyczno-dydaktycznego dla kandydatów na nauczycieli szkół powszechnych – można przeczytać w jego życiorysie.
Do nauczania zmusiły go więc okoliczności, choć jako „zawodowy korepetytor” odnajdywał w tym zajęciu pasję. Jego bliscy wspominali, że zawsze lubił dzieci. Miał do nich podejście i łatwość nawiązywania kontaktów. Jako że był pogodny, życzliwy w relacjach oraz wyrozumiały wobec podopiecznych, szybko zyskiwał sobie sympatię każdego otoczenia, w którym się znajdował. Potwierdzenie tego przynoszą relacje gryfinian, których powojenny los zetknął z Kańskim.
Dużo wcześniej, bo 3 grudnia 1922 r., 23-letni Henryk objął posadę kontraktowego nauczyciela szkół powszechnych w Warszawie. Na posadzie utrzymał się przez półtora roku. Latem 1924 r. w jego życiu zaszła kolejna zmiana. Za sprawą masowej redukcji, którą przeprowadziły szkolne władze, młodzi nauczyciele (przeważnie studiujący na warszawskich uczelniach), zostali rozesłani po kraju, trafiając do tych obszarów, które zmagały się z niedostatkiem wykwalifikowanej kadry pedagogicznej.
- Akcję tę motywowano też względami finansowymi. Henryk Kański otrzymał przeniesienie do Włodawy. Nie chcąc rezygnować z obranego kierunku studiów, które bardzo mu odpowiadały, a w których był już dość zaawansowany, zrezygnował chwilowo z posady nauczycielskiej – pisała w 1988 r. jego koleżanka z pracy.
Nauczycielska rodzina
Nie zrezygnował jednak z nauczania. Już we wrześniu 1924 r. objął obowiązki wykładowcy na kursie maturalnym dla dorosłych w Warszawie. Dzięki temu pozostał w stolicy i dysponował środkami na kontynuowanie studiów. Nauka determinowała jego wszystkie ówczesne wybory.
1 marca 1925 r. przyjął posadę nauczyciela szkoły powszechnej w Piasecznie, skąd mógł bezproblemowo dojeżdżać nie tylko na egzaminy, ale nawet na wykłady w UW. Tak jak w powojennych latach, doprowadził sprawy do końca.
- W 1927 r. złożył końcowy egzamin magisterski, a w 1929 r. egzamin pedagogiczny, uzyskując tym samym dyplom nauczyciela szkół średnich ogólnokształcących i seminariów nauczycielskich w zakresie historii, jako przedmiotu wiodącego i nauki obywatelskiej, jako przedmiotu pobocznego – czytamy w jego biogramie.
Uczynił to już nie jako kawaler. W 1927 r. zawarł związek małżeński z Jadwigą Zawadzką.
- Jego wybranka również była nauczycielką, ale nie zachowały się informacje, w których szkołach uczyła, ani jak się poznali – przekazał nam Jan Nowak, jedyny przedstawiciel tej rodziny, zięć Henryka oraz Jadwigi.
Jak dodaje, odtworzenie historii tej miłości nie jest możliwe. Kańscy doczekali się bowiem jednej córki. Malwina Nowak (ur. 27.04.1937 r.) zmarła na początku stycznia 2015 r.
- Zanim pojawiła się na świecie, jej rodzice zamieszkali w Grudziądzu, gdzie Henryk (wraz z dniem 1 września 1929 r. – przyp. red.) został nauczycielem przedmiotów humanistycznych w Państwowej Szkole Budowy Maszyn – opowiada jego zięć, mąż Malwiny.
Kański spędził w PSBM dziesięć lat, lecz „w związku ze zmniejszeniem się w tej szkole etatowej liczby godzin nauczanych przez niego przedmiotów, przeniesiony został (od 1 stycznia 1939 r.) na etat Państwowego Liceum i Gimnazjum Ogólnokształcącego w Grudziądzu”.
Nie zagrzał tam długo miejsce. Dziesięć miesięcy później Niemcy najechały na Polskę, a 40-letni nauczyciel został zmobilizowany do obrony granic.
W niemieckiej niewoli
Otrzymał przydział – w stopniu strzelca - do 10. Kompania Ochrony Linii Komunikacyjnych. Była częścią organizacyjną 10. Dywizji Piechoty, która miała za zadanie zabezpieczanie łączności w ramach swojej struktury dywizyjnej podczas obrony Polski we wrześniu 1939 roku.
Do niewoli trafił właśnie podczas kampanii wrześniowej. Z numerem jenieckim 38493, znalazł się w Stalagu XI-A. Taką informację podaje portal straty.pl. Rodzina wspominała natomiast o Stalagu XXA, bo z taką pieczątką przychodziły listy, które wysyłał do najbliższych.
O wyjaśnienie zwróciliśmy się bezpośrednio do Polskiego Czerwonego Krzyża i Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych.
- Pan Kański najpierw trafił do Stalagu XI A Altengrabow, w którym przebywał do 6 grudnia 1939 r., gdy skierowano go do Stalagu XX A Thorn, czyli w Toruniu – przekazało nam CMJW.
Do niewoli trafił 18 września 1939 r.
- Jako jeniec dość szybko został przekazany do pracy w niemieckim gospodarstwie rolnym. Wskutek wyczerpującej pracy, wykonywanej w złych warunkach oraz nocy, które spędzał śpiąc na betonie, ciężko zachorował na ogólne zapalenie stawów – zapisała przed laty jego córka.
Paradoksalnie choroba wyszła Kańskiemu na dobre. W jej konsekwencji, już pod koniec 1940 r., jako niezdatny do pracy fizycznej został wydalony z III Rzeszy do Generalnego Gubernatorstwa. Właśnie wtedy, razem żoną i niemal 4-letnią córką, osiedlił się w Lublinie, gdzie dochodził do zdrowia, a następnie przyjął pracę biuralisty w Związku Gospodarczyk Spółdzielni Rolniczo-Handlowych, gdzie był zatrudniony do zakończenia wojny.
W lublińskiej rzeczywistości „wolność” nadeszła w lipcu 1944 roku. Już wówczas zgłosił się do kuratorium oświaty, informując o przedwojennym przebiegu kariery zawodowej i zapewniając o swojej gotowości do powrotu. Rok szkolny 1944/45 spędził jako nauczyciel Szkoły Budownictwa oraz Liceum Technologiczno-Chemicznego w Lublinie. W wakacje 1945 r. zawitał natomiast w szczecińskim kuratorium, gdzie otrzymał skierowanie do zniszczonego wojną Gryfin.
Werbowanie kadry
Skąd decyzja o wyjeździe z Lublina na tzw. Ziemie Odzyskane? W wygasającej powoli rodzinnej pamięci zachowała się informacja, jakoby został do tego namówiony przez znajomych. Czy powodowała nim wizja kariery w miejscu, w którym wszystko zacznie się od nowa? A może decydujące okazały się względy światopoglądowe? Dziś trudno tego dociec, choć późniejsze wydarzenia (ideologiczny konflikt ze Szczecińskim Kuratorem Oświaty oraz przynależność nie do PZPR, lecz ZSL) sugerują, że do wyjazdu nie zachęcił go manifest PKWN, ani inne dokumenty pisane czerwoną farbą.
Historie, które opublikowaliśmy dotąd w cyklu „Ludzie bez twarzy” pokazują, że nie trzeba było wykazywać się szczególnymi zdolnościami, by otrzymać najważniejsze urzędy w poniemieckich miasteczkach Pomorza Zachodniego. Edward Kunik, który został wysłany do Gryfina z Piły w randze pierwszego Pełnomocnika Rządu na Okręg (czyli starosty, na którego barkach miało leżeć powołanie polskiej administracji na niemieckich ziemiach), był przedwojennym… kolejarzem. Ale za to z ideologicznym zapałem.
Kański, w odróżnieniu od obu starostów (również Daszyńskiego, czyli „starego komunisty z Warszawy”, którego umiejętności nisko ocenili później nawet partyjni dygnitarze) okazał się jednak właściwym człowiekiem na odpowiednim stanowisku. Utworzenie szkoły było wszak trudniejszym zdaniem niż powołanie lokalnych urzędów, czy partyjnych komitatów, które choć formalnie zawiązywały się już na początku czerwca 1945 r., w wielu przypadkach nie prowadziły żadnej działalności, tylko ją pozorując (jak KP PPR, o czym napiszemy w jednym z zimowych wydań).
W przypadku szkoły konieczne było zachowanie ciągłości. Henryk Kański, który w rozmowie z wicestarostą Chmurą zapowiedział utworzenie szkoły, nie rzucił słów na wiatr. Zadanie nie należało do prostych, zarówno ze względów lokalowych, jak i personalnych. Pomocna okazała się sprawnie działająca… poczta pantoflowa. Gdy tylko po Gryfinie rozeszła się wiadomość o „organizowanym gimnazjum”, do starostwa powiatowego zgłaszać zaczęli się kandydaci na „profesorów”.
- Pierwszy był Władysław Malinowski. Studiował w Warszawskiej Wolnej Wszechnicy i w czasie okupacji został wywieziony na roboty przymusowe właśnie tu nad Odrę. Przyjąłem go na rozmowę w towarzystwie dyrektora Kańskiego. „Ja prawie autochton”, przedstawił się Malinowski. „Przez parę lat odstawiałem w Gryfinie grabarza…”. „Coo?”. „Grabarza, panie starosto. Chowałem tutejszych zacnych obywateli, nie wyłączając NSDAP-owskich szyszek. Można powiedzieć, że tymi oto rękami kopałem grób III Rzeszy”. „A co kolega mógłby wykładać?, zapytałem. „Historię, literaturę, znam nieco angielski…”. Życie pokazało, że Malinowski jest dobrym organizatorem, zdolnym pedagogiem, który nigdy się nie obrażał, gdy nazywano go „Szekspirem Gryfina” – napisał Boleslaw Chmura.
Niektórzy potrzebowali czasu. Stanisława Siarkiewicz, czyli przedwojenna nauczycielka z Kałusza, początkowo (od przyjazdu 26 sierpnia 1945 r.) pracowała w Powiatowym Urzędzie Repatriacyjnym, dopiero w listopadzie wracając do wyuczonego zawodu (mogła pochwalić się przedwojenną „małą maturą”). We wspomnieniach wicestarosty zapisała się jako „młoda, dziewczęca z rozwichrzoną czupryną i soczystymi rumieńcami na twarzy”.
- Dyrektor Kański zwerbował jeszcze Edwarda Chudzińskiego, matematyka i fizyka, który wracając z obozu koncentracyjnego „zarzucił kotwicę” w Gryfinie. Przyszła Maria Kulisiewicz, Stanisław Dąbrowski – łacinnik i inni – wyliczał Chmura, konstatując, że w końcu Kański dopiął swego.
Rok szkolny w gryfińskim gimnazjum rozpoczął się z małym opóźnieniem, 26 września 1945 r.
Pierwsza gryfińska matura
- Na inaugurację roku szkolnego przybyło kilkanaście osób, w dwanaście miesięcy później goście nie mogli się pomieścić w obszernej auli. Ale nim do tego doszło musieliśmy z dyrektorem Kańskim niejeden poświęcić wieczór na rozmowy z rodzicami. Trzeba było przełamywać nieufność do szkoły. „Reżimowa szkoła”, wzruszali ramionami repatrianci zza Buga. „Religii nie będzie, dzieci nam na bolszewików wychowają…” – pisał Bolesław Chmura.
Gdy się udało, uroczystym ruchem pióra dyrektor Kański wpisał pierwsze nazwisko na listę uczniów.
„Irena Pasławska, a obok zaznaczył – do II licealnej”. Pierwsza licealistka miała 17 lat i była córką Tadeusza Pasławskiego. Inżyniera, który przyjechał w 5-osobowej Grupie Inicjatywnej w Piły, mając za zadanie zorganizowanie Urzędu Ziemskiego.
- Szkoła ogólnokształcąca w Gryfinie rok szkolny 1945-46 zamknęła bilansem: 8 nauczycieli, 180 uczniów, czynne 4 klasy gimnazjum i 2 klasy liceum, a mury szkoły ze świadectwem dojrzałości opuściło dziewięć osób. Była to pierwsza, polska matura na Ziemi Szczecińskiej – odnotował wicestarosta.
W gronie absolwentów pierwszego rocznika maturalnego, poza I. Pasławską, znalazła się też Helena Peretiatkowicz (córka profesorki od matematyki i przyszłego wiceburmistrza, Tadeusza Peretiatkowicza), a także Jan Fejge, czyli powstaniec warszawski, którego rodzina zajęła willę po rodzinie Prütz (w późniejszych latach siedziba WKU na Górnym Tarasie). Ponadto Gerard i Bogdan Błaszczyńscy, Wiesława Bierzyńska, Mieczysław Woronicz, Władysław Wodzisławski i Ignacy Rusik, czyli… burmistrz Gryfina. Na przełomie lipca i sierpnia 1945 r. zastąpił on Jerzego Urbanowskiego. W momencie uzyskiwania świadectwa dojrzałości miał 41 lat i kierował pracami gryfińskiego magistratu (więcej przeczytać o nim można w aktualnej Gazecie Gryfińskiej). Wspomniany Wodzisławski był natomiast 35-letnim inspektorem Wydziału Samorządowego w Starostwie Powiatowym, który trafił do Gryfina prosto z Mauthausen Gusen, gdzie był poddawany eksperymentom pseudomedycznym.
Ich przykłady pokazują, jak wiele życiorysów przerwał wybuch wojny. Dopiero jej zakończeniu mogli wrócić do życia, nadrabiając choćby braki w edukacji.
- Do szkoły ogólnokształcącej w Gryfinie uczęszczało na przestrzeni lat 1945-1962 łącznie 490 uczniów urodzonych w województwach centralnych, 352 uczniów urodzonych za Bugiem – czytamy w sprawozdaniu z „pierwszego okresu”.
Do dyrektora po kielichu
Bolesław Chmura nie jest jedynym gryfińskim kronikarzem powojennych dziejów. Wspomnienia o pionierskich czasach napisał również Maciej Gałązkiewicz. W 1945 r. był nastoletnim repatriantem, nieco przypadkowo osiadłym w Gryfinie. Decydujące okazało się ciepłe przyjęcie przez ówczesnego burmistrza oraz spory dom z ogrodem (przy ul. Łużyckiej), który otrzymał do zasiedlenia.
Z czasem ukochał to „obce miasto”, które „przywróciło go do życia”. Miłował je do tego stopnia, że po latach – już jako znany wielkopolski dziennikarz, redaktor naczelny m.in. Expressu Poznańskiego – publikował pod pseudonimem… „Gryfin”.
W swojej relacji również upamiętnił dyrektora Kańskiego. Ich pierwsze spotkanie było osobliwe.
- W czasie okupacji otarłem się o program przerabianych tajnie trzech klas gimnazjalnych, Czy tu miałbym się odważyć zapisać do czwartej? Gdybym mieszkał gdzieś na uboczu, może nigdy nie podjąłbym decyzji uczenia się dalej. Tu jednak działała i zazdrość. Wielu naszych rówieśników chodziło już do szkoły, czy ja miałem stać w miejscu? Gdy szedłem do gimnazjum załatwić formalności, coś ciągnęło mnie wstecz. Chyba najwięcej wstydziłem się swoich młodszych braci, jak w ich oczach zmaleje mój autorytet gospodarza i dorosłego mężczyzny w domu, skoro będą wiedzieć, że ja po południu uczę się w tej samej klasie szkolnej, w której oni, czynią to samo z rana – pisał w długim, choć istotnym wstępie.
Do Kańskiego udał się bowiem „na raty”.
- Przed piętrowym budynkiem gimnazjalnym z czerwonej cegły chodziłem tam i z powrotem. Wreszcie cicho stąpając wszedłem do środka. Ma korytarzach było pusto. Podszedłem do drzwi gabinetu dyrektora. Zajrzałem przez dziurkę od klucza. U końca długiego stołu siedział malutki człowiek o dobrotliwej twarzy. Dyrektor! Postałem chwilkę, nawet ręką musnąłem klamkę, ale nie miałem odwagi przestąpić próg gabinetu. Wyszedłem na dwór. Wreszcie wylądowałem w pobliskiej knajpce „Pod altanką”. Wypiłem dla rezonu 100 gram spirytusu, potem zagryzłem cebulą znalezioną w kieszeni. Ponieważ byłem ogrodnikiem, fakt posiadania własnej zakąski nikogo nie dziwił. Potem chuchając i nabierając w płuca świeże powietrze ruszyłem śmiało w stronę gimnazjum. Zamaszyście ukłoniłem się dyrektorowi i ostrożnie usiadłem w przyzwoitej odległości. Spodziewałem się egzaminu z posiadanych wiadomości i teraz żałowałem że skusiła mnie wódka. Dyrektor jednak poprzestał na serdecznej rozmowie i na wypytaniu o zamiary na przyszłość. Opowiadałem szeroko i chętnie. Wreszcie dyrektor wstał, dając do zrozumienia, że audiencja skończona – pisał „Gryfin”, przechodząc do sedna, które stanowił…wyczulony węch Kańskiego.
- Dyrektor odprowadził mnie aż na korytarz, tam ujął kordialnie pod rękę. Teraz zauważyłem, że nie sięga, mi nawet do piersi. Uśmiechnął się i zagadnął: „Panie Macieju, niech mi pan powie skąd tu tak zalatuje spirytusem?”. Czułem, że czerwienię się jak burak, odparłem jednak, z całym spokojem: „Panie dyrektorze, ściany są świeżo malowane, to z pokostu!”. Dyrektor Henryk Kański zdumiał się moją odpowiedzią, odwrócił się jednak do ściany i dotykając ją palcem zauważył mimochodem: „Ach, byłbym zapomniał przed... miesiącem było tu rzeczywiście malowane”. Dziś, kiedy piszę te słowa, trudno mu się oprzeć przeświadczeniu, że gdyby wówczas dyrektor „przepisowo” zgromił mój pociąg do kieliszka, pękła by jednocześnie wątła nitka mych chęci do nauki. A tak, przekonałem się, że uwadze dyrektora nie ujdzie żaden z grzeszków, że można liczyć na jego przyjaźń do młodzieży, byłe nie przeciągnąć struny – podsumował Gałązkiewicz.
Wpajał im miłość do nowych ziem
Kański wiedział jaka jest sytuacja. Nie mógł rezygnować z ludzi, bez względu, czy byli nimi nauczyciele, czy potencjalni uczniowie. Mimo powołania szkoły i zorganizowania pierwszej matury na „Ziemiach Odzyskanych”, jej działalność była niemal polowa. Pierwsi absolwenci wspominali brak podręczników i zapełnianie wakatów osobami niemającymi dotąd do czynienia ze szkolnictwem.
- Matematyki uczył zdemobilizowany oficer Chudziński, który w pobliskim Wełtyniu posiadał kilkuhektarowe gospodarstwo. Pół biedy było z przyrodą wykładany przez starszą panią nazywaną przez uczniów „ciocią Drypcią”. Jak zwykle u botaniczek aby zdobyć względy wystarczyło znosić różne grzyby, liście i wszelkie inne robactwo - pisał Gałązkiewicz.
W kolejnym fragmencie przyznawał, że uczniowie najbardziej lubili Kańskiego, który uczył ich nie tylko historii, ale również języka ojczystego.
- Te dwa przedmioty uzupełniały się nawzajem. Ceniliśmy dyrektora za to, że nie trzymał się sztywno programu, a nieraz całymi godzinami opowiadał nam historię ziemi, na której zamieszkaliśmy. Świetny wykładowca, przeplatał swoje wykłady anegdotami, ciekawymi szczegółami z życia słowiańskich książąt. Także potrafił nas trzymać na lekcji w takim napięciu jak przy czytaniu frapującej powieści. Opowiadał o okolicznych wiejskich kościółkach, zbudowanych z granitowych narzutowych głazów, raz zapytał nas co wiemy o Kołbaczu, odpowiedzieliśmy chórem, że w tej miejscowości, znajduje się największa gorzelnia, z której pochodzi większość spirytusu będącego w obiegu w powiecie. Zrugał nas wtedy gromko i zachęcił do zwiedzenia wspaniałej świątyni opactwa Cystersów. Historię zachowanej świetnie baszty przy drodze do Bań przedstawił nam tak zajmująco, że wiele miesięcy później mając na małej maturze wolny do wyboru temat (byle związany z życiem lub przeszłością Pomorza Zachodniego) postawiłem wszystko na jedną kartę i napisałem pełną emocji (i fantazji) historię wydarzeń, jakich świadkiem była baszta od jej pobudowania, aż do chwili, gdy zawisła na niej biało–czerwona flaga – odnotował późniejszy słynny dziennikarz.
Konflikt z kuratorem
Gdy Głązkiewicz pisał te słowa (jego „Krzyż nad Odrą”, który znajduje się w zbiorach Instytutu Zachodniego, powstał w 1957 r.) Henryk Kański był już dyrektorem szczecińskiego liceum. Gryfino opuścił szybko, bo wraz z początkiem roku szkolnego 1950/51.
Państwowa Szkoła Ogólnokształcąca stopnia licealnego w Gryfinie, bo tak brzmiała jej pełna nazwa, zaliczana była bowiem w województwie do grona „dobrych”. Wysoko oceniano poziom nauczania, a co za tym idzie organizacyjne zdolności dyrektora.
- To był powód, dla którego Kuratorium Oświaty w Szczecinie zaproponowało Henrykowi Kańskiemu zmianę miejsca pracy. 1 sierpnia 1950 r. został przeniesiony na stanowisko wicedyrektora do II Państwowej 11-letniej Szkoły Ogólnokształcącej Męskiej w Szczecinie – czytamy w jego życiorysie.
Mieściła się przy ul. Henryka Pobożnego. Mowa o dzisiejszym prestiżowym II LO, w którym już 11 listopada 1951 r. objął funkcję dyrektora. Pełnił ją do 31 sierpnia 1961 r.
- Pod koniec lat 50. i na początku lat 60. doszło do konfliktu między nim a ówczesnym kuratorem Bolesławem Sadajem. Henryk Kański, bardzo prostolinijny w postępowaniu, ale mający własne zdanie, niezbyt chętnie godził się z polityką oświatową kuratora, który coraz wyraźniej mówił o niewłaściwych poglądach dyrektora. Sadaj nie akceptował też braku służalczego stosunku do zwierzchnika. Coraz trudniej pracowało się H. Kańskiemu, coraz mocniej był szykanowany – pisała Teresa Bochnia.
Szalę niechęci miał dopełnić przypadek.
- Znalazł się uczeń, który częściej był po kilka miesięcy w różnych szkołach. Na koniec roku otrzymał on w II LO trzy oceny niedostateczne z fizyki, matematyki i historii. Świadectwo to uczeń sfałszował, wywabiając złe oceny sympatycznym atramentem. Fałszerstwo wyszło na jaw w LO VI, do którego przeniósł się ww. uczeń. Kuratorium skierowało sprawę do organów M.O. Zamieszany w aferę uczeń przyznał się, że kurator sugerował mu, by obciążył winą dyrektor H. Kańskiego. Dopiero dzięki prywatnym działaniom zainteresowanych trzech nauczycieli prokurator stwierdził, że świadectwo jest sfałszowane. Mimo to kuratorium przeniosło H. Kańskiego na stanowisko dyrektora Liceum Korespondencyjnego w Szczecinie. W jego aktach znalazł się natomiast dokument insynuujący, że jako dyrektor II LO był zamieszany w fałszerstwo świadectwa - pisała w 1988 r. Teresa Bochnia, korzystając zarówno ze wspomnień własnych (była wówczas nauczycielką we wspomnianej szkole), jak i innych pedagogów pracujących z Kańskim.
Rehabilitacja przed śmiercią
Kański rozpoczął walkę o dobre imię. Odwołał się do Ministerstwa Oświaty.
- Jego spór z kuratorium przeciągał się, co nie wpływało dobrze na stan zdrowia – mówi Jan Nowak, dodając, że jego teść zachorował.
- Rehabilitacja przyszła dopiero na krótko przed śmiercią. Otrzymał z Ministerstwa Oświaty pismo, które anulowało stawiane mu przed laty zarzuty – wyjaśnia zięć.
Henryk Kański zmarł 17 kwietnia 1964 r., nie doczekawszy emerytury. Powodem jego śmierci był rak krtani.
- Bardzo pracowity, prawy, mający własne zdanie, o dużym takcie pedagogicznym, zniewalający swą postawą do dużego szacunku, cieszył się uznaniem swego otoczenia. Szczególnie mocno popierał wszystkie działania komórki ZNP w swojej placówce. Był założycielem i pierwszym prezesem Towarzystwa Historycznego w Szczecinie. Działał też jako członek Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego – scharakteryzowali go koledzy z pracy.
Za swą działalność otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi, nadany we wrześniu 1938 r. jeszcze przez Prezydenta Ignacego Mościckiego. Już po wojnie Kańskiemu przyznano natomiast Srebrną Odznakę Gryfa Pomorskiego (1949 r.) i Srebrny Krzyż Zasługi, nadany przez Radę Państwa PRL w dniu 26 sierpnia 1953 r.
Spoczął na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.
Grzegorz Racinowski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze