Czy ks. Jan Palica opuścił Gryfino, bo groziło mu więzienie? Tak twierdził jeden z nieżyjących już mieszkańców gminy. Postanowiliśmy ruszyć tym tropem. Prezentujemy trzecią – i ostatnią – część cyklu historycznego o życiu pierwszego proboszcza powojennego miasta
Wczoraj opisywaliśmy ostatnie „gryfińskie miesiące” księdza Jana Palicy.
- 29 czerwca 1955 r., w samo święto Apostołów Piotra i Pawła, znalazłem się w szpitalu w Szczecinie, gdzie musiałem poddać się operacji. Operacja udała się szczęśliwie, tak że już 17 lipca mogłem powrócić do domu, ale jeszcze cały miesiąc potem odczuwałem znaczne dolegliwości pooperacyjne – napisał gryfiński proboszcz w księdze parafialnej.
Wkrótce po tym nie było go w Gryfinie, choć trudno określić w jakim stopniu wpłynęła na to opisywana choroba. Trafił bowiem do szczecińskiego Dąbia, skąd po dwóch latach przeniesiono go na wymagającą parafię pw. Macierzyństwa Najświętszej Marii Panny w Zbąszynku.
Jak pisaliśmy w poprzedniej części, nie były to wakacje, ani miejsce na spokojną emeryturę.
- Już 28 września 1958 r. ks. Proboszcz Jan Palica dokonał poświęcenia przy kościele pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła nowego Krzyża dębowego o wysokości 6m. Z początkiem lipca 1959 r. podjął trudu prac adaptacyjnych w prezbiterium. Za ołtarzem znajdowały się pomieszczenia przeznaczone na zakrystię i komórki […] W tym czasie wykonano również prace związane z naprawą instalacji elektrycznej, przerobiono tablicę rozdzielczą, naprawiano urządzenia instalacyjne a miejscowi fachowcy, po godzinach swojej pracy, wykonali niezbędne prace stolarskie i ślusarskie – pisaliśmy, zaznaczając że nad całością prac czuwał „budowniczy Palica”.
- Raczej skłaniałbym się do twierdzenia, że w Gryfinie praca została wykonana, a było znacznie więcej miejsc, które potrzebowały sprawnego i zaangażowanego proboszcza. A ks. Jan Palica, mimo coraz bardziej podeszłego wieku, cały czas wykazywał ogromną gorliwość – mówi Stanisław Zator, jego siostrzeniec oraz biograf.
Ksiądz głosował za blokiem
W poprzedniej części cyklu przytoczyliśmy też słowa jednego z nieżyjących już parafian, który jako dziecko był obecny na pożegnalnej mszy ks. Palicy.
- Ludzie mówili, że ks. Palica wyjechał z Gryfina, by uniknąć więzienia. Jedyną możliwością tego była zmiana parafii – opowiadał na naszych łamach Kazimierz Kędziora z Pniewa.
Brzmi sensacyjnie, lecz biorąc pod uwagę o jakich czasach mowa, nie musi być to wcale ślepy trop.
Co jednak ciekawe, istnieją ślady, które mogą świadczyć o tym, iż ks. Palica wcale nie musiał być oponentem dla ówczesnej władzy. Gdy w 1947 roku zbliżały się pierwsze wybory do Sejmu PRL – sfałszowane zresztą przez komunistów - gryfiński proboszcz miał publicznie wesprzeć Blok Stronnictw Demokratycznych, czyli listę Polskiej Partii Robotniczej oraz partii satelickich.
- W powiecie Gryfino ksiądz wraz z podległym mu personelem przybyli do Komisji Obwodowej, gdzie oficjalnie oddali głosy na listę Bloku – czytamy w artykule Polskie Stronnictwo Ludowe na Pomorzu w kampanii przedwyborczej i wyborach do Sejmu Ustawodawczego, którego autorka, Małgorzata Ryś, powołała się na Sprawozdanie z akcji wyborczej w woj. szczecińskim przesłane przez szefa WUBP w Szczecinie do dyrektora V Departamentu MBP w Warszawie z 3II 1947 r.
Gdy we wrześniu 1948 roku do Gryfina na prelekcję przyjechała Maria Dąbrowska, ze zdumieniem odnotowała w swoich „Dziennikach”, że w „tym mieście wygnańców” zauważyć można dziwną komitywę. W jednym rzędzie, ramię w ramię obok szefa miejscowej milicji, siedział miejscowy proboszcz. W cytowanej już wielokrotnie księdze parafialnej, przy opisie uruchomienia gryfińskiego kościoła (2.09.1945), wymieniając obecnych na uroczystości Palica wymienił z nazwiska starostę powiatowego, tytułując go „Obywatelem Janem Daszyńskim”.
Mowa jednak o latach 1945-48. W późniejszym okresie, zważywszy na walkę, którą komuniści rozpoczęli z polskim kościołem, mogło dojść do ochłodzenia również gryfińskich stosunków. Świadczyć o tym mogą materiały, na które natrafiliśmy w Archiwum Państwowym w Szczecinie.
„Ksiądz podburzył parafian”
Teczka pod tytułem „Kościół rzymskokatolicki – powiat Gryfino – parafia w Gryfinie” składa się z kilkudziesięciu dokumentów, wytworzonych podczas dziesięciu lat działalności ks. Palicy. Nie ma w nim wprawdzie informacji, które mogłyby potwierdzić, iż władze pozbyły się Palicy, lecz z pożółkłych stron wyłania się obraz walk, które ks. Palica stoczył o „obronę kościelnego mienia”.
Od lat 40., niemal do końca swojego pobytu w Gryfinie, proboszcz zasypywał lokalne urzędy pismami. Walczył o kościoły we wszystkich okolicznych sołectwach, również we wsiach, które były wyludnione jeszcze długi po wojnie. Jednym z przykładów jest podgryfiński Krajnik, gdzie o „poniemiecki kościół” walczył nieprzerwanie w latach 1948-52.
Największą batalię stoczył jednak w sprawie plebani w Wełtyniu, którą Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Gryfinie, na wniosek zarządu wełtyńskiej spółdzielni produkcyjnej „Pionier”, zamierzało przeznaczyć na przedszkole.
- Była plebania poewangelicka w gromadzie Wełtyń posiada najlepsze warunki na przedszkole, a od ośmiu już lat stoi ona nieczynna, przez nikogo nieużytkowana ii w dalszym ciągu Prezydium PRN nie ma na to jakichkolwiek dowodów i nie widzi potrzeb, że będzie obiekt ten użytkowany przez kler parafii Gryfino, gdyż plebania w Gryfinie posiada aż nadto wystarczające pomieszczenie – czytamy w piśmie, z dopiskiem, że władze kościelne nie czyniły starań dotyczących utworzenia nowej, osobnej parafii w Wełtyniu.
- Ze swojej strony Prezydium PRN nie widzi jakiejkolwiek potrzeby utworzenia tam nowej parafii, gdyż miejscowość Wełtyń położona jest od Gryfina w odległości o 5 km i posiada dobrą drogę, na której kursują autobusy Państwowej Komunikacji Samochodowej, a ponadto proboszcz parafii Gryfino posiada własne konie. Dla udostępnienia dzieciom spółdzielców należnych warunków w korzystaniu z przedszkola, co tym samym podniesie wydajność pracy członków tej spółdzielni – szczególni w obecnym okresie żniw, przydzielenie byłej plebanii poewangelickiej na przedszkole jest konieczne – podpisało prezydium w składzie: Michał Markow, Leon Haba, Władysław Bara i Franciszek Osmolak, na termin wykonania uchwały wyznaczając 14 lipca 1953 r.
Inaczej na tę kwestię patrzyli widocznie parafianie, którzy kilka dni później napisali zażalenie do Rady Państwa w Warszawie. W swoich działaniach nie bali się też podejmować bardziej zdecydowanych kroków.
- Z dnia 17 na 18 lipca b.r. kobiety z gromady Wełtyń sprowadziły nocą księdza na zamieszkanie przy kościele, który był dotychczas czynny jako filia parafialna. Ksiądz, który został sprowadzony przez kobiety nie jest zameldowany w tam. Gminie jak i również tut. Prezydium nie udzieliło zgody, nie mając zezwolenia z Wojewódzkiej Rady Narodowej, jakoteż bez zgody gminnych władz siłą faktu została stworzona „dzika parafia” – napisał Przewodniczący PRN, prosząc władze wojewódzkie, by „zlikwidować stan bezkarnego naruszania ustaw i dekretów o porozumieniu Państwa z Kościołem”.
Z dokumentacji wynika, iż księdzem, który stworzył „dziką parafię”, był Andrzej Majewicz, czyli wikariusz Jana Palicy, którego gryfiński proboszcz określił w kronice parafialnej mianem „gorliwego kapłana”. Zaangażowanie wyświęconego zaledwie rok wcześniej kapłana można było powiązać z Palicą.
Wiedziały o tym władze PZPR, które wprost oskarżały Palicę o podburzanie „wełtyńskich kobiet”. Przewodniczący PRN, gdy sprawa dotknęła najwyższych szczebli zarówno kościelnych, jak i wojewódzko-partyjnych, przyznawał że „bunt wiernych” wybuchł właśnie z inspiracji gryfińskiego proboszcza.
W raportach wspominał o liście, który parafianie z Wełtynia wysłali do Rady Państwa Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Jak czytamy w kilkunastu dokumentach, w momencie, gdy podjęto decyzję o utworzeniu przedszkola, ks. Palica wraz z grupą parafian przeprowadził ekspresowy remont. Fakt ten później był akcentowany, jako argument o pozostawieniu mienia jako kościelne. Wszak remont przeprowadzono ze środków własnych mieszkańców Wełtynia, często z ostatnich oszczędności.
Niewykluczone, że to właśnie tego typu sytuacje sprawiły, iż Palica przestał być mile widziany przez gryfiński aparat partyjny.
„Musiał postawić na swoje”
Stanisław Zator jest nie tylko autorem biografii Palicy, ale również jego siostrzeńcem. Jak jednak przyznaje, nie miał możliwości dobrze poznać wujka, którego widział zaledwie raz, w dodatku w dzieciństwie. Więcej kontaktów z gryfińskim księdzem miała Barbara Szukała z d. Palica.
- Jan Palica również był moim wujkiem. Widywaliśmy się regularnie. Dwukrotnie zaprosił mnie do siebie na wakacje – opowiada blisko 90-letnia bratanica ks. Palicy, która przebywała w Gryfinie latem 1950 i 1951 roku.
- Miasto było zrujnowane. Wszędzie znajdowały się zniszczone budynków oraz gruzy. Od wojny minęło pięć lat, ale Gryfino wciąż nie potrafiło podnieść się z ruiny. Miało jednak szczęście, że wujek tutaj zamieszkał. Jan Palica był nie tylko księdzem, ale również świetnym organizatorem. Jeszcze przed wojną udzielał się w różnych spółdzielniach i inicjatywach niekoniecznie kościelnych. Jego przełożeni mieli mu to za złe, kiedyś został nawet upomniany przez biskupa – opowiada.
Opisywane cechy charakteru były jednak niezwykle przydatne w powojennym, poniemieckim mieście. „Wujek Palica” był bowiem bardzo wymagający, wręcz nieznoszący sprzeciwu.
- Nie prosił, raczej wydawał polecenia. Choć przyjechałam na wakacje, to też dostałam przydział pracy. Mój tata był z zawodu ogrodnikiem. Przy plebanii w Gryfinie znajdowało się gospodarstwo. Były zwierzęta, miał m.in. konia karego, ale też ogródek, a w nim nasadzone pomidory. Wujek coś tam przy nich robił, ale nie znał się na tym. Ja również nie byłam w tym temacie specjalistką, ale uznał, że skoro jestem córką ogrodnika, to powinnam potrafić doprowadzić jego ogródek do porządku. Miałam więc zajęcie - wspomina Barbara Szukała, dodając, że jeden z jej przyjazdów do Gryfina zbiegł się w czasie z urlopem – bądź chorobą – miejscowego organisty.
- Wujek Palica przyszedł i zakomunikował: „Musisz zagrać do mszy”. Oczy wyszły mi ze strachu z orbit. Grałam wprawdzie trochę, ale na pianinie i nigdy nie miałam do czynienia z kościelnymi organami! Pamiętam, że te w Gryfinie były zabytkowe, piękne i duże. Powiedziałam wujkowi, że chyba nie dam rady. Zirytował się, trochę na mnie nakrzyczał: „Jak to nie dasz rady. Znasz przecież rytm”, powiedział i zaczęliśmy nucić jedną, może dwie pieśni. „No, umiesz i zagrasz”. Bardzo się denerwowałam, ale jakoś mi wyszło – uśmiecha się nasza rozmówczyni, dodając że tego typu zachowania były tylko powłoką.
Wujka-księdza zapamiętała jako dobrego kapłana, którego misją było dobro drugiego człowieka.
- Miał gospodynię. Starszą kobietę, która zajmowała się też gotowaniem. Nie było tak, jak wówczas w wielu miejscach, że ksiądz jadł osobno, a pozostali pracownicy parafii osobno. Wszyscy siadaliśmy wspólnie do stołu. Ksiądz Palica dzielił wszystko po równo. Był bardzo uczciwy, zawsze pilnował, by wszyscy byli równo traktowani, by nikogo nie wyróżniać, tym bardziej jego samego. Żył bardzo skromnie, niczego nie potrzebował. Wszystkie pieniądze przeznaczał na kościół i parafian.
Dlatego gdy w 1974 roku zmarł na raka nerek, to praktycznie nic nie miał. Nie zostawił zbyt wielu rzeczy osobistych, ani żadnych oszczędności – mówi Barbara Szukała.
Mógł się narazić
Podczas swoich wizyt w 1950 i 1951 roku miała możliwość poznać nie tylko stryja, ale również miasto i panującą w nim sytuację. Przytoczyliśmy jej fragment wspomnień Kazimierza Kędziory, pytając czy ks. Palica rzeczywiście mógł mieć problemy z tutejszymi władzami.
- Aż takie, by trafić do więzienia, raczej nie. Myślę, że ze względu na swój charakter i postawę mógł kilka razy narazić się władzom. Po wojnie na pewno z nimi współdziałał. Był człowiekiem wielu talentów. Zajmował się nie tylko posługą kapłańską, ale również uczył w szkole i organizował pomoc dla najuboższych. Ludzie przyjechali do Gryfina z różnych części kraju. Wielu z Kresów Wschodnich, z minimalnym dobytkiem, często bez żywego inwentarza. To ich otaczał największą opieką. Był nie tylko księdzem, ale też organizatorem powojennego życia, które siłą rzeczy skupiało się właśnie wokół niego – komentuje bratanica.
Opisywane przez nią cechy charakteru proboszcza, w tym chęć postawienia na swoim, miały prawo nie spodobać się władzom.
- Dla niego liczyła się najbardziej wspólnota. Dlatego tak bardzo walczył o wszystkie kościoły, nawet w najmniejszych i jeszcze niezasiedlonych miejscowościach. Narażał się tym władzom miasta, więc pewnie dlatego, gdy wyjechał, to ludzie zaczęli mówić, że został stąd wygoniony, albo że groziło mu więzienie. Może nawet jakiś działacz partii powiedział kiedyś tak w nerwach, ktoś usłyszał, przekazał dalej – zastanawia się B. Szukała.
W jej opinii równie prawdopodobne jest, że za „odesłanie Palicy” mogło mieć wewnątrzkościelny charakter.
- Miał ogromny autorytet, co pokazują materiały, do których pan dotarł. Walczył o wiernych i kościoły w mniejszych miejscowościach, więc ludzie szli za nim niczym w ogień. Ks. Palica miał silny charakter. Ze swoich wizyt w Gryfinie pamiętam, że gdy coś mówił, to parafianie i jego uczniowie z liceum, którzy przychodzili pomóc przy kościele, od razu to wykonywali. Miał bardzo silną pozycję w mieście, a kościelni zwierzchnicy nie lubią, gdy ktoś jest za bardzo popularny – ocenia Barbara Szukała, którą cieszy że jest tak wiele miejsc, w których pamięta się o ks. Palicy.
- Byłam na uroczystości w Gryfinie, podczas której ks. Palica został patronem ronda. To wspaniałe, że ludzie wciąż pamiętają o jego zasługach. Był wyjątkowym księdzem, społecznikiem i prawdziwym patriotą, który na pewno kochał Gryfino. Wiem to – uznaje jego bratanica.
KONIEC
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze