W styczniu setne urodziny obchodziła Bronisława Lewandowska. Jubilatka przeżyła w swoim życiu wiele, włącznie z pobytem w kilku obozach koncentracyjnych. Jej opowieść – choć sporymi fragmentami tragiczna – jest zarazem fascynująca. Mowa bowiem o jednej z pierwszych mieszkanek powojennego Gryfina. Do miasta przyjechała w maju 1945 r., gdy przebywało w nim mniej niż setka Polaków!
Na nasze standardowe pytanie, które kierujemy do wszystkich stulatków, odpowiedziała z wdziękiem. Tak, jakby znała je z wyprzedzeniem.
- Pieniądze raz są, ale jak człowiek je wyda, to nic nie zostaje. Dlatego proszę życzyć mi zdrowia. Ono jest najważniejsze – powiedziała żywiołowo, z przekonaniem.
- Mama przez całe życie była fertyczna. Jakieś cząstki tego widać w jej zachowaniu do dziś, choć nie może poruszać się tak, jak kiedyś – przyznaje Andrzej Lewandowski, który towarzyszył mamie podczas naszego spotkania.
- 3,5 roku temu straciłam nogę, kto wie, czy nie przez moje wojenne losy. Czasami sama się zastanawiam, jak to możliwe, że dożyłam tych stu lat. Podczas pobytu w obozach koncentracyjnych w Auschwitz, Ravensbrück i Malchow bardzo podupadłam na zdrowiu. Po wojnie chorowałam, przeszłam dwie operacje, ale jakoś wyszłam z tego cało i proszę, cały czas tu jestem – wyjaśniła, akcentując że wciąż stara się być aktywna.
- Robótki robię, szydełkiem. Nie wychodzi teraz tak jak trzeba, ale robię cały czas – skomentowała, chwaląc się, że nieźle u niej również z pamięcią.
- Mnie się zdaje, że ja wszystko pamiętam – stwierdziła, a my postanowiliśmy to sprawdzić.
--------------------------------------------------------------
Urodziła się 1 stycznia 1924 roku, jako Bronisława Rubinstein. Chociaż pochodziła z Dąbrowy Górniczej, jej rodzice nie byli związani z okolicznymi kopalniami.
- Tata był ślusarzem. Podczas mobilizacji poszedł do wojny. Miał 39 lat, gdy Niemcy wysłali go do obozu jenieckiego, z którego już nie wrócił – tłumaczy.
Była 19-latką, gdy w 1943 r. trafiła do Auschwitz. W obozie śmierć poniosła jej mama oraz rodzeństwa. Bronisława przetrwała, choć jak sama mówi, było bardzo ciężko.
- Każdego dnia, o godzinie 4.00, albo 5.00 był apel, na którym musiałyśmy się stawić. Wychodziliśmy przed baraki, a oni liczyli. Liczba więźniarek nigdy im się nie zgadzała. Ludzie umierali, jeden za drugim, albo byli mordowani. Warunki były okropne, byłyśmy niedożywione i osłabione. Człowiek mył się śniegiem, jadł wszystko, co było pod ręką. Bo trzeba było mieć siły, żeby pracować – mówi gryfinianka.
Została zatrudniona w fabryce działającej na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego.
------------------------------------------------------------------
Ojczyzna zastała wracającego jeńca wojennego i więźniarkę szybciej, niż myśleli, bo już w niemieckim miasteczku Gryfin, które decyzją światowych przywódców chwilę wcześniej zostało włączone w granice Polski.
- Pojawiliśmy się tu 14 maja 1945 r. W mieście byli praktycznie sami Ruscy i garstka Polaków, praktycznie tylko tzw. grupa operacyjna pod przewodnictwem starosty Edwarda Kunika.
Pamiętam, że stanął przed nami, tymi kilkunastoma osobami, które przyszły z obozu koncentracyjnego oraz jenieckiego i przedstawił się żartobliwie: „Nazywam się Kunik, a to jest moja kobyłka”. Mówiąc to wskazał ręką na swoją żonę – wspomina ze śmiechem pani Bronisława, wymieniając nazwiska pierwszych mieszkańców Gryfina.
Cały artykuł znajduje się w dzisiejszej Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze