Reklama

Zanim przyjechał do Gryfina. Życiowa droga ks. Jana Palicy

Z okazji świąt przypominamy archiwalny tekst sprzed półtora roku, gdy opisaliśmy życie i działalność pierwszego gryfińskiego proboszcza. Druga część historii Jana Palicy opublikujesz jutro, w czwartek 25 grudnia

W Gryfinie niewiele jest miejsc, które upamiętniają gryfinian. Przez wiele lat lista ograniczała się wyłącznie do Stanisławy Siarkiewicz, której imieniem, krótko po śmierci nauczycielki, postanowiono nazwać Park Miejski w Gryfinie. Nieprzypadkowo, gdyż pochodząca z Kałusza polonistka znana była ze swojej działalności przyrodniczo-ekologicznej.

Jej przykład mógł uruchomić lawinę kolejnych upamiętnień, lecz wiele podnoszonych kandydatur przepadało, bądź nie było w ogóle wyciąganych z historycznych annałów.

Reklama

Dlatego, gdy jesienią 2016 r. rondo przy przejeździe kolejowym nazywano imieniem księdza Jana Palicy, uroczystości odbyły z właściwym zaangażowaniem.

- Pamięć o tym księdzu, pierwszym proboszczu Gryfina, jest i będzie trwała wśród żywych. Ks. Jan Palica miał niezwykle uduchowioną twarz, oczy patrzące daleko w przyszłość – mówił metropolita szczecińsko-kamieński abp Andrzej Dzięga.

Pozostali zaproszeni odczytywali fragmenty jego życiorysu, także gryfińskiego i po-gryfińskiego.

- Tyle się mówi o przywiązaniu Palicy do Gryfina. i Ciekawe dlaczego nie został w Gryfinie na zawsze? – padło w kuluarach.

Reklama

A gdyby okazało się, że nie zależało to wyłącznie od niego samego?

"Kresowy" ksiądz

W naszym mieście znana jest przede wszystkim opowieść o „Palicy gryfińskim”. Tymczasem, w momencie przyjazdu do Gryfina, był pięćdziesięcioletnim mężczyzną. Przyszedł na świat 2 stycznia 1895 roku w Kozłowie, w powiecie złoczowskim, w województwie tarnopolskim. Był synem Dominika Palicy i Marii z domu Żulińskiej-Jana.

- Wychował się w bardzo dużej rodzinie. Miał aż dziesięcioro rodzeństwa – opowiada Stanisław Zator, siostrzeniec Palicy.

Reklama

Przyszły ksiądz był drugim najstarszym dzieckiem, synem „przekazanym Bogu”. W domu Paliców wiara i oddanie dla bliźniego była podstawową dewizą i życiowym drogowskazem.

- Moi dziadkowie, czyli rodzice ks. Jana, byli rolnikami. Z opowieści wiem, że dziadek Dominik szył kożuchy. Niestety nie dane mi było go poznać. Kozłowo znajdowało się pod zaborem austriackim. Gdy wybuchła I wojna światowa, dziadka wcielono do wojska. Zginał gdzieś na Bałkanach, nie wiemy nawet, w którym dokładnie miejscu znajduje się jego grób. Informacje o śmierci rodzinie przekazali żołnierze – opowiada nasz rozmówca.

Reklama

Ks. Palica znajdował się wówczas w Seminarium Duchowym we Lwowie. Święcenia kapłańskie przyjął 29 maja 1919 r. z rąk ks. abp. Józefa Bilczewskiego. Wówczas arcybiskupie lwowskim, dziś świętym kościoła katolickiego. Wkrótce po tym 24-letni Palica rozpoczął posługę.

- Przypadła na niebezpieczny czas i miejsce. Na wschodzie Polski dochodziło do regularnych walk z ukraińskimi oddziałami. Wojna objęła swym zasięgiem także miasto powiatowe Dolina w województwie stanisławowskim, gdzie Palica podjął swoją pierwszą pracę – pisaliśmy w jubileuszowym tekście z okazji uroczystości przy rondzie.

Reklama

W kolejnych latach kilkukrotnie zostawał przenoszony do innych parafii. Posługę kapłańską kontynuował w miejscowości Wicynia w woj. tarnopolskim.

- To miasto, z którym nasza rodzina jest niezwykle związana. Dla mnie wyjątkowe, bo sam czuję się wicyniakiem – mówi Stanisław Zator.

Ks. Palica ściągnął bowiem do tej miejscowości dwie siostry.

- Obie poznały tam mężów. Kasia wyszła za Baranowskiego, a Maria, czyli moja mama za „bardzo przystojnego” Zatora – opowiada siostrzeniec Palicy.

Utemperowany przez proboszcza

Reklama

Życie księdza sprawia, że nie można przywiązywać się do jednego miejsca. W 1931 r., 36-letni już ksiądz, został skierowany

do wsi Kuropatniki w powiecie Brzeżany. Prawdopodobnie dlatego, że w dotychczasowej posłudze dał się poznać jako aktywny kapłan i „budowniczy”.

- Gdy w 1921 r. trafił do Wicynia, nie było nawet parafii. Do 1926 r. powstał kościół, wybudowany dzięki niemu. Był wówczas administratorem, gdy w miejscowości stanęła świątynia, został proboszczem – mówi Stanisław Zator.

- To samo w regionie brzeżańskim, gdzie za jego probostwem wybudowano dwie zakrystie oraz mury wokół świątyni. W Kuropatnikach ks. Jan Palica zajmował się również pracą z młodzieżą w założonym przez siebie Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz upowszechnianiem wiedzy rolniczej, organizując wraz z pracownikami miejscowej szkoły trzystopniowe kursy – pisał Julian Dalidowicz na łamach „Gryfińskiego Kwartalnika Historycznego”.

Reklama

Jego zaangażowanie nie zawsze było mile widziane.

- Był nie tylko księdzem, ale dziś nazwalibyśmy go również działaczem społecznym. Udzielał się w spółdzielni mleczarskiej, w Kole Stefczyka i wielu innych miejscach. W pewnym momencie został utemperowany przez biskupa, by się tak nie angażował i zajął wyłącznie posługą – opowiada Zator, który jest również biografem pierwszego gryfińskiego proboszcza.

Pisząc książkę korzystał z wielu materiałów archiwalnych. Wyłaniał się z nich obraz wszechstronnie uzdolnionego kapłana.

Reklama

- Sam nie miałem możliwości dobrze poznać wujka. Byłem za młody, widziałem go raz w życiu, gdy przyjechał w odwiedziny do mojej rodziny. Znam go z opowieści mamy, która mówiła, że był życzliwy dla ludzi, ale zarazem bardzo wymagający – opowiada nasz rozmówca, dodając że ks. Palica sporo wymagał też od siebie.

- Jestem w posiadaniu różnych dokumentów, w tym jego świadectw szkolnych i z czasów seminarium. Same „piątki”, od góry do dołu – opowiada, wspominając że zresztą w Gryfinie nauczał w liceum nie tylko religii, ale również matematyki.

Reklama

Kałuszanin

Być może właśnie ogromne zainteresowanie sprawami społecznymi sprawiało, że co kilka lat wysyłany był w nowe miejsce. W 1934 r. trafił do Delatynia w woj. stanisławowskim, skąd trzy lata później został przeniesiony do Kałusza. Było to miasteczko górnicze, w którym działała nowoczesna kopalnia soli potasowych i kainitu.

- W skład probostwa oprócz kościoła wchodziły: ceglana plebania, drewniana organistówka, drewniany budynek gospodarczy, w którym znajdowała się stodoła, stajnia i drewutnia oraz murowany spichlerz, Parafia posiadała również ziemię orną, łąki, sady i ogrody. W skład obiektów sakralnych jego parafii, oprócz kałuskiego kościoła, wchodziły dwie kaplice: w Kopankach i Wierzchni – zarysowywał Julian Dalidowicz w swoim tekście.

Reklama

O tym, jak wyglądało życie parafii znamy z relacji „gryfińskich kałuszan”. To samo dotyczy okresu wojennego.

- Kto by spodziewał się aż tylu tragedii, że rozegrają się takie dramaty i konflikty. Gdy Rosjanie weszli do miasteczka, to wysłali wielu Polaków na Sybir. Później Niemcy zajęli się Żydami. Kilka rodzin mieszkało na końcu naszej ulicy. Okropne to było, gdy ich wyciągali z domów. Niemcy zabili ich, a tych którzy zostali najpierw zamknęli w miejskim gettcie, a później wywieźli do obozów koncentracyjnych. Nie został ani jeden – wspomina jedna z dawnych kałuszanek.

Historia ich miasta, to także dzieje rzezi, której Ukraińcy dokonali na Polakach (w latach 1941-1945 z rąk nacjonalistów ukraińskich z OUN-UPA zginęło tam 50 Polaków, w tym ks. Jan Ciapała ze zgromadzenia orionistów) oraz powojennej ucieczki.

- Strasznie lało, prawdziwe urwanie chmury. Jakby niebo nad Kałuszem płakało za tymi, którzy już nigdy nie wrócą. To było na początku sierpnia 1945 r. Nie wiem nawet, czy nie w pierwszy dzień miesiąca, może drugi, bo do pociągu wchodziliśmy o północy. Dwanaście rodzin w jednym wagonie, a w pozostałych wszystko, co mieliśmy. W drugim zwierzęta, a w trzecim wyposażenie z naszego kościoła, które zabrał ze sobą ks. Palica, chcąc ocalić je przed zniszczeniem i rozkradzeniem – opowiadała na naszych łamach nieżyjąca już Janina Jarocka.

Nie był zachwycony miastem

W niedzielę 26 sierpnia 1945 r., do repatriantów, którzy przyjechali z Kałusza, na dworcu w Gryfinie wyszedł komitet powitalny, któremu z chlebem i solą przewodził I sekretarz PPR Wacław Kiciński. W gorący przemówieniu zachęcał, aby wysiedli z wagonów i nie jechali dalej. Ksiądz Palica podziękował za tak serdeczne powitanie i zapewnił, że od tego momentu Gryfino będzie ich rodzinnym miastem. Obserwujący to ludzie z tobołkami płakali z radości. Byli szczęśliwi, że skończyła się ich tułaczka. 19-letni Michał Rubczak, w drzwiach wagonu towarowego obserwował uważnie i tylko czekał na sygnał matki. „Wyładowujemy się. Jak ksiądz się wyładowuje, to my też”.

Fragment książki „Portret Miasta. Gryfino 1945-2015” pokazuje jak bardzo lokalnym historykom i regionalistom zależało na tym, by Palica traktował Gryfino niczym ziemię obiecaną. Pierwszy gryfiński proboszcz był jednak daleki od takiej oceny.

- Żal mi tego ludu, gdyż są jak owce bez pasterza”, [Chrystus] ulitował się i nad tymi duszami, które los zagnał aż nad samą Odrę i sprowadził im kapłana odpowiedniego, który wprawdzie ani myślał, a tym mniej chciał osiedlić się w tak odległych i tak zniszczonych stronach, ale przywieziony wraz z resztą swych dawnych parafian, widział w tym palec Boży. Potrzebny bowiem był na początek kapłan, któryby był w całym tego słowa znaczeniu samowystarczalny, gdyż tylko taki mógł w tych warunkach uporać się z niezliczonymi trudnościami i brakami. Był nim piszący te słowa, były proboszcz z kresowej parafii Archidiecezji Lwowskiej w Kałuszu, który po ewakuacji całej swojej parafii na Zachód, w różne strony Ziem Odzyskanych, sam z garstką swoich wiernych, po prawie miesięcznym tułaniu się na różnych stacjach, „wylądował”, a raczej został „wylądowany” w Gryfinie, z końcem sierpnia r. 1945. W parę dni później, kiedy jeszcze wahał się, czy pa pozostać wśród tych ruin, czy wracać na Śląsk, jak to uczyniła większość przybyłych wraz z nim jego parafian, otrzymał od Najprzewielebniejszego Administratora Apostolskiego Ks. Dr. Edmunda Nowickiego […] nominację na proboszcza w Gryfinie – odnotował Jan Palica, we wspomnieniach pisanych w trzeciej osobie.

Powstały w 1948 roku, a więc w momencie, w którym miał prawo czuć się nieco bardziej związanym z nowym miejscem. Z relacji nie bije optymizm, ani radość z otoczenia, w którym przyszło mu żyć ze swoim stadem.

Trochę Kałusza w Gryfinie

O ile trudno uwierzyć w pełne patosu słowa o nowym „rodzinnym mieście”, niepodważalny jest wpływ, który wywierał na towarzyszących mu parafian ze wschodu.

- Przy dworcu gryfińskim stały 2-3 czołgi rozbite. W mieście leżały jeszcze trupy i truchła koni. Czuć było śmierć, a centrum miasta było zniszczone. Chcieliśmy wracać na Śląsk, ale skoro ksiądz się zdecydował, to wszyscy wyszliśmy za nim. To był nasz ukochany ksiądz, wspaniały kapłan i dobry matematyk, bo pomagał maturzystom nawet z najtrudniejszymi zadaniami. Udzielał mi pierwszej komunii, a w 1954 roku dawał ślub ze Stefanem. Mam nawet zdjęcie z imprezy weselnej w naszym domu, na którym siedzimy z ks. Palicą przy stole – mówiła na naszych łamach Janina Jarocka.

Palicę w ten sposób wspominają nie tylko „starzy kałuszanie”, których potomków w naszym mieście nie brakuje. Osadnicy z tej miejscowości nie stanowili tutaj większości, ale byli zauważalną grupą. Za sprawą swojej działalności sportowej (znajdowali się wśród założycieli Polonii Gryfino) i edukacyjnej (Stanisława Siarkiewicz była cenioną nauczycielką i nie tylko), ale także ze względu na postać kapłana.

Palica, kierując się przedwojenną dewizą, angażował się społecznie w organizację życia miejskiego. W powojennej rzeczywistości kościół katolicki odgrywał wielką rolę w życiu Polaków. W pierwszym kroku podjął więc kroki ku uruchomieniu miejscowego kościoła protestanckiego. Pierwsza msza święta w „polskim Gryfinie” odbyła się już drugiego września 1945 roku.

- Była możliwa dzięki temu, że opuszczając parafię, w której posługiwał od 1937 roku, ks. Palica zabrał ze sobą to co najcenniejsze: chorągwie, baldachim oraz zwinięty w rulon „Hołd stanów”, bo tak nazywał się obraz powstały około 1931 r. z ręki lwowskiego malarza Stanisława Kaczora-Batowskiego. Wśród przewożonych elementów kościelnego wyposażenia znajdował się też „pająk”. Kryształowy żyrandol, który znajdował się w kałuskiej świątyni – pisaliśmy przy okazji jednego z historycznych tekstów.

Z biegiem lat życie ulegało stabilizacji. Ci kałuszanie, którzy nie zdecydowali się wyjechać na Śląsk, zapuścili korzenie. Nazwiska jak: Guga, Puszka, Bara, Hellar, Martyna, Ławrów, Rubczak, czy Polak do dziś „spotkać” można w przestrzeni miejskiej. Sam Palica nie związał się z naszym miastem na stałe. Nie został też pochowany na gryfińskim cmentarzu.

- Wpłynęło na to kilka kwestii – tłumaczy jego siostrzeniec.

Koniec części IDrugą opublikujemy 25 grudnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 24/12/2025 17:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama