Żydzi urodzeni i wychowani w Kreis Greifenhagen tracili życie na terenie całej okupowanej Europy. Najwcześniej ofiarami Zagłady zostali przedstawiciele rejencji szczecińskiej, którzy w ramach „wprawki”, jak ich wywózkę nazwała Hannah Arendt, zostali umieszczeni w gettach na wschodzie dzisiejszej Polski. Świat pomorskich Żydów skończył się w lutym 1940 r. Przeżyć udało się jedynie nielicznym
Podróż w nieznane zakończyła się po trzech dniach i zebrała krwawe żniwo. Jak opowiadali nieliczni, którym udało się przeżyć, 1120 transportowanych Żydów musiało poradzić sobie w tym czasie bez wody oraz ogrzewania. Luty 1940 r. był wyjątkowo zimny. To oraz ścisk w wagonach czwartej klasy sprawiło, że już po pierwszej dobie odnotowano ofiary śmiertelne. Na stacji w Pile wyciągnięte zostało ciało 60-letniej Ernestine Badenski ze Stettina. Liczba zgonów rosła z każdą godziną. Odnotowywano odmrożenia, przypadki obłąkania, a nawet samobójstwa. Trwająca 690 kilometrów podróż zakończyła się na dworcu w Lublinie. W książce Juden in Vorpommern Wolfgang Wilhelmus wyliczył, że na stacji docelowej doliczono się łącznie 71 zmarłych.
- We wspomnieniach znaleźć można informacje, że wysiedlonych przywitano w przerażający sposób. Do wagonów doskoczyć mieli natychmiast członkowie policji porządkowej i kolejno wywlekać z nich przerażonych pasażerów. Bito ich przy tym kolbami i kopano. Zmaltretowanych trzydniową podróżą, ledwie trzymających się na nogach ludzi, zapędzono czwórkami do obozu przy ulicy Lipowej 7. Podczas upokarzającego marszu przez lubelskie ulice umrzeć miało kolejnych 10 osób – pisze Eryk Krasucki w Historia kręci drejdlem. Z dziejów (nie tylko) szczecińskich Żydów.
Na miejscu rozdzielono przyjezdnych między baraki i dokonano „przeglądu”. Nazistowska „Maszyna Zagłady” w lubelskim dystrykcie Generalnego Gubernatorstwa nie działała jeszcze, jak powinna. Przyjęcie tak dużej liczby osób w jednym miejscu nie było wówczas możliwe. Dlatego też pomorscy Żydzi zostali rozdzieleni między kilka miejscowości okręgu: 525 osób trafiło do Piast, 245 do Bełżyc, zaś 69 do Głuska. W każdym z nich znaleźli się dawni mieszkańcy Kreis Greifenhagen, stając się pierwszymi ofiarami. Wspomnianego 16 lutego 1940 r. w Bełżycach zmarła Taubchen Brenner, 76-latka pochodząca z Bienenwerder, czyli Łubnicy. Być może zginęła podczas marszu z Lublina, gdy kilkudziesięciostopniowy mróz, w połączeniu ze skrajnym wycieńczeniem, podwyższyły i tak wysokie statystyki śmiertelności.22 lutego w Głusku śmierć poniosła natomiast Hedwiga Pincus, wychowana w Woltinie (Wełtyń) a mieszkająca w Greifenhagen siostra Otta – przewodniczącego miejscowej gminy żydowskiej.
RÓŻNICE KULTUROWE
Jeśli wierzyć liście osób deportowanych z rejencji szczecińskiej do Generalnego Gubernatorstwa oraz danym z lubelskiego Judenratu, w gronie 1120 pomorskich Żydów znalazła się zaledwie jedna osoba pochodząca z Greifenhagen. Nie jest to prawdą. Wspomniane spisy opisywały stan z 12/13 lutego 1940 r. Tymczasem, jak zostało już napisane, po wydarzeniach Kristallnach (Nocy Kryształowej), w obawie przed dalszymi aktami agresji ze strony nazistów, żydowscy mieszkańcy Pomorza wyjeżdżali do większych ośrodków, bądź organizowali się w „solidniejsze” grupy. Tak uczynili m.in. bracia Jacobsohn, którzy w 1938 r. przenieśli się z Greifenhagen do Altdamm (dziś Szczecin-Dąbie), gdzie mieszkała rodzina ich siostry – Rosy Nathanson. 72-letni Gustav (dawny przewodniczący gminy żydowskiej w Greifenhagen) i starszy od niego o dwa lata Max liczyli zapewne, że w szerszym gronie rodzinnym grozi im mniejsze niebezpieczeństwo. Deportacja okazała się jednak nieunikniona i to nie adres zamieszkania był w jej przypadku decydującym czynnikiem.
Miejscowości, do których rozdzielono ich w Lublinie, były położone w bliskiej odległości. Wspólny mianownik stanowiła panująca w nich bieda i niezbyt wysoki poziom cywilizacyjnego rozwoju. To o tyle istotne, że niemieccy Żydzi, którzy zaznali życia w „nowoczesności”, musieli stworzyć społeczność z obcymi im kulturowo, polskimi Żydami.
- W tych trzech miejscowościach deportowani początkowo nie trafiali ani do gett, ani do obozów. Zostali po prostu dokwaterowani do domów i mieszkań zajmowanych przez miejscowe rodziny żydowskie. Część zmuszona została do tego, aby zamieszkać w stodołach i szopach przydomowych. Jeśli uwzględnić, że już przed wojną deficyt lokali mieszkalnych był jednym z najbardziej palących problemów w miasteczkach Lubelszczyzny, nietrudno wyobrazić sobie, jakie kłopoty nastręczyć musiało przybycie czasem setek, czasem dziesiątek nowych lokatorów – tłumaczy prof. Krasucki, który w swojej książce przytacza fragmenty niemieckich listów, mówiących o przerażających warunkach toaletowych, ogromnej biedzie, czy konieczności życia w dużej grupie z obcymi ludźmi.
Polscy Żydzi mieli z kolei pretensje o to, że przyjezdni zabierają im chleb oraz pracę (jako że znali język niemiecki, łatwiej było im nawiązywać „współpracę” z niemiecką administracją).
Analizując sytuację na przestrzeni miesięcy wydaje się jednak, że początkowe tygodnie, mimo lęku związanego z życiem w nieznanym miejscu, były relatywnie spokojne i bezpieczne. Najtrudniejsze miało przyjść pod koniec roku, wraz z procesem gettoizacji obszaru. Nie zmienia to jednak faktu, że już pierwszy okres pobytu w dystrykcie lubelskim GG przyniósł krwawe żniwo. Tylko do 12 marca 1940 r. śmierć poniosło 230 osób.
- Gdy do tej statystyki doda się tych, którzy nie wytrzymali trudów podróży ze Szczecina do Lublina, okaże się, że w ciągu niespełna zmarła ponad 1/4 wszystkich deportowanych. W ten sposób, bez mordowania i specjalnych zabiegów, na głębokiej polskiej prowincji dokonywała się powolna zagłada żydowskiej społeczności Szczecina i okolic – komentuje profesor Eryk Krasucki.
OSTATNIA ŻYDÓWKA Z GREIFENHAGEN
Chociaż znamy ostatnie miejsca pobytu członków interesującej nas społeczności, tylko w pojedynczych przypadkach odnotowano dokładną datę śmierci poszczególnych jej członków.
Joel Marcuse zmarł 18 marca 1940 r. w Lublinie. 84-latek wywodził się z Greifenhagen, ale dorosłe życie związał z Altdamm skąd pochodziła jego żona, Röschen Nathansohn. Razem ze szwagrem prowadził tam przedsiębiorstwo handlowe. Paul Nathansohn był z kolei mężem wspomnianej Rosy z d. Jacobsohn. Więzy między tymi trzema familiami zacieśniły się jeszcze bardziej, gdy młodszy z synów Joela i Röschen – Albert Marcuse – wziął za żonę Phillipine z d. Lewin. Jej matka Martha (zm. 1916 r.) była bowiem siostrą Rosy, Gustava i Maxa Jacobsohnów. Członkowie połączonych rodzin stanowili sporą grupę, większość z 21 altdammczyków, którzy zostali wywiezieni do Lublina. Na miejscu nie pozwolono im jednak pozostać razem.
- Max, starszy syn Joela Marcuse, jego żona Martha oraz ich synowie 10-letni Alfons i 13-letni Horst trafili do getta w Piaskach, tak jak Paul i Rosa Nathansohnowie. Albert Marcuse z żoną Philippine natomiast do getta w Bełżycach, które z czasem przemianowano na obóz zagłady. Wszyscy zostali zamordowani prawdopodobnie w roku 1942 – wylicza Andrzej Kotula, który zainteresował się historią Żydów z Altdamm.
Patrząc na spisy poszczególnych miejscowości dystryktu lubelskiego GG, podczas podziału pozwalano „łączyć” się tylko najbliższym członkom rodziny: małżonkom i ich dzieciom. Z tego powodu, gdy 25 marca 1940 r. Max Jacobsohn umierał w Bełżycach, nie było przy nim rodzeństwa. Brat Gustav przebywał w Głusku, gdzie sześć dni wcześniej zmarła jego żona Martha. Do końca roku odeszli też pozostali Żydzi z Kreis Greifenhagen, którzy znaleźli się w tym miejscu: 14 maja Max Steinhard z Lindow (dzisiaj Lubicz), 20 maja Adolf Lippmann, a 16 października Mathilde Lippmann (oboje z Kolow).
W Bełżycach wylądowali natomiast: Otto i Erna Pincusowie, Egon Samuel (student muzyki) wraz z rodzicami Gustawem i Else z d. Fuchs, a także Else Meyer z d. Pincus, z mężem Leopoldem i córką Margot. Do Piask, poza wspomnianymi Marcusami i Nathansonami skierowane zostały ponadto: Emma Cohn z Greifenhagen, Therese Braun z Heinrichsdorf (Babinka), Jenny Rosenberg z Bienenwerder (Łubnica, zm. 12.03.1941 r.)
oraz Wally i Gertrud Marcuse, matka z córką, które mieszkały w centrum Gryfina, gdzie ich rodzina prowadziła manufakturę.
Właśnie 25-letnia Gertrud, jako jedyna z grona deportowanych ze szczecińskiej rejencji, miała zapisaną przy nazwisku nazwę naszego miasta. Czyni to z niej ostatnią Żydówkę z Greifenhagen, co ma symboliczne znaczenie. Wszak, to od przedstawiciela rodziny Marcuse, na początku XVIII w., rozpoczęło się żydowskie osadnictwo w mieście.
Nie wiadomo jaki dokładnie spotkał ją los. Ślady życia Gertrud, podobnie jak większości opisanych osób, urywają się w wymienionych miejscowościach Generalnego Gubernatorstwa. Jeżeli komuś udało się wytrwać w głuskim gettcie do października 1942 r., zostawał przeniesiony do Piask, gdzie działało getto tranzytowe. Żydów – nie tylko pomorskich, gdyż do tego czasu kierowano tam również osoby pochodzenia żydowskiego z Czech, Słowacji, innych części Niemiec i całego dystryktu GG – wysyłano stamtąd do obozów zagłady w Bełżycach i Sobiborze.
Z kolei w Treblince znalazła się Else Meyer. Siostra Gustava Pincusa i Käthe Löwy oraz córka Amalie Pincus została zamordowana w październiku 1942 roku. Nie ulega wątpliwości, że ten sam los spotkał niemal wszystkich, którzy opuścili szczecińską Łasztownię w lutym 1940 r.
Ostatni akord ich tragedii rozegrał się już po wojnie. 22 lutego 1946 r. wójt gminy Bełżyce, ogłosił, że: „Rozkopywanie grobów osób pomordowanych przez Niemców w poszukiwaniu kosztowności jest przestępstwem, stanowi bowiem usiłowanie przywłaszczenia przedmiotów stanowiących własność Państwa”. W żaden sposób nie powstrzymało to miejscowych przed przeczesywaniem okolicy, co w znakomitych Płuczkach opisał Paweł Piotr Reszka. „Gorączka złota” na terenie dawnych gett i nazistowskich obozów zagłady na Lubelszczyźnie, trwała w najlepsze jeszcze do lat 60. XX wieku.
PRZODKOWIE BEZ TWARZY
W wielu przypadkach śmierć Żydów z Greifenhagen była nieodnotowana, przez co anonimowa. Co do Emmy Cohn nie ma najmniejszych wątpliwości. Odeszła 30 lipca 1940 r. w Piaskach. Choć przy jej nazwisku pojawił się dopisek „Stettin”, większość życia spędziła w Greifenhagen, gdzie legitymowała się trzema adresami. Początkowo zamieszkiwała kamienicę przy Baustrasse (dziś Niepodległości) z widokiem na słynną cukiernię Albrechta. W latach 30. przeniosła się na Fischerstrasse (dziś 1 Maja), a po Kristallnacht przepędzono ją do baraków miejskich przy rzece.
- Mieszkała tam w porzuconym wagonie kolejowym. Dla poczucia bezpieczeństwa zdecydowała się wyjechać do większego miasta. Moja babcia przeniosła się wtedy do Stettina, gdzie mieszkała jej kuzynka, Helene Levy – opowiadał nam Günter Unger, wnuk Emmy Cohn.
Liczący ponad 80 lat mężczyzna nigdy nie poznał swoich bliskich. Poświęcił jednak wiele lat, by dowiedzieć się jaki los spotkał członków jego rodziny.
- Babcia zginęła w Piaskach, a ciocia Levy niedługo później, 20 października 1940 r. w Bełżycach. W tym momencie nie było przy nich innych członków rodziny. Moja ciocia Irma nie zamieszkała w Stettinie, tylko przeniosła się z Greifenhagen do Isenburga. Podczas prześladowań narodowosocjalistycznych została wysłana do kobiecego obozu koncentracyjnego Lichtenburg w Saksonii, ale nie udało mi się ustalić dokładnego roku. Na pewno jednak, po rozwiązaniu tego obozu w maju 1939 r., wraz z innymi więźniarkami została przeniesiona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück – relacjonuje jej bratanek.
Irma Cohn była przetrzymywana w kobiecym obozie przez niemal trzy lata. Nie doczekała wyzwolenia.
- Wiosną 1942 r. w obozie Ravensbrück wybrano 1600 kobiet i zamordowano gazem w ośrodku zagłady w Bernburgu. Wśród nich była ciocia, Irma Cohn. Zmarła 13 lutego 1942 r. – dopowiada Unger.
Paradoksalnie najmniej dowiedział się na temat ojca. Max Cohn również wyjechał z Greifenhagen przed wybuchem II wojny światowej. W maju 1939 r. przebywał w więzieniu w miejscowości Brandenburg nad rzeką Havelą. Jedenaście miesięcy później znalazł się zapewne w Stuttgarcie. Świadczy o tym dokument ze zbiorów waszyngtońskiego Holocaust Memorial Museum. W piśmie, wysłanym 1 kwietnia 1940 r. przez policję w Stuttgarcie do komisariatu w Stettinie, pada pytanie o Maxa Cohna, „rozwiedzionego krawca”, urodzonego 29 grudnia 1908 r. w Greifenhagen in Pommern.
- W toczącym się śledztwie przeciwko ww. Cohnowi w sprawie podejrzenia o przemyt ludzi szczególnie ważne jest udowodnienie jego pochodzenia w urzędzie stanu cywilnego w Greifenhagen. Cohn twierdzi, że jest żydowskiej rasy mieszanej pierwszego stopnia. Proszę o zbadanie tego oświadczenia telefonicznie w urzędzie stanu cywilnego w Greifenhagen i jak najszybsze przesłanie wyników – napisano w dokumencie.
Wkrótce po tym 32-latek został zamknięty w obozie koncentracyjnym niedaleko Berlina.
- Zginął 4 lipca 1940 r. w Sachsenhausen, poprzez rozstrzelanie – dopowiada jego syn, Günter Unger.
Chociaż dowiedział się jaki los spotkał jego bliskich, nie znalazł spokoju. Nie posiada żadnych pamiątek rodzinnych, w tym ani jednej fotografii babci, ojca i cioci. Nie znaleźliśmy ich również w Archiwum Państwowym Szczecinie, w którego zbiorach zgromadzone są dokumenty Żydów z Provinz Pommern.
- Zbiór kenkart obywateli niemieckich pochodzenia żydowskiego obejmuje łącznie 1781 jednostek archiwalnych. Być może nie wszystkie dokumenty osobiste z tego zbioru się zachowały lub wskazane przez pana osoby oddały karty innym władzom policyjnym w III Rzeszy. Nie ma ich bowiem obecnie w zasobie szczecińskiego archiwum – poinformował nas prof. Paweł Gut ze szczecińskiego AP.
Na prośbę Güntera Ungera wykonaliśmy fotografie gryfińskich miejsc, z którymi związana była jego rodzina. Niestety, żadna z dwóch wymienionych kamienic nie przetrwała do naszych czasów. Dziś pod wspomnianymi adresami znajduje się sklep motoryzacyjny oraz trawnik przed jednym z wieżowców.
WRÓCIŁA, ALE NA CHWILĘ
Nie wszystkich spotkał identyczny los. Niektórym Żydom związanym z Greifenhagem udało się przeżyć wojnę i Holocaust. Mimo „złego pochodzenia” rządy nazistów przetrwała Charlotte Erdmann. Była córką Isidora Meyera, żydowskiego lekarza z Greifenhagen. Na niewiele zdała się więc zmiana wiary na protestantyzm. W świetle ustaw norymberskich Lotte cały czas uchodziła za Żydówkę. W ramach represji jej mąż Paul utracił w 1936 r. dzierżawę apteki w jeden z dzielnic Dortmundu, gdzie mieszkali w latach 30. Chociaż Charlotta została w 1944 r. złapana przez Gestapo i skierowana do przymusowej pracy w Berlinie, obojgu szczęśliwie udało się doczekać końca III Rzeszy.
Szybko podjęta decyzja o emigracji pozwoliła natomiast przeżyć Carlowi Marcuse. Po tym, gdy dotarł do syna, uzyskał azyl w Stanach Zjednoczonych. Zmarł w 1948 r., dziewięć lat od momentu wylotu z berlińskiego lotniska Tegel. Przetrwały też dzieci, które uciekły za granicę w ramach „Kindertransport”. W Londynie zamieszkali potomkowie Abrahamów z Bahn. Gerd-Jürgen nie miał pieniędzy na kontynuowanie nauki, zawód zdobył odbywając praktykę zegarmistrzowską. Z kolei jego młodsza o trzy lata siostra Lilly, po ukończeniu szkoły podstawowej, kształciła się na pracowniczkę biurową i stenotypistkę. Pracowała w Londynie jako sekretarka. 16 lutego 1958 r. wyszła za mąż, zmieniając nazwisko Fabian.
W Izraelu zamieszkała Inge Pincus. Członkowie jej rodziny: rodzice Gustav i Helene, babcia Amalie oraz ciocie Käthe Löwy i Elsa Meyer, znaleźli się na liście ofiar Holocaustu. Ona sama zmarła w 1991 r. w Riszon le-Cijjon, jako pani Inge Esther. Dożyła 68 lat.
Również na tereny Palestyny zbiegł Richard Hirschfeldt, z niegdyś licznej, greifenhaskiej rodziny. Towarzyszyła mu żona oraz troje z czwórki dzieci. Młodsza córka, Eva Ruth Rosenberg, zginęła w grudniu 1942 r. w Auschwitz. Brat Richarda – Siegfried Hirschfeldt – wyleciał natomiast z bliskimi do Stanów Zjednoczonych. Zarówno on, jak i jego potomkowie nie wrócili po wojnie do Niemiec.
W ojczyźnie ponownie zamieszkała za to Ursula Brigitte Friedemann. Córka fiddichowianki Elsy i berlińskiego antykwariusza Friedricha miała to szczęście, że przed wojną wyemigrowała do Anglii. W wieku 17 lat została przyjęta przez jedną z tamtejszych rodzin jako pokojówka. Po uzyskaniu pełnoletniości wstąpiła do brytyjskiej armii, służąc w niej do zakończenia II wojny światowej. Niedługo po tym wróciła do Niemiec i dowiedziała się, że jej rodzice oraz starsza siostra stracili życie na terenie warszawskiego getta. Otrzymała pracę w Departamencie Finansów, gdzie w 1946 r. poznała sierżanta Charlesa Sugssa, swojego przyszłego męża. Ze ślubem postanowili jednak poczekać.
- Nie chcąc być uważana za „wojenną pannę młodą”, Ursula Brigitte uparła się, by wyjechać do Stanów Zjednoczonych, stając się z upływem lat naturalizowanym obywatelem USA. 9 marca 1952 poślubiła Charlesa i założyli rodzinę. Razem podróżowali z Illinois do Kalifornii, Kanady, Nowego Jorku, Hawajów, Japonii i Guam. W 1972 r. Charles i Ursula przeszli na emeryturę do Castle AFB (Air Force Base) w Kalifornii. Ursula spędziła wiele szczęśliwych godzin na zieleni Rancho Del Rey. Zawsze przypisywała swoje zdrowie chodzeniu „do dołków” i nieużywaniu wózka podczas gry w golfa. Razem wychowali troje dzieci, które uczęszczały do wszystkich szkół w okolicy. Straciła męża w 1988 roku, ale zachowała niezależność i determinację. Odpoczywa teraz w pokoju obok męża, ale oboje żyją w Królestwie Bożym na zawsze. Pozostawiła tych, którzy za nią tęsknią: córkę Rebeccę, syna Michaela, jego żonę Barbarę i córkę Lily z Merced oraz Charliego, jego żonę Carol i syna Parkera oraz córkę Taylor z San Diego – napisała kilka dni po jej śmierci kalifornijska gazeta Merced Sun Star. Ursula Brigitte Suggs zmarła 14 października 2016 r., mają 94 lata.
ODEJŚCIA NIEZAEWIDENCJONOWANE
Wszystkie wymienione powyżej osoby były związane z Kreis Greifenhagen, lecz żadna z nich nie zamieszkiwała miasta w momencie, gdy dotknęła ich najbardziej namacalna forma represji. Przebywając w Berlinie i reagując w porę, przynajmniej części osób udawało się uniknąć najgorszego. W przypadku rodzin, które do lat 30. Znajdowały się w Greifenhagen, punktem zwrotnym mogła okazać się Kristallnacht. Wydarzenia nocy listopadowej z 1938 r. dały namiastkę tego, jak będzie ich dalsze życie pod rządami nazistów. Wówczas miasteczko opuściło większość Żydów. Jak pokazał czas, przeprowadzki w tym okresie niewiele pomogły. Z rąk nazistów zginęły całe greifenhaskie rodziny: Marcusowie, Jacobsohnowie, Pincusowie, co zostało odnotowane w ewidencjach.
Jednocześnie istnieje cała lista Żydów z Greifenhagen, którzy odeszli bez żadnego śladu. Źródła oraz spisy ofiar milczą na temat Fredericke Frankenstein. Podobnie rzecz ma się w przypadku grupki tutejszych przedsiębiorców, wśród których znajdowali się Lodomir Frischmann, Ludwig Löber, czy Heinz Posener. Bazy danych nie zdradzają też losów rodziny Seegall z Neumühle (dziś Młynki), Hedwigi Cornehl z Baustrasse 14 (dziś ul. Niepodległości), Elsbeth Schaefer z Bismarckstrasse 14 (dziś Grunwaldzka 14), Minny Haase z Klebow (dziś Chlebowo), Alberta Herrmanna z Greifenhagen/Stettina, czy Klary Krüger ze Schulzendorf (Zaborze), której siostra Therese Braun zginęła w Piaskach. Niewykluczone, że część z nich nie dotrwała „lutowej wprawki”. To możliwy scenariusz zwłaszcza w przypadku Fredericke Frankenstein. Wprawdzie na cztery miesiące przed wybuchem wojny była jeszcze zameldowana przy Wittenstrasse 28 (dziś ul. Kościuszki), ale miała wówczas już 92 lata.
Enigmatycznie jawi się również sytuacja Roberta Schäfera, żydowskiego przedsiębiorcy, właściciela Parkettenfabrik Greifenhagen. Jego nazwiska próżno szukać zarówno na liście mieszkańców z maja 1939 r., jak i Żydów deportowanych do Generalnego Gubernatorstwa. „Schäfer” znajduje się za w dokumencie, na którym wyrysowano tereny położone wzdłuż gryfińskich torów kolejowych. Właściciel zakładu produkującego parkiety posiadał willę na wzgórzu przy Bergweg, w sąsiedztwie m.in. Fritza Radefeldta i innych miejscowych bogaczy. Sęk w tym, że opisywany rzut techniczny okolicy został wykonany w październiku 1940 r., a więc już po wywózce Żydów z Provinz Pommern. Czy Robert Schäfer zdołał uniknąć zesłania? Wątpliwe. Trudno jednak wyrokować, jak wyglądały jego dalsze losy i czy na początku lat 40. XX wieku willa, która mieści dzisiaj przedszkole im. Krasnala Hałabały, rzeczywiście wciąż należała do niego.
W Archiwum Arolsena znajduje się natomiast dokument dotyczący Wolfganga Schaefera. Zanim jego świat legł w gruzach, był synem Elsbeth Schaefer oraz wnukiem Davida Jacobsohna i Berthy z d. Radefeldt. Podczas wojny znalazł się za drutami KL Buchenwald. Nie zachowały się materiały pokazujące kiedy i w jakich okolicznościach Wolfgang został więźniem jednego z największych obozów koncentracyjnych w III Rzeszy. Wiadomo jednak, że zdołał wyjść na wolność.
- Wolfgang Armin Heinrich Schaefer, urodzony 21 kwietnia 1914 r. w Greifenhagen, przebywał w obozie koncentracyjnym Buchenwald i tam został wyzwolony 11 kwietnia 1945 r. Ostatnia wiadomość w lipcu 1945 r. – czytamy w lakonicznym spisie więźniów, przechowywanym w Arolsen Archives.
Chociaż zajmowana przez jego rodzinę willa przy Bismarckstrasse 14 przetrwała działania wojenne (a nawet wciąż stoi w tym samym miejscu), Wolfgang Schaefer nie wrócił już do Greifehnagen. Miał 31 lat, gdy na gruzach jego rodzinnego miasta zaczęło wyrastać polskie Gryfino. Nowe życie rozpoczął zapewne po drugiej stronie Odry.
UCHODŹCY Z GREIFENHAGEN
Wolfgang Schaefer nie jest jedynym znanym nam mieszkańcem Greifenhagen (figurował w spisie z maja 1939 r.), któremu udało się przeżyć rządy NSDAP. Przykład pewnej z greifenhaskiej rodziny pokazuje, że Pincusowie, Jacobsohnowie, czy Marcusowie mogli uniknąć „nieuniknionego”.
Schwarzowie nie czuli się przypisani do jednego miejsca. Walter i jego żona Elsbeth mieszkali w Berlinie, gdzie doczekali się narodzin jedynego syna. Heinz przyszedł na świat 11 maja 1927 r. Początkowo miał normalne - jak zapisał w swoich wspomnieniach – „niemieckie dzieciństwo”. Firma odzieżowa, prowadzona przez jego rodziców przynosiła sukcesy i „była odwiedzana zarówno przez Żydów, jak i nie-Żydów”. Ojciec był szanowany nie tylko jako przedsiębiorca. Walter Schwarz walczył w niemieckiej armii podczas I wojny światowej. W docenieniu zasług, otrzymał Krzyż Żelazny za bohaterstwo na froncie.
Walter, Elsbeth i Heinz przenieśli się najpierw do Weimaru, a w 1930 r. do Greifenhagen. Zamieszkali w kamienicy przy Baustrasse (dziś Niepodległości), gdzie prowadzili też sklep. Stamtąd Heinz miał zaledwie kilka kroków do miejscowej szkoły podstawowej. Jedna z zachowanych fotografii pokazuje 8-letniego chłopca z tornistrem i tradycyjnym „stożkiem”, którym rodzice wyposażali swoje pociechy pierwszego dnia edukacji. W środku znajdowały się przybory szkolne oraz smakołyki. Zdjęcia Schwarzów, które oglądać można dziś w kolekcji University of Washington Library, stanowią świadectwo walki o przetrwanie.
W odróżnieniu od większości członków lokalnej, żydowskiej wspólnoty, Szchwarzowie zareagowali właściwie na zmieniającą się rzeczywistość. Gdy po Kristallnach naziści przejęli ich sklep przy Baustrasse, Walter przeczuwał, że to nie koniec represji. Postanowił po raz kolejny zmienić adres zamieszkania. W kwietniu 1939 r. Schwarzowie wsiedli na statek płynący do… Szanghaju. Choć dzisiaj wybór ten może wydawać się nieoczywisty, wówczas było to jedno z niewielu miejsc, które przyjmowało żydowskich uchodźców. Chińskie miasto nie miało restrykcyjnych wymagań dotyczących emigrantów, przez co pod koniec II wojny światowej stanowiło dom dla blisko 24 tys. Żydów z Europy.
- Na miejscu zastaliśmy ciasne pomieszczenia i niehigieniczne warunki życia. Mieliśmy niewiele. Zostawiliśmy w domu większość swojego dorobku. W Niemczech została również 75-letnia babcia od strony mamy – zapisał w swoich wspomnieniach Heinz, który podczas dwumiesięcznej podróży skończył dwanaście lat.
Choć życie w Szanghaju nie było łatwe, Schwarzowie, tak jak inni żydowscy uciekinierzy, musieli przystosować się do warunków. Heinz rozpoczął naukę w miejscowej szkole, dołączył też do harcerskiego oddziału założonego przez społeczność uchodźców.
Gdy rządy Hitlera w Niemczech dobiegły końca, Walter Schwarz podjął próbę kontaktu z członkami rodziny, którzy zostali na terenie III Rzeszy. Dowiadując się, że niemal wszyscy zginęli w obozach koncentracyjnych, nie znalazł powodu, by wrócić do ojczyzny.
Jednym z nielicznie ocalałych był jego kuzyn, który sfinansował kolejną podróż Schwarzów.
W 1948 r., po dziewięciu latach spędzonych w Szanghaju, trzyosobowa rodzina przeniosła się do Seattle. 21-letni Heinz dokończył w Stanach Zjednoczonych edukację. Kontynuując ścieżkę zawodową podjętą w Chinach (pracował jako urzędnik w brytyjskim banku), ukończył korespondencyjnie licencjat i został certyfikowanym księgowym. Związał się z Seattle na stałe, otwierając przy Aurora Avenue „Heinz Schwarz Accounting Firm”. Utrzymywał rodziców do czasu ich śmierci. Walter zmarł w 1953 r., zaś Elsbeth w 1984 r. Dwie dekady później syn spoczął przy ich boku.
- Pan Heinz Schwarz uciekł wraz z rodzicami w 1939 r. z nazistowskich Niemiec, znajdując schronienie w Szanghaju, gdzie jego rodzina mieszkała wśród 20 000 żydowskich uchodźców z Niemiec i krajów okupowanych przez Niemców. Egzystowali w najbardziej prymitywnych, godnych ubolewania warunkach. Po dziewięciu latach rodzina Schwarz osiedliła się w Seattle, gdzie Heinz ukończył edukację i zdał egzaminy CPA. Był właścicielem firmy rachunkowej Heinz Schwarz, gdzie pracował jako jedyny właściciel aż do nagłej śmierci. Heinz był aktywnym członkiem kongregacji Herzl-Ner Tamid, Jewish Club of Washington, grupy Seattle Seniors Centrum Społeczności Żydowskiej i kilku organizacji zawodowych. Był zapalonym tenisistą stołowym i lubił wędrować, scrabble i spędzać czas z przyjaciółmi. Przyjaciołom i klientom będzie brakować jego zawsze pogodnej postawy i przyjaznej troski o wszystkich – napisał we wspomnieniu The Seattle Times.
Heinz Schwarz do dziś pozostaje w Seattle jednym z symboli przetrwania. Jako że w chwili śmierci nie miał żadnych żyjących bliskich, zgromadzony majątek, zgodnie z jego wolą, został podzielony między kilka lokalnych organizacji żydowskich, w tym Washington State Holocaust Education Resource Center. Dokumenty i fotografie, obrazujące życie Schwarzów w nazistowskiej rzeczywistości stworzyły wystawę którą można oglądać w Holocaust Centre of Humanity w Seattle. Muzealna kolekcja nosi nazwę: „Heinz Schwarz. Greifenhagen, Germany. 1927-2005”.
KONIEC
Część I: TUTAJ
Część II: TUTAJ
Część III i IV: TUTAJ
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze