Reklama

Przegoniony Kunik i wicestarosta, który zeznawał w procesie Rudolfa Hössa

„Ludzie bez twarzy”, to nasz najnowszy cykl, w którym przedstawimy życiorysy zapomnianych i dotąd pomijanych postaci, o których lokalna historia nie powinna milczeć. Bohaterami dzisiejszego odcinka są pierwsi gryfińscy starości: Edward Kunik oraz przede wszystkim Walter Gojny. Książki o dziejach miasta poświęcają im zaledwie kilka słów, podczas gdy zasługują na znacznie obszerniejszą opowieść. Tylko w „Gazecie Gryfińskiej” historia pierwszego starosty oraz jego zastępcy. Więźniowi obozów koncentracyjnych, który po latach zeznawał przeciwko komendantowi KL Auschwitz

- Nazywam się Edward Kunik, a to moja żona kobyłka – powiedział żartobliwie z prowizorycznego podestu.

Znajdował się przed kilkunastoosobową grupą słuchaczy, złożoną głównie z więźniarek obozów koncentracyjnych w Ravensbrück i Malchow. Pomiędzy nimi stało kilku mężczyzn. Jeńców wojennych, którzy otrzymali zadanie bezpiecznego przeprowadzenia kobiet do ojczyzny. Wspólnie wyruszyli z Neubrandenburga, by po kilku dniach znaleźć się w niemieckim miasteczku, w którym dowiedzieli się, że „to już Polska”.

Reklama

Był 14 maja 1945 r., padał ulewny deszcz.

- Zamierzaliśmy spędzić tu kilka dni. Odpocząć przed dalszą podróżą, ale władze miasta zatrzymały nas. Potrzebowali ludzi do pracy. Wkrótce wszyscy trafiliśmy do tworzących się dopiero urzędów i instytucji, których celem było przerobienie tego niemieckiego miasteczka na polskie miasto – opowiadała nam Bronisława Lewandowska (z d. Rubinstein).

Każda para rąk, nawet tych schorowanych i wyczerpanych wojennymi znojami, była na wagę złota. Z Piły do Gryfina skierowana została wprawdzie tzw. Grupa Operacyjna, której celem było przejęcia miasta i przygotowanie przed przybyciem osadników. Na jej czele znalazł się właśnie „mąż kobyłki”. Przyjmując zadanie Edward Kunik nie spodziewał się jednak aż tak dużych komplikacji.

Reklama

- Na miejscu żadnych jednostek administracyjnych nie zastano. Wszelkie prace związane z organizacją Administracji Państwowej wszystkich działów, jak również Administracji Samorządowej musiano rozpocząć od podstaw. Wszelkie budynki [dotychczasowej, niemieckiej – przyp. red.] Administracji Publicznej były zniszczone działaniami wojennymi lub znajdowały się w stanie nie nadającym się do użytku, bez większego nakładu pracy. Ludność miejscowa (niemiecka) prawie w stu procentach nie znajdowała się na swoim stałym miejscu zamieszkania. Ludności Polskiej nie zastano prawie żadnej. Budynki i gmach, czy to publiczne czy to prywatne nadające się do użytku były prawie w 100% zajęte przez władze Sowieckie – napisał Kunik w raporcie, opisującym stan na 12 maja 1945 r.

 

Reklama

„Musisz powiesić flagę”

Najważniejszym zadaniem, które zostało przed nim postawione, było odebranie władzy z rąk rosyjskiej delegatury wojskowej. Nie należało to do najprzyjemniejszych obowiązków. Pierwszy gryfiński starosta, wówczas w randze Pełnomocnika na Obwód Gryfin, nie tracił jednak zapału. Do niemieckiego Greifenhagen, którego populację stanowiła wówczas przede wszystkim spora grupa czerwonoarmistów, jechał z wypalonym w pamięci zdaniem, które usłyszał na pożegnanie z ust przełożonego.

- Grunt, żebyś jako polski starosta był jutro na miejscu i wywiesił polską flagę – zaakcentował Leonard Borkowicz, Pełnomocnik Rządu Tymczasowego na Pomorze Zachodnie, a od 1946 r. pierwszy wojewoda szczeciński.

Reklama

Kunik wiedział, że ciąży na nim spora odpowiedzialność. Gdy ruszał z Piły w kierunku ziemi nieznanej, trzydziestu dziewięciu pozostałych pełnomocników zdołało już wykonać tę misję. Był ostatni, ale nie zawiódł. 12 maja biało-czerwone barwy zatrzepotały nad Gryfinem!

Nad basztą, a może ratuszem z czerwonej cegły? Dziś pozostaje to sprawą drugorzędną. Kunik nie odnotował tego w pierwszym sprawozdaniu. Pisał za to o ludności polskiej. Odnotował, że … „nie zastano jej prawie żadnej”. W mieście przebywało za to sporo Niemców, którzy zdążyli wrócić zza Odry, by ponownie zająć swoje domostwa. Nie zawsze było możliwe, bo nieliczne nadające się do użytku budynki zagarnęli Rosjanie, z innych – jak choćby z modernistycznego domu handlowego Radefeldta – czyniąc prywatną strzelnicę.

Reklama

Kunik skarżył się w piśmie o brak… czegokolwiek. Utyskiwał nad koniecznością budowania wszystkiego od podstaw. Ale kim, skoro jedyną grupą Polaków była wysłana z Piły piątka urzędników, a także kilka robotnic przymusowych i równie niewielu jeńców wojennych?

- Plan prac przygotowawczych musiał się ograniczać i został dostosowany do istniejących możliwości personalnych i terenowych – opisywał początki, akcentując nie tylko problemy kadrowe, ale również aprowizacyjne.

Gryfin cierpiało z powodu „niedostatecznych przydziałów racji żywnościowych”. Dwa i pół miesiąca później ryzyko głodu nie było już jego problemem. I to nie z powodu zwiększenia dostaw.

Reklama

 

Starosta nad burmistrzem

Edward Kunik zapisał się w historii Gryfina jako pierwszy starosta gryfiński. Był to jednak urząd z innymi uprawnieniami, niż aktualnie. W rękach Pełnomocnika na Okręg Gryfin leżała władza nadrzędna, gdyż nie był przedstawicielem władzy samorządowej, lecz rządu. To on tworzył zręby państwowości, powołując do życia miejscową administrację. Zarówno wydziały starostwa, jak i Zarząd Miejski, na którego czele – w randze burmistrza - stanął Jerzego Urbanowski.

Syn bardzo bogatej i cenionej rodziny łódzkich kamieniarzy, który od 1941 r. przebywał jako robotnik przymusowy w Stettinie.  W czerwcu 1945 r. został pierwszym burmistrzem Gryfina. Burmistrz Urbanowski, chociaż posiadał „własne uprawnienia” (zajmował się m.in. zabezpieczaniem mienia poniemieckiego, ustalaniem nazw ulic, sprawami aprowizacji, oświaty, zdrowia i opieki społecznej, a także ewidencji ludności w mieście), jednocześnie podlegał pełnomocnikowi/staroście, który swoimi działaniami nadawał ton powojennemu życiu w okręgu.

Reklama

- Wszystkich nas rozdzielił do pracy w powstających urzędach. Ja trafiłam do inż. Pasławskiego w Urzędzie Ziemskim – opowiadała Bronisława Lewandowska.

Dotarliśmy do niepublikowanej nigdy listy z nazwiskami niemal 40 urzędników. Dokument, datowany na początek czerwca 1945 r., obejmuje zasięgiem praktycznie wszystkich mieszkańców miasta.

Wbrew temu, co można  przeczytać w opracowaniach na temat historii Gryfina, na zagruzowanych ulicach nie dało się spotkać wówczas polskich robotników przymusowych. Nawet tych, którzy podczas wojny mieszkali i pracowali na terenie Kreis Greifenhagen. W połowie marca 1945 r., zaraz po zakończeniu bitwy o miasto, w obawie przed rosyjskimi wyzwolicielami zostali wywiezieni do Gorzowa Wielkopolskiego. Wielu z nich, jak choćby Łajdziakowie, Zimeccy, czy Stefanowscy (poznali się podczas wojny, po jej zakończeniu stanęli na ślubnych kobiercach), wrócili do Gryfina jeszcze w tym samym roku, lecz w maju-czerwcu 1945 nie było ich na miejscu, przez co rządowa delegacja z Piły nie zastała osób, z których wiedzy i pomocy mogłaby skorzystać. Wobec tego angażowano każdego, kto postawił nogę na gryfińskiej ziemi. Bez względu na stan zdrowia (wiceburmistrzem został chorowity Antoni Ornaf, który wkrótce po tym wyjechał na leczenie i słuch o nim zaginął), ani umiejętności, które powinni posiadać urzędnicy.

Reklama

- Stan obsady personalnej urzędników zarówno w urzędzie Pełnomocnika Rządu, jak i w poszczególnych gminach jest niezadawalający. Zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym. Stan wyszkolenia fachowego urzędników bez wątpienia ulegnie zmianie na lepsze z chwilą utworzenia dokształcających kursów – pisał E. Kunik do władz wojewódzkich.

W innych raportach, powtarzając wniosek o utworzenie rzeczonych kursów zawodowych, prosił jednocześnie „dosłanie” urzędników z odpowiednimi kwalifikacjami. W jednym ze sprawozdań zawnioskował nawet o… księdza rzymskokatolickiego, co ostatecznie nie nastąpiło. Na pierwszego proboszcza Gryfin musiał poczekać do końca sierpnia, gdy na gryfińskim dworcu zatrzymał się pociąg z repatriantami z Kałusza.

Reklama

 

Bezpartyjny specjalista

Specjaliści byli na wagę złota. Nie dziwi więc, że najbardziej doświadczonego z nich Kunik uczynił swoim zastępcą.

- Walter Gojny cieszy się dobrą opinią. Fachowiec samorządowy. Apolityczny, sumienny i pracowity – pojawiło się w raporcie sytuacyjnym z początku czerwca, stworzonym dla potrzeb Polskiej Partii Robotniczej.

Równie życzliwa i szczodra w komplementy była charakterystyka stworzona pod koniec miesiąca, która mówiła, że Walter Gojny to „bezpartyjny, dobry i sumienny samorządowiec”, który może pochwalić się dłuższą praktyką samorządową, przez co „cieszy się [w Gryfinie] dobrą opinią”. Dla porównania, w tym samym dokumencie można przeczytać, że burmistrz Jerzy Urbanowski to hulaka, który „niemke ma kochankę” (z dopiskiem: „zmienić”, co też rychło nastąpiło).

Reklama

Ze względu na umiejętności oraz doświadczenie administracyjne, Walter Gojny był cennym osadnikiem. Staroście Kunikowi spadł niczym z nieba, choć sam przeżył niedawno piekło na ziemi.

W Gryfin stawił się wkrótce po zakończeniu wojny. Nominacja na zastępcę pełnomocnika datowana jest bowiem na 26 maja 1945 r. Pierwszymi gryfińskimi osadnikami byli jeńcy wojenni, robotnicy przymusowi oraz więźniowie obozów koncentracyjnych. Gojny należał do tej ostatniej grupy.

 

Członek organizacji podziemnej

Jego wojenne losy znamy dzięki listowi, który znajduje się w archiwum Auschwitz-Birkenau. Na podstawie korespondencji, którą prowadził z Państwowym Muzeum w Oświęcimiu, jest możliwe ustalenie, że został aresztowany w grudniu 1940 roku w Chrzanowie. Stało się tak na skutek jego przynależności do Służby Zwycięstwu Polski.

Była pierwszą organizacją zbrojną Polskiego Państwa Podziemnego. Została utworzona 27 września 1939 r., a następnie przekształcona w Związek Walki Zbrojnej, który z kolei dał początek Armii Krajowej.

Nazwisko Waltera Gojnego pojawia się w publikacjach dotyczących działalności SZP na Śląsku. Wspomina o nim m.in. biografia Józefa Korola, czyli komendanta Podokręgu Śląskiego wchodzącego w skład Krakowskiego Okręgu SZP.

- Przechodząc do Generalnego Gubernatorstwa, [Józef Korol] posługiwał się na granicy przepustkami wystawionymi przez magistrat w Trzebini na nazwisko Hajducki. Przepustki wyrabiał mu w Trzebini instruktor harcerski, Walter Gojny z Katowic – podaje Juliusz Niekrasz w swojej książce „Z dziejów AK na Śląsku”.

O tym, że Walter Gojny wywodził się z przedwojennych środowisk patriotycznych informują również wspomnienia druha Michała Mędlewskiego, autora opowieści o początkach harcerstwa w Lublińcu.

- W sierpniu 1925 r. kilkunastu druhów z naszej drużyny wzięło udział w pierwszym leśnym obozie w Czarnym Lesie. Komendantem obozu był harcerz orli druh Roman Koncki, oboźnym Walter Gojny (obaj z Katowic), a instruktorem druh Chrapkowicz z Bielska Białej – odnotował Mędlewski w 1981 r.

Piętnaście lat później Walter Gojny przekroczył bramę z witającym napisem: „Arbeit macht frei”. W KL Auschwitz znalazł się 18 grudnia 1940 r., na co wpływ miały wydarzenia „pewnej, grudniowej nocy”.

- Gestapo główną uwagę skoncentrowało na ujęciu komendanta Okręgu Śląskiego ZWZ, aby następnie przystąpić do rozbicia organizacji. (…) Akcja skierowana przeciwko ZWZ na tym terenie zapoczątkowana została 17 XII 1940 r. W dniu tym w godzinach rannych ujęło gestapo podstępnie ppor. rez. inż. J. Szmechtę w Katowicach na ulicy Andrzeja obok sądu – czytamy w tekście „Dramat Okręgu Śląskiego ZWZ w jednym dniu (noc z 18 na 19 grudnia 1940 r.)”.

Następnie przeprowadzona została masowa akcja, w którą - jak wyliczają autorzy publikacji –  gestapo zaangażowało „wszystkich swoich pracowników oraz kilkuset funkcjonariuszy Schutzpolizei, np. w Katowicach i okolicznych miejscowościach”. Łącznie ok. 250 funkcjonariuszy, w efekcie czego Okręg Śląski ZWZ został całkowicie rozbity.

- Ogółem aresztowano 456 żołnierzy ZWZ a 3 zabito. Część z nich (256 osób) przewieziono do obozu koncentracyjnego w Auschwitz a pozostałych umieszczono w więzieniach sądowych i innych – wyliczali Monika Kaźmierczyk i Mieczysław Starczewski, podając Waltera Gojnego jako jednego z zatrzymanych.

 

Wicestarosta z Auschwitz

Już kilka godzin po przesłuchaniu został przewieziony do Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 7448. Za murami obozu Walter Gojny spędził kolejne cztery lata, do stycznia 1945 r. i słynnego marszu śmierci, w którym uczestniczyła również inna pionierka Gryfina.

- Pamiętam ten dzień. Przerwali naszą pracę, kazali iść do baraków i pakować się. Nie było czego pakować, nic przecież nie miałyśmy. Zaczęłyśmy się ze sobą żegnać, między więźniarkami. Nie było wiadomo, gdzie nas dadzą. Wspólny los sprawił, że zaprzyjaźniłyśmy się. Nie wiedziałyśmy, czy nie widzimy się po raz ostatni. Tyle osób zginęło po drodze… Mróz ponad 20 stopni na minusie, a gonili nas do Wodzisławia, na Śląsku. Stamtąd załadowali wszystkie kobiety do wagonu, nawet za potrzebą człowiek nie mógł wyjść. Dojechałyśmy do skąd skierowano nas do Ravensbrück - opowiadała na naszych łamach Bronisława Lewandowska, z d. Rubinstein.

Walter Gojny, po ewakuacji KL Auschwitz, przeszedł tę samą drogę. Skierowano go jednak najpierw do Raciborza, a następnie do Bützow-Dreibergen koło Rostoku. Jako że znajdowało się tam wówczas więzienie, można zakładać, że właśnie w nim przebywał w ostatnich tygodniach II wojny światowej. Po wkroczeniu Armii Czerwonej, został wyzwolony i jak tysiące rodaków ruszył w stronę ojczyzny. Po przekroczeniu Odry trafił na E. Kunika, który… nie pozwolił mu na kontynuowanie podróży.

- Kwestie ruchu osiedleńczego rozwiązuje się w ten sposób, że upoważniony urzędnik Pełnomocnika Obwodowego zatrzymuje powracających z Niemiec i osiedla ich na gospodarstwach na stale, o ile wyraża na to zgodę, względnie przymusowo, na przeciąg 14-tu  do 20-tu dni, o ile powracający chce udać się do kraju - pisał sam Kunik w „sprawozdaniu za miesiąc maj 1945 r.”.

W Gryfin umiejętności Gojnego chciano wykorzystać w możliwie najszerszym zakresie. Dlatego objął nie tylko funkcję zastępcy pełnomocnika, lecz został jednocześnie kierownikiem Wydziału Ogólno-Administracyjnego.

 

Oko w oko z komendantem

Gdy Gojny był już wolnym człowiekiem otrzymał możliwość rozprawienia się z przeszłością.

- Zostałem aresztowany na rozkaz gestapo w Katowicach 18 grudnia 1940 r. i tego samego dnia przewieziony do Oświęcimia. Po załatwieniu formalności ze spisaniem personaliów, otrzymałem nr 7448, z kolei cała grupa, składająca się z 495 aresztowanych, przeprowadzona została do łaźni, gdzie poddano nas kąpieli w zimnej wodzie. Tego dnia panował mróz ok. 26–28 stopni. Po wykąpaniu w zimnej wodzie żadnemu nie pozwolono się osuszyć, lecz całą grupą wypędzono z łaźni, nagich i bosych, i przepędzono biegiem na blok 14., odległy od łaźni o ok. 20 m. Skutki tego nastąpiły od razu następnej nocy. Dwóch kolegów zmarło w nocy w bloku na zapalenie płuc; jeden z Piotrowic, drugi prawdopodobnie z Bielska – opowiadał przed sądem, zeznając jako świadek w procesie Rudolfa Hössa.

Toczył się w Warszawie, od 11 do 29 marca 1947 roku. Komendanta obozu koncentracyjnego w Auschwitz sądzono przed Najwyższym Trybunałem Narodowym. Gojny został wezwany 15 marca, czyli podczas czwartego dnia rozprawy. Jego relację znamy z akt sprawy znajdujących się w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej oraz Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego. Fragmenty, w swoich reportażach sądowych, relacjonowała też na bieżąco ówczesna prasa.

- Jednym z najokropniejszych sposobów dręczenia więźniów w obozie oświęcimskim w 1940 i 1941 r. był walec Krankemanna – walec do ubijania ulic, do którego zaprzęgano niezdolnych do cięższej pracy więźniów z Strafkommanda. Na walcu siadał starszy blokowy Krankenmann z biczem i poganiał więźniów, którzy ciągnęli walec. Jeżeli ktoś upadł z wyczerpania, wpadał pod walec i zostawał przygnieciony. Sam widziałem, będąc w komandzie Platforma nr 3 w styczniu 1941 r., gdy przewoziliśmy materiał budowlany z tzw. Industriehof I do obozu głównego Oświęcim I i kiedy staliśmy blisko kuchni, ówczesny Lagerkommandant Höß stał oddalony od tego walca może 30 kroków i przyglądał się, jak Krankemann biczem poganiał więźniów. W tej grupie byli przeważnie duchowni wszystkich wyznań oraz Żydzi, tzw. niezdolni do cięższej pracy – kontynuował.

Sporo miejsca poświęcił wypadkowi, który wydarzył się w styczniu 1941 r.

- Przy południowym raporcie stan się nie zgadzał. Zauważyliśmy to, bo blokowi i SS-mani zaczęli biegać wśród szeregów. Rapportführerem był Oberscharführer Palitzsch, raport odbierał Höß. Na skutek niezgodności Höß zarządził tzw. stójkę, to znaczy, że wszyscy więźniowie w obozie musieli tak długo stać, aż stan obozu się zgadzał. Po pewnym czasie część więźniów, kapo Niemców oraz paru SS-manów zostało odkomenderowanych do poszukiwania brakującego więźnia na Industriehof. Po jakichś trzech godzinach więźnia tego niestety odnaleziono. Okazał się nim Jan Hajduga, z Nowej Wsi Krakowskiej, kapral Wojska Polskiego. Po przyprowadzeniu do obozu postawiono go koło kuchni, przyczepiono do niego bęben [wzięty] z orkiestry, wpakowano mu białą czapkę na głowę, a za kołnierz tablicę z napisem: „Hurra, hurra, ich bin wieder da”, kazano mu obchodzić blok, wołać te słowa i bić w bęben. Z kolei Lagerführer Fritzsch odczytał rozkaz po niemiecku, który ze względu na to, że większość więźniów stanowili Polacy, został z kolei przetłumaczony na język polski przez tłumacza obozowego Baworowskiego, również więźnia. Początek brzmiał: „Na rozkaz komendanta obozu więzień Jan Hajduga został skazany na 25 uderzeń batem oraz na 42 dni bunkra”. Höß wówczas stał obok Lagerführera Fritzscha i temu rozkazowi się również przysłuchiwał. Więźnia przymocowano do tzw. kozła i Blockführer komanda karnego wymierzył mu przy całym obozie 25 batów. Z kolei przy pomocy dwóch innych więźniów odprowadzono go do bunkra w SK [Strafkompanie]. Na drugi czy trzeci dzień rozeszła się po obozie wieść, że Hajduga zakończył w SK swój żywot – opowiadał Gojny.

 

Höss: „Nein”

Zeznania, które złożył Walter Gojny, dotyczyły konkretnych sytuacji „obozowego życia”. Wspólnie z relacjami innych świadków składały się na obraz zbrodniczej działalności Hössa oraz jego podwładnych.

- W drugiej połowie stycznia 1941 r. prace na terenie obozu zostały zakończone pół godziny wcześniej, co stanowiło sygnał, że odbędzie się egzekucja – kontynuował Gojny. - Gdyśmy wkraczali przez bramę obozową po prawej stronie już znajdowała się grupa 14 osób, bosych, z rękoma skrępowanymi drutem kolczastym. To ci, którzy mieli być tego dnia rozstrzelani. Była to grupa 14 powstańców śląskich z Chorzowa. Po apelu zarządzono Blocksperre i wyprowadzono w międzyczasie grupę skazańców do tzw. Kiesgrube – dołu, skąd wydobywano żwir – i tam rozstrzelano. Ponieważ Platforma nr 3, w której pełniłem służbę, była tego dnia wyznaczona do odwożenia trupów do krematorium, widziałem, że na egzekucję udali się Höß jako komendant obozu, Blockführer Fritzsch, jego zastępca Seidler, Palitzsch oraz grupa SS-manów z pistoletami maszynowymi. Rozległy się strzały, a przez druty kolczaste widzieliśmy, jak Arbeitsdienstführer Emmerich z pistoletu strzelał jeszcze w kierunku rozstrzelanych. Potem Emmerich zstąpił do dołu, umoczył ręce we krwi, pomazał sobie nią twarz i tak chodził po obozie. Z kolei Platforma nr 3 otrzymała rozkaz załadowania trupów i wywiezienia ich do krematorium. Potem zostaliśmy zwolnieni na bloki.

Najtragiczniejsza w życiu więźniów w obozie była SK – kompania karna. [Wyznaczeni do niej] ludzie bez względu na pogodę pracowali wszyscy cały dzień bez czapek, bez rękawic, bez płaszczy. Strażnicy SK wydawali więźniom polecenie zaniesienia jakiegoś przedmiotu, narzędzia pracy czy czegoś podobnego poza linię wart, tzw. Postenkette, i wtedy strażnicy strzelali do więźniów jak do celu, przeważnie w serce lub w głowę.

Pewnego dnia, gdy byłem przydzielony do komanda zwanego Heizer, tj. do więźniów obsługujących kotłownię, miałem możność obserwowania ludzi z tej SK. W tym dniu panowała szczególnie przykra pogoda. Wiał ostry wiatr i była wilgoć. Ponieważ SK była gorzej karmiona od reszty więźniów, wyczerpanie było tam większe niż gdzie indziej. Widok tej SK przedstawiał się następująco: po dwóch więźniów ledwo powłóczących nogami prowadziło między sobą trzeciego, który nie mógł sam chodzić. Przed wejściem do obozu stali Rapportführer Palitzsch oraz komendant obozu. Wyraźnie posłyszałem, jak Höß odezwał się, wskazując na kompanię karną – relacjonował W. Gojny, zwracając się do przewodniczącego sądu z prośbą o możliwość użycia języka niemieckiego.

Gdy taką otrzymał, kontynuował, przytaczając, co powiedział Höß:

- Diesen Mist will ich morgen nicht sehen”, czyli „Tego gnoju nie chcę jutro widzieć”. W tym dniu kompania karna liczyła mniej więcej 180 więźniów. Na drugi dzień wyruszyła do pracy w sile 18 więźniów – spuentował.

- Czy świadek słyszał, co się stało z częścią tej SK? – zapytał prokurator, dr Tadeusz Cyprian.

- W jaki sposób tę SK zlikwidowano, tego na własne oczy nie widziałem. Słyszałem tylko, że tego wieczora do budynku SK, to znaczy do późniejszego bloku nr 11., udali się Palitzsch, Fritzsch oraz Höß z grupą SS-manów i tam tych ludzi wykończono – odrzekł świadek.

Adwokat Tadeusz Ostaszewski - który wspólnie z Franciszkiem Umbreitem został delegowany z urzędu do obrony Hössa - zasugerował „swojemu klientowi”, by odniósł się do słów Gojnego.

- Jeżeli chce zabrać głos, to proszę. Czy oskarżony chce zabrać głos w tej sprawie? – zapytał dr Alfred Eimer, który przewodniczył składowi sędziowskiemu.

- Nein – odrzekł komendant Höss.

2 kwietnia 1947 r. został uznany winnym zbrodni wojennym. Karę śmierci przez powieszenie wykonano 16 kwietnia 1947 r., na terenie KL Auschwitz.

 

Po wojnie zmienił imię

Przed warszawskim Najwyższym Trybunałem Narodowym, Gojny stawał jako urzędnik państwowy („wyznanie rzymskokatolickie, w stosunku do stron obcy”).

W opisywanym momencie nie był już związany z Gryfinem. Nasze miasto opuścił szybko. Już 20 sierpnia 1945 r. stanowisko zastępcy przekazano bowiem Bolesławowi Chmurze, dotychczasowemu kierownikowi Referatu Samorządowego, również byłemu więźniowi obozów koncentracyjnych.

Można przyjąć, że Gojny wrócił wówczas w rodzinne strony. Na jego kolejny ślad natrafiliśmy w Opolu, gdzie w dniu 25 września 1949 r. odbyło się zebranie, na którym Związek Bojowników z Faszyzmem i Najazdem Hitlerowskim o Niepodległość i Demokrację, Związek Weteranów Powstań Śląskich oraz Polski Związek Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych połączyły się tworząc Związek Bojowników o Wolność i Demokrację w Opolu. Czternaście miesięcy później – 27 lipca 1950 r. – Gojny został członkiem tamtejszego tymczasowego Zarządu Okręgu.

W stolicy województwa opolskiego mieszkał na pewno 9 czerwca 1952 r. Tego dnia, na łamach „Trybuny Opolskiej” (organ prasowy KW PZPR) ukazała się bowiem notka.

- ZGUBIONO legitymację US- Katowice, na nazwisko Gojny Wacław, Opole, i-go Maja 10.j – czytamy w dziale „Zguby”.

Wprawdzie podano inne imię (Wacław, a nie Walter), lecz mowa o tej samej osobie. Cenna, dla ustalenia dalszych losów pierwszego gryfińskiego wicestarosty okazała się cytowana już przez nas korespondencja, którą prowadził z Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau.

- Napisał do naszego muzeum w 1956 r. Opisał pokrótce swoje życiowe losy. Używał wówczas imienia Wacław i mieszkał w Strzelcach Opolskich, skąd adresowany był list – informuje dr Wojciech Płosa z muzeum w Oświęcimiu, dzięki którego życzliwości uzyskaliśmy dostęp do cytowanego listu oraz możemy opublikować zdjęcia wykonane przez fotografa z Auschwitz.

 

Co zrobił Kunik?

Tymczasowym gryfinianinem okazał się nie tylko Gojny, ale również sam pełnomocnik Edward Kunik.

- Przekładam akt przejęcia przeze mnie w dniu 31.07.1945 urzędowania od b. Pełnomocnika ob. Kunika Edwarda – napisał Jan Daszyński w notce wysłanej do wojewody Leonarda Borkowicza.

Dokument, jak większość z epoki, nie wyjaśnia powodów odwołania dotychczasowego starosty. W latach 1945-46 komunikaty na ten temat były natury ogólnoinformacyjnej. Tylko w nielicznych przypadkach udaje się wyczytać coś między wersami. Szczęśliwie – dla potrzeb tego tekstu – głos w powyższej sprawie zabrali przed 80 laty Lekarz Powiatowy na Okręg Gryfin i jeden z urzędników (nazwisko nieczytelne, prawdopodobnie Wojciech Gliński, sekretarz Biura Techniczno-Budowlanego), uchylając nieco kulisów sprawy.

Podczas odprawy, prowadzonej przez nowego starostę, zapytali „jak należy postąpić, aby wycofać swoje podpisy, które złożyli ob. Kunikowi Edwardowi w sprawie pozostawienia go na stanowisku Pełnomocnika na Okręg Gryfin”.

- Zaznaczyli, że w tym wypadku zostali przez niego wprowadzeni w błąd, ponieważ ob. Kunik oświadczył im, że został przeniesiony do innego obwodu, a życzeniem jego jest pozostanie nadal w obwodzie gryfińskim. O zwolnieniu swoim nic im nie mówił – czytamy w protokole o wspólnej odprawie Starostwa Powiatowego i Zarządu Miejskiego.

Nowy starosta, Jan Daszyński, uspokoił wnioskodawców.

- Wyjaśnił, że w tej sprawie mogą złożyć na jego ręce oświadczenie, uzasadniające wprowadzenie ich w błąd – napisano w sprawozdaniu.

Sugeruje to, że Edward Kunik dopuścił się jakiegoś wykroczenia, a na pewno naraził się zwierzchnikom. Gdyby bowiem chodziło o niesnaski z lokalnymi, gryfińskimi urzędnikami, wojewoda zdecydowałbym się zwyczajowo na przeniesienie urzędnika do innego obwodu.

Co takiego zrobił Kunik? Na razie nie udało się ustalić, choć należy mieć na uwadze, że jego przewina nie musiała być adekwatna do kary.

Z drugiej strony wymowna jest chęć oficjalnego „wycofania podpisów”, złożona przez urzędników. Zapewne obawiali się, że niewinna z pozoru forma wsparcia dotychczasowego zwierzchnika może zostać potraktowana jako swoisty „list poparcia”. W tym rozumieniu, jeśli E. Kunik dopuścił się jakiegoś poważnego nadużycia (a nawet przestępstwa), sami mogliby utracić uprawnienia i stanowiska.

Już kilka miesięcy później nikt nie martwił się Kunikiem. Urzędnikom – i nie tylko – powodów do „bieżących zmartwień” szczędzić nie zamierzał bowiem jego następca.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 18/01/2026 22:48
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama