12 stycznia 1945 r. rozpoczęła się ofensywa zimowa, w skutek której wojska radzieckie znalazły się na Pomorzu Zachodnim. Od początku roku sytuacja w Kreis Greifenhagen była coraz bardziej nerwowa. W lutym front znalazł się już w bezpośrednim sąsiedztwie miasta. Szykując się do obrony miasta jego mieszkańcy nie spodziewali się, że przed nimi ostatnie tygodnie Greifenhagen
- Pochodziliśmy ze Stettina, ale w 1943 roku tata został skierowany do Greifenhagen, gdzie zamieszkaliśmy całą rodziną. Był policjantem, co szczególnie odczuliśmy na przełomie 1944 i 1945 r., gdy wspólnie z innymi mundurowymi został powołany do wojska.
Policjantów skoszarowano w ratuszu, który znajdował się w centrum miasteczka, obok kościoła. Nie byli już traktowani jako policjanci, tylko żołnierze. Musieli wypełniać rozkazy i bronić Greifenhagen przed wojskami wroga. Chociaż front się zbliżał, wszystko wydawało się takie odległe.
Niepokoić zaczęliśmy się, gdy wojska Stalina znalazły się około trzydziestu kilometrów od Greifenhagen. Jednak dopiero, gdy usłyszałam strzały, z odległości około dwóch kilometrów od miasta, wtedy doszło do mnie, że już się zaczęło. Zanim rozpoczęły się walki wszystkie budynki były niezniszczone, a miasto piękne. Wkrótce uległo to zmianie – mówiła Christel Fank, w nagraniu wideo opowiadając ostatnie dni Greifenhagen, widziane oczami 11-letniego dziecka.
--------------------------------------------
Pierwszą akcję ewakuacyjną ludności cywilnej przeprowadzono na przełomie 1944 i 1945 r. Stopniowo wywożono wówczas dzieci oraz osoby starsze. Jednocześnie mobilizowano mężczyzn.
- Mojego męża Fritza wcielili do Volkssturmu. Używał naszej rodzinnej ciężarówki do transportu wojskowego. Musiał przywieźć do Greifenhagen broń, amunicję i żołnierzy przewożonych w wagonach towarowych na kontrofensywę, przez mosty na Odrze. Miasto zaczynało przypominać twierdzę. Zaczęto kopać rowy i okopy przeciwczołgowe. Znajdowały się obok granicy naszej posesji. Całą groźną sytuację obserwowałam tuż za naszym potem – wspominała Lina Hinze, która z mężem prowadziła sad na terenie dzisiejszego Górnego Tarasu.
W lutym 1945 r. opuściła Greifenhagen na zawsze. To scena, którą opowiedział nam jej syn.
- Tata wywiózł nas: mamę, mnie, siostrę i dziadka. Gdy byliśmy już za mostem, spojrzeliśmy w kierunku naszego Greifenhagen. Wówczas odezwał się dziadek, który stwierdził, że dalej nie jedzie. „Jest zimno, jedziemy w nieznane miejsce, a ja ciągle widzę wieżę naszego kościoła. Wysadź mnie, wracam do siebie. Co ma być, to będzie”, powiedział kategorycznie. To był ostatni raz, gdy widział z oddali ukochane, rodzinne miasteczko – wspomina 92-letni dziś Manfred Hizne.
Cały artykuł znajduje się w aktualnej Gazecie Gryfińskiej. Kupić ją można również TUTAJ.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Jakoś mi ich nie szkoda.

Jakoś mi ich nie szkoda.