Reklama

Józef Zbigniew Woroszczak został patronem gryfińskiej ulicy!

Przy osiemnastu głosach "za" - przy jednym wstrzymującym się - Rada Miejska w Gryfinie przyjęła dziś uchwałę w sprawie ulicy łączącej ul. Sportową z Wodnika. Od dziś jej patronem jest Józef Zbigniew Woroszczak. Z tej okazji przypominamy wspomnieniowy tekst z listopada 2022 r., który opublikowaliśmy w Gazecie Gryfińskiej

- W dowodzie i we wszystkich dokumentach figuruję jako Józef, ale tak naprawdę mam na imię Zbigniew – wyjaśnił podczas jednej z naszych rozmów.

Było ich sporo, bo Z. Woroszczak miał wiele do przekazania. Był sportowcem, wychowawcą młodzieży, politykiem, społecznikiem. Sam o sobie mówił jednak przede wszystkim jako o lekarzu weterynarii.

- Zawód ten zdefiniował całe moje życie. Nie tylko zawodowe, ale również społeczne i polityczne – tłumaczył, dodając, że do działań kierowała go też buntownicza natura, która dawała znać o sobie nie tylko w szkole podstawowej, ale też w technikum, na studiach i potem w czasie pracy zawodowej.

Reklama

Całe życie podchodziłem do ludzi z szacunkiem, ale uznawał, że nie można też dawać „dmuchać sobie w kaszę”. Niekiedy dostarczało mu to problemów.

- Gdy nauczycielka w siódmej klasie szkoły podstawowej, młoda komunistka, mówiła, że Polska powstała 22 lipca 1944 roku powiedziałem, że to niemożliwe, bo ja sam urodziłem się w 1940 roku, a mój tata jest jeszcze starszy. Wygoniła mnie wtedy do domu i kazała przyjść z ojcem. Tata mnie jednak za to nie ukarał, tylko powiedział, że w szkole mam robić tak, by zdać z klasy do klasy, a on w domu będzie uczył mnie historii, tej prawdziwej. O wojnie, o Katyniu, o tym jak uciekaliśmy przed Ukraińcami z rodzinnego Tłumacza. Byłem więc świadomy wielu ważnych rzeczy i wyczulony na ludzką krzywdę. Chcę przez to powiedzieć, że nie zmierzałem do tego, by być politykiem, czy też społecznikiem. Zostałem nim samoistnie. To była konsekwencja moich życiowych działań  - powtarzał Józef Zbigniew Woroszczak, który odszedł od nas 3 listopada, w wieku 82 lat.

Reklama

Super-amator

Drogę zawodową obrał szybko. Po wojnie jego rodzina zamieszkała w Bielawie. W latach 50. rozpoczął naukę w oddalonym o ok. 70 km Technikum Weterynaryjnym w Nysie. Później były studia na Wydziale Weterynarii Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu, które ukończył w 1966 r. po czym został skierowany do Gryfina na weterynaryjny staż.

- No i zostałem na stałe. Założyłem rodzinę, pracowałem też całe życie w naszym regionie – mówił z uśmiechem.

W latach 1967-70 kierował lecznicą dla zwierząt w Starym Czarnowie, od 1971 do 1975 r. był zastępcą powiatowego lekarza weterynarii w Gryfinie, zaś w okresie 1975–1989 kierował specjalistyczną lecznicą dla zwierząt w Starym Czarnowie.

Reklama

Szybko zaczęto wykorzystywać jego umiejętności nie tylko na płaszczyźnie zawodowej.

- W Powiatowym Zakładzie Weterynarii pracowała żona pana Łuczaka, a pan Łuczak był prezesem powiatowym Ludowym Zespołów Sportowych. Wiedzieli, że z powodzeniem uprawiałem na studiach podnoszenie ciężarów, bo w tym czasie odniosłem sukcesy m.in. na zawodach w Lipsku. Pisano o mnie w gazetach i jeśli ktoś interesował się sportem to mnie znał. Sportowe ambicje w Gryfinie były duże i dlatego się mną zainteresowano – mówił w tekście o swej karierze sportowej.

Reklama

Zaczęła się jeszcze w technikum w Nysie, gdy trenował gimnastykę. Na studiach początkowo zakochał się w lekkoatletyce. Mimo zaledwie 150 cm wzrostu, w 1961 r. został Akademickim Mistrzem Wrocławia w… skoku wzwyż (jego rekord życiowy wynosił 175 cm)!

Ostatecznie trafił jednak do podnoszenia ciężarów.

- W 1961 r. jeden ze starszych kolegów codziennie przyglądał mi się na stołówce. Aż mnie to zdenerwowało, że się tak na mnie patrzy, bo nie wiedziałem czy chce się ze mną bić, czy ma jakiś inny problem. Gdy zastanawiałem się co z tym zrobić, podszedł do mnie nieoczekiwanie i zaproponował dołączenie do sekcji podnoszenia ciężarów na Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego. Dostrzegł we mnie to „coś”. Miałem dużą elastyczność i siłę nóg, a ciężary wymagają głównie przygotowania ogólnego. Poszedłem na trening i tak się zaczęło, bo trafiłem na wybitnego specjalistę, profesora Leszka Makucha – opowiadał Woroszczak, który aż sześciokrotnie zostawał Akademickim Mistrzem Polski w wadze koguciej, czyli do 56 kg.

Reklama

W Gryfinie kontynuował swoje sukcesy. Jako ciężarowiec LZS Piast wygrał m.in. Ogólnopolski Turniej o „Złotą Sztangę” w 1970 roku. Był też medalistą zrzeszenia LZS oraz piątym zawodnikiem Mistrzostwa Polski Seniorów. Właśnie wtedy otrzymał powołanie do reprezentacji kraju.

- Powiatowy Lekarz Weterynarii powiedział, że będę mógł pojechać na zgrupowanie reprezentacji jeśli znajdę zastępstwo. Ale jak miałem znaleźć kogoś na 1,5 miesiąca? Nie pojechałem, bo żyłem z weterynarii, a nie ze sportu. Byłem super-amatorem, który łączył sport z pracą i nie mógł poświęcić się mu w 100% - opowiadał.

Reklama

Wychowawca młodzieży

Sport był miłym, ale tylko dodatkiem. Zbigniew Woroszczak nigdy nie podchodził do niego w nazbyt ambicjonalny sposób.

- Sport sam w sobie nie jest celem, tylko przyjemnością. Najważniejsze jest to, by skończyć amatorską przygodę sportową w zdrowiu lepszym niż się przyszło do tego sportu. Bez koksu i innych niedozwolonych wspomagaczy. W mojej karierze zawodniczej nigdy nikt czegoś takiego nie zażywał. Dopingiem był kogel-mogel i ładne dziewczyny, które przychodziły nam kibicować – opowiadał w uśmiechem.

Reklama

Dlatego w pewnym momencie, choć cały czas był zawodnikiem („Miałem ten problem, że nie miałem tu z kim przegrać!”) większą uwagę skupił na pomocy innym. Gdy sekcja ciężarów upadła, Woroszczak po kilku latach postanowił doprowadzić do jej odbudowy. Jako trener wprowadził Piasta ponownie do 2.ligi. Zbudował zaplecze treningowe, z którego przez lata korzystali później gryfińscy karatecy, a także nawiązał międzynarodowe współprace. W 1972 r. gryfinianie udali się na słynny mecz do Danii. Przede wszystkim pomógł jednak w ukształtowaniu wielu młodych mieszkańców regionu.

- Przez salę, w której trenowaliśmy przewinęło się ponad 70 wartościowych ludzi, których można nazwać zawodnikami. Odchowanych, zdrowych ludzi. W czasie zawodów sala była pełna kibiców. Tu się działy dobre rzeczy, bo ja nawet zabraniałem chłopakom przeklinać. Gdy komuś się coś wyrwało, to od razu  przepraszał. Rodzice to wiedzieli i zapisywali swoje dzieci do nas. Nie przyjmowałem wszystkich, bo wymagałem trzech rzeczy: zgody rodziców na piśmie, zgody szkoły, że da radę połączyć naukę ze sportem oraz książeczki lekarskiej.  W życiu, a szczególnie w sporcie potrzebne są trzy rzeczy. Trzeba mieć talent, być pracowitym i systematycznym. Jeśli połączy się te trzy rzeczy to można osiągnąć sukces. Gdy byłem wychowawcą młodzieży, to przyświecało mi, by sport traktować z radością, a rywala szanować. Nie jest wrogiem, tylko konkurentem, bo dzięki niemu trenujesz, by być lepszym. Dlatego wpajałem im, że sport nie może opierać się na chamstwie, agresji i oszustwie. Sukces przyjdzie, jeśli człowiek jest rozumny i wykonuje wysiłek głową, a nie rękoma czy też nogami  – opowiadał.

Reklama

„Ludowiec”

To samo podejście praktykował w życiu zawodowym oraz działalności polityczno-społecznej.  „Ludowcem” został w 1974 r., nieco z powodu wykształcenia i zawodu, nieco z pragmatyzmu.

- Treść mojego ówczesnego życia wypełniał sport i praca w zawodzie. Jako lekarz weterynarii pracowałem jednak z ludźmi, wykorzystywanymi przez państwo. Rolnicy płacili haracze, w postaci obowiązkowych dostawy mięsa, które oddawali za grosze. Uznałem, że mógłbym jakoś tym chłopom pomóc, w ich imieniu powalczyć o lepszy sprzęt i lepsze traktowanie. Pojawił się problem, bo nie miałem ochoty zapisać się do PZPR-u, a musiałem gdzieś należeć. Uświadomiłem to sobie po spotkaniu z jednym z dygnitarzy, który spytał mnie: „A kim pan jest, żeby z panem o tym rozmawiać?”. Postanowiłem więc zapisać się do jednej z partii, które wówczas funkcjonowały. Wybór był oczywisty: PZPR odpadał, a Stronnictwo Demokratyczne było malutką partią. Dlatego wstąpiłem w szeregi ZSL – opowiadał na naszych łamach.

Reklama

Choć sam nie był rolnikiem, właśnie do Stronnictwa Ludowego było mu najbliżej.

- Byłem członkiem ZSL i PSL przez wiele lat. Jestem z tego dumny, bo uważam, że chłop to największy patriota. Nie ucieknie z kraju, bo ma tu ziemię. Jest też wyznawcą tego, co PSL głosił, umiłowania ojczyzny, wiary chrześcijańskiej i jednocześnie uporu o zachowanie suwerenności ojczyzny. Nie byłem chłopem, ale pracowałem z nimi i poznałem ich oblicze. Wiedziałem, że to zdrowa część narodu, dla której warto podjąć działania. Roboty było mnóstwo, ale przez moje oficjalne działanie w środowisku wiejskim i na scenie politycznej, ludzie zobaczyli, że ten mały doktor coś tam pomaga – akcentował.

Reklama

Chętnie angażował się w wiele inicjatyw. W latach 1979–1980 był przewodniczącym terenowego oddziału Związku Zawodowego Pracowników Weterynarii w Pyrzycach, a w latach 1980–1981 przewodniczącym „Solidarności” Pracowników Weterynarii w tym mieście. Zasiadał też w prezydium KZ „Solidarność” w Szczecinie. Od 1984 do 1988 był zastępcą przewodniczącego rady gminy Stare Czarnowo.

Gdy upadł PRL, brał natomiast udział w pracach nad przeorganizowaniem stronnictwa.

- W 1989 roku zostałem tymczasowym Prezesem Zarządu Wojewódzkiego Ruchu Ludowego. Byłem w grupie piętnastu krajowych działaczy, którzy zmierzali do utworzenia Polskiego Stronnictwa Ludowego. Hasło konieczności zmian, po raz pierwszy padło zresztą w 1990 roku tu w Szczecinie. W czasie pierwszego wojewódzkiego zjazdu powiedziałem, że my nie chcemy żadnego PSL Odrodzenie czy Wyzwolenie. Przyjmiemy nazwę Polskie Stronnictwo Ludowe – PSL. Bardzo dobrze zostało to przyjęte przez wszystkich, a ja stałem się prezesem zarządu. Jako jego delegat pojechałem w maju na kongres ogólnopolski, gdzie zatwierdzono nową nazwę – zapisał w swoich wspomnieniach.

Poseł

Dlatego też start w wyborach parlamentarnych ’91 traktował jako naturalne następstwo swoich dotychczasowych działań.

- Wiedziałem, że po upadku komunizmu trzeba na nowo tworzyć Polskę. Miałem wiele chęci i ambicji, by w tym uczestniczyć, pomóc ludziom, którzy przez lata doświadczali na sobie wyzysku i uciemiężenia – tłumaczył Woroszczak, który uzyskał niemal cztery tysiące głosów i mandat poselski.

Po raz pierwszy próg budynku przy ul. Wiejskiej, jako poseł, przekroczył w listopadzie 1991 r. W sejmowych ławach zasiadała wówczas cała polityczna śmietanka: Janusz Korwin-Mikke, Antoni Macierewicz, bracia Kaczyńscy, Donald Tusk, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Geremek, Jan Maria Rokita, Bronisław Komorowski, Józef Oleksy, Marek Borowski, Leszek Miller, Andrzej Kern, Włodzimierz Cimoszewicz, Jacek Kuroń, Janusz Piechociński, Waldemar Pawlak i wielu innych. Woroszczak czuł się w tym gronie swobodnie, co pokazał już pierwszy dzień obrad.

- Trzeba było zrobić zdjęcie do legitymacji, fotografowie czekali w gmachu sejmowym. Ustawiłem się w kolejce, która była bardzo długa. Gdy już miała być moja kolej, wszedł Donald Tusk. Był młodym, ale znanym politykiem, bo szefem Kongresu Liberalno-Demokratycznego, z takim blond loczkiem na głowie. Zobaczył tłum i powiedział: „Może koledzy mnie przepuszczą? Bo ja się bardzo śpieszę”. „Kolego pośle, wszyscy się śpieszymy i stoimy tu już dłuższy czas. Tam jest koniec kolejki” – usłyszał pan Tusk i grzecznie stanął w samym ogonku. Potem dał się jednak poznać jako człowiek miły i sympatyczny, bo taki jest w rzeczywistości – opowiadał Woroszczak, który najlepszą relację zawiązał z innym późniejszym premierem.

Waldemara Pawlaka wielokrotnie nazywał swoim przyjacielem. Razem zasiadali w Sejmie, jeździli po kraju oraz pracowali nad budową nowej Polski. Zbigniew Woroszczak był bowiem posłem w niezwykle ciekawych czasach. Nadmienić tu można m.in. słynną „Noc teczek”.  Gryfiński lekarz był aktywnym posłem (wspomnienia poselskie Zbigniewa Woroszczaka znajdują się w całości na portalu gryfinska.pl). Ubolewał jednak, że wiele jego planów nie zostało zrealizowanych. I kadencja Sejmu trwała zaledwie przez dwa lata.
- W październiku 1993 roku rząd Hanny Suchockiej otrzymał votum nieufności. Aby go odwołać, potrzebna była bezwzględna większość w postaci 223 posłów i tylu dokładnie było „za” dymisją gabinetu. Ja sam zagłosowałem za votum nieufności, bo taką decyzję podjęliśmy w klubie PSL – mówił.

Aktywny emeryt

Wiązało się to z koniecznością rozpisania nowych wyborów. 53-letni wówczas Woroszczak wystartował ponownie.

- Było to naturalne, bo miałem swoje osiągnięcia, byłem prezesem w województwie. Wytypowaliśmy ludzi na listę, zaczęliśmy kampanię, spotkania z ludźmi. Ujęto mnie na pierwszym miejscu PSL. Pamiętam sondy gazetowe „Głosu”, „Kuriera” i „Gazety Wyborczej”. W ostatniej, tuż przed ciszą nocną znalazłem się na trzecim miejscu w całym województwie. Niemal jak pewniak, bo ze szczecińskiego można było wywalczyć dziesięć mandatów. Co prawda zdobyłem więcej głosów, niż poprzednio, bo ponad cztery tysiące, ale tym razem nie wystarczyło to, by dostać się do sejmu. Mandat uzyskał mój kolega Jan Wołek – tłumaczył Woroszczak.

Kolejną nieudaną próbę dostania się do Sejmu podjął w 1997 r. Był też rozważany, jako kandydat na pierwszego gryfińskiego starostę. Ostatecznie jednak nie wszedł ponownie do polityki. Wrócił do weterynarii, co było naturalne, ale też nieco bolesne. Idąc do parlamentu zamknął własną praktykę, wobec czego znalazł zatrudnienie w Inspekcji Weterynaryjnej. Na emeryturę przeszedł w 2002 r. Cały czas pozostawał jednak aktywny.

W 2003 został prezesem miejsko-gminnego zarządu PSL w Gryfinie, członkiem władz regionalnych i delegatem na kongres tej partii w Warszawie. Dziś nie sposób zliczyć funkcji, które pełnił z ramienia ZSL i PSL. Choć nie pełnił już żadnej funkcji, cały czas wspierał i interesował się „życiem” stronnictwa. Brał udział w spotkaniach, martwił się problemami polskiej wsi.

Przyjaciel redakcji

Był też przyjacielem naszej redakcji. Pisząc teksty historyczne, zawsze mogliśmy liczyć na jego pomoc i obszerne archiwum. Zbigniew Woroszczak skrupulatnie prowadził prywatne archiwum. Wszystkie materiały miał posegregowane: osobno dokumenty weterynaryjne, osobno sportowe i polityczne. W zależności od tego, o czym była rozmowa, na stole jego gabinetu lądował właściwy skoroszyt, bądź pudło z pamiątkami. Nigdy nie odmówił pomocy, nawet gdy sprawa była pilna i wymagała ekspresowych działań.

Żył wydarzeniami miasta i regionu, interesował się jego historią. Dzwonił, by wyrazić swoją opinią, pochwalić, albo najzwyczajniej porozmawiać. Był inteligentny i serdeczny. Cechowała go wysoka kultura osobista i gościnność. Nigdy nie zwracał się inaczej niż: „Szanowny kolego”, lub „Szanowny młodszy kolego”. Nie złościł się, gdy jeden z działaczy przypisał sobie jego dokonania. Nadmienił o tym dopiero przy najbliższej okazji. Nie wymagał od nas sprostowania. Zależało mu jedynie na tym, by piszący artykuł wiedział jaka jest prawda. Tak na przyszłość,  dla potomnych.

Będzie nam pana brakowało, szanowny kolego. 

Grzegorz Racinowski 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama