Reklama

20 lat temu juniorzy Energetyka Gryfino grali o Mistrzostwo Polski

"Grupa młodych, bardzo utalentowanych chłopców z małej miejscowości weszła na sam szczyt juniorskiej piłki. Wygrała Wojewódzką Ligę Juniorów Starszych, co dało jej możliwość skonfrontowania umiejętności na tle najlepszych drużyn w kraju. Ostatecznie w Mistrzostwach Polski Juniorów Starszych zajęli piąte miejsce. Mimo to tygodnik „Piłka nożna” uznał ich drugą najlepszą ekipą mistrzostw. Tą drużyną był zespół juniorów starszych Energetyka Gryfino". Od opisywanego momentu mija właśnie 20 lat. Przypominamy archiwalny tekst, który ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej w lipcu 2009 roku

Wydawać by się mogło, że ta opowieść może mieć tylko i wyłącznie dobre zakończenie. Złudne nadzieje. Od opisywanego sukcesu minęło sześć lat, a z tamtej drużyny nie ma już praktycznie nic. Jej bilans jest wręcz zatrważający. Na 20 zawodników, ówczesnych mistrzów województwa, w piłkę gra tylko połowa! Przy czym na dobrym poziomie (trzecie liga i wyżej) zaledwie trzech. Jak doszło do tego, że zmarnowane zostało najlepsze gryfińskie pokolenie piłkarskie? Dlaczego ci chłopcy nie zrobili karier? Czy to przez imprezy? Zbyt małe zaangażowanie? Poczucie własnej wielkości, bądź wręcz przeciwnie: kompleksy wynikające z małomiasteczkowego pochodzenia? Nie dowiemy się tego. Możemy jednak poznać ich historię i wyciągnąć z niej należyte wnioski.

 

Reklama

Najlepsi w lidze

W sezonie 2002/2003 faworytami ligi wojewódzkiej juniorów starszych, zresztą jak co roku, były szczecińskie drużyny: Stal i Pogoń. Zresztą, do tego momentu, żadnemu zespołowi spoza Szczecina nie udało się zwyciężyć  tych rozgrywek…. Tym razem miało być podobnie, ale veto w sprawie postanowił zgłosić gryfiński Energetyk.

Już pierwsza runda opisywanego sezonu wskazywała, że ma szansę przejść  do historii zachodniopomorskiego futbolu. Gryfinianie nie przegrali jesienią żadnego spotkania, notując jedynie trzy remisy. Co więcej, rozprawili się z głównymi faworytami ze Szczecina! Mimo to, po zakończeniu rundy, zajmowali drugie miejsce, z jednopunktową stratą do Stali. Czy właśnie wtedy doszło do nich, że mogą przerwać szczecińską hegemonię?

Reklama

- Zgadza się. Dopiero po zwycięstwach z faworytami ligi dotarło do nas, że jesteśmy niezwykle mocni i szanse na zwycięstwo w lidze są jak najbardziej realne – odpowiada Hubert Lewandowski, członek tamtej ekipy.

W przerwie zimowej zespół udał się na dziesięciodniowy obóz do Podgrodzia. Jego efekty były widoczne już od początku rundy wiosennej. Była jeszcze lepsza w wykonaniu nastoletnich gryfinian niż poprzednia. Czternaście zwycięstw i zaledwie jeden remis z Pogonią sprawiły, że chłopcy z Gryfina uzyskali awans do ćwierćfinału Mistrzostw Polski. I to nie przegrywając w rozgrywkach ani jednego spotkania! O awansie zawodnicy dowiedzieli się w dość dziwnych okolicznościach.

Reklama

- Stal grała swoje zaległe spotkanie z LO7 Szczecin. – relacjonuje inny zawodnik tamtego zespołu, Łukasz Turtoń. – Na ten mecz udał się kierownik zespołu, Grzegorz Podszus, a my mieliśmy  w tym czasie trening. Dopiero w szatni trener przekazał nam informację, że Stal przegrała i nie ma już szans na dogonienie nas w tabeli. To było coś pięknego – wspomina z zauważalną łezką w oku.

Stało się to na dwie kolejki przed końcem rozgrywek. Chłopcy nie mieli jednak zbyt wiele czasu na świętowanie. Od razu zaczęli przygotowania do kolejnej fazy mistrzostw, w której przyszło im zmierzyć się z Olimpią Grudziądz.

Reklama

 

Popularność

Już wtedy zawodnicy zaczęli odczuwać na ulicy skutki swojej popularności. Kibice zatrzymywali ich, gratulowali, życzyli powodzenia.

- Dobrze pamiętam pewną sytuację. Byłem w pubie i siedziałem plecami do pewnych osób. Tak się złożyło, że dosyć głośno rozmawiali akurat o naszym zespole, w tym o mnie. Co więcej wiedzieli nawet z jakim numerem gram na boisku!  - opowiada ze śmiechem Hubert Lewandowski.

Ta sytuacja obrazuje jak bardzo popularni byli ci chłopcy. Wkrótce, bo w czasie mistrzostw Polski, popularność miała być jeszcze większa.

Reklama

Pierwszy mecz z mistrzem kujawsko-pomorskiego odbył się w naszym mieście.

- Na stadion przyszło chyba więcej ludzi niż na cały sezon łącznie – śmieje się Łukasz Turtoń.

Zmobilizowani obecnością kibiców zawodnicy rozprawili się z przeciwnikiem  aż 5:0. Bramki w tym meczu zdobyli Targoński, de Castelatti, Bodnar, Kumelski i Krupa. Wysokie zwycięstwo spowodowało lekkie rozluźnienie w szeregach Energetyka. Jego efektem była porażka 0:2 w rewanżu. Po meczu zweryfikowano ją jednak na… 3:0 dla „Energii”. Powodem tej decyzji był występ  w barwach Olimpii niedozwolonego zawodnika. Niedługo po tym  meczu piłkarze dowiedzieli się z kim przyjdzie im zmierzyć się w półfinale. Los skojarzył ich z Gwarkiem Zabrze, faworytem całego turnieju.

Reklama

 

Lanie w Zabrzu

Zawodników to nie załamało, a wręcz zmobilizowało. Pierwszy mecz odbył się na boisku rywala. Spotkanie przyciągnęło na trybuny wielkie piłkarskie sławy. Jedną z nich był trener rezerw Wisły Kraków, Antoni Szymanowski.

Mecz toczył się na wyrównanym poziomie. Do 80. minuty utrzymywał się wynik 1:0 dla zabrzan. Ostatecznie skończyło się  3:0, o czym przesądziły  wyższe umiejętności kluczowych zawodników Gwarka: Łukasza Piszczka, Mariusza Magiery i grającego wtedy w napadzie Tomasza Bandrowskiego. Mecz mógł co prawda zakończyć się jeszcze wyższym rezultatem, ale Dominik Straszkiewicz obronił karnego wykonywanego przez późniejszego kadrowicza i gwiazdę Lecha (Bandrowskiego – przyp. red.).

Reklama

- To był inny świat – mówi H. Lewandowski. – Oni nie tylko świetnie grali, ale również wyglądali jak zespół. Mieli oryginalne dresy oraz własnych menedżerów. Musieliśmy przy nich wyglądać komicznie – ocenia Hubert. 

Zawodnicy Energetyka mieli wiele pretensji do arbitra – aktualnego sędziego ekstraklasy – Artura Radziszewskiego. Działacze Gwarka zaś po spotkaniu oskarżyli naszych piłkarzy o… zdemolowanie szatni. Czy takie wydarzenie miało w ogóle miejsce?

- Oczywiście, że nie. Sprawa została zbytnio wyolbrzymiona – broni swoich podopiecznych trener Tomasz Kasprzyk.

Reklama

Po meczu chłopcy zapowiadali ostry rewanż w Gryfinie. Miało dojść do niego tydzień później - 8 lipca 2003 r.

 

Koniec pięknej przygody

Zainteresowanie meczem z Gwarkiem było ogromne.

- Powiem szczerze, że nigdy nie widziałem tylu kibiców na naszym stadionie, co wtedy  – nie ukrywa Kasprzyk.

W końcu gra toczyła się o wysoką stawkę. Zawodnicy Energetyka rozpoczęli spotkanie od mocnego uderzenia. Już w jednej z pierwszych akcji piłka, po strzale naszego zawodnika, wylądowała na poprzeczce. Potem było kilka bardzo składnych akcji, jednak bez wymiernych efektów.

Reklama

- Po 20 minutach powinniśmy już prowadzić 3:0 – oznajmia trener. – Kto wie jak wtedy potoczyłyby się losy dwumeczu – dodaje lekko zamyślony.

Jak to zwykle w takich momentach bywa niewykorzystane okazje się mszczą. Gwarek zdobył cztery bramki, na które Energetyk odpowiedział tylko jednym trafieniem Kumelskiego. Trzy trafienia dla przeciwnika zanotował nie kto inny, tylko Łukasz Piszczek. Co zawodnicy czuli po spotkaniu?

- Przede wszystkim niedosyt i smutek. Straciliśmy wielką szansę na pokazanie się  światu – stwierdza Turtoń.

Reklama

Jednak z perspektywy czasu ocenia, że nie było większych szans na pokonanie Gwarka.  Trener Kasprzyk natomiast żałuje tylko, że nie mógł się z nimi zmierzyć trochę później, np. w finale mistrzostw…

 

Tylko Mysiak

Po mistrzostwach zaczęły pojawiać się oferty testów dla zawodników Energetyka. Szansę pokazania się na treningach ówczesnych 1-ligowców mieli: Piotr Bodnar, Łukasz Turtoń, Andrzej Łęczewski i Maciej Mysiak.  Dodatkowo większość nie przeszła ich pomyślnie i pozostała w 5-ligowym Energetyku Gryfino. Z tej ekipy jedynie Mysiakowi udało się wyrwać z naszego miasteczka.

- Maciek świetnie zagrał przeciwko Gwarkowi i wpadł w oko obserwatorom. My w większości nie mieliśmy tego szczęścia – stwierdza Turtoń.

Mysiak trafił wówczas do Wisły Kraków, w której zagrał nawet mecz w europejskich pucharach. W sierpniu 2004 r. zaliczył 90 minut w wygranym 3:0 meczu z WIT Georgią Tbilisi w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów. Szansę dołączenia do niego w szatni „Białej Gwiazdy” miał Patryk Kumelski, ale w jednym ze sparingów, podczas testów w Krakowie, doznał kontuzji, która nie pozwoliła mu wrócić do sportu.

Szansę na karierę miał również Paweł Ruszar. Młodszy aż o trzy lata napastnik pochodził z Lisiego Pola. Po mistrzostwach trafił do Szamotuł, jednej z najlepszych wówczas szkółek piłkarskich w naszym kraju. Ruszar grał nawet

w reprezentacji Polski rocznika 1987,  lecz został z niej wyrzucony z powodów dyscyplinarnych (jego miejsce w kadrze Andrzeja Zamilskiego zajął... Dawid Janczyk – przyp. red.).

 

Życie po mistrzostwach

Mieli wielkie marzenia, ale życie zweryfikowało ich plany. Jak uznają, brak ofert i perspektyw zadecydował o tym, że tylko garstka z nich w dalszym ciągu gra w piłkę. Co zatem robią pozostali członkowie zespołu? Większość studiuje, a duża grupa wyjechała za granicę. Pozostały im tylko wspomnienia i poczucie niewykorzystanej szansy. Być może dla wielu z nich gra w

mistrzostwach Polski juniorów była największym życiowym osiągnięciem. A może wciąż po cichu liczą, że zdołają się jeszcze odbudować i wrócić do wielkiego grania?

- Wierze, że mój czas jeszcze nadejdzie. Jestem w dobrym wieku dla piłkarza i myślę, że stać mnie na granie, na wyższym poziomie – oznajmia Turtoń.

- Ja natomiast mam już ważniejsze sprawy na głowie. Jedną z nich jest praca magisterska – mówi Lewandowski, dodając, że jego karierę przerwała akurat kontuzja.

Pytany o to, czy nie czuje z tego powodu złości odpowiada:

- Oczywiście. Mógłbym teraz  grać przynajmniej w Energetyku. Trener Blumka mówił, że mam papiery na co najmniej drugą ligę. Chciałbym cofnąć się do tamtych czasów  – stwierdza z wyczuwalnym smutkiem w głosie.

Niestety nie będzie mu to dane.

Bohaterowie naszej opowieści mieli życiową szansę by wypłynąć na szerokie wody. Jedni potrafili z niej skorzystać, inni nie. Drugiej takiej szansy już nie dostaną.

 

Grzegorz Racinowski

 

Przeprowadziliśmy wówczas również rozmowę z Tomaszem Kasprzykiem, trenerem juniorów starszych rocznika 1984/85

 

Kiedy rozpoczynał się sezon nie byliście raczej faworytami do zwycięstwa w lidze.

Tomasz Kasprzyk: Ja uważam, że właśnie byliśmy. Mało kto o tym pamięta, ale ta ekipa wcześniej, w juniorach młodszych, zdobyła trzecie miejsce. Na dodatek w rywalizacji rocznika 1983, w lidze juniorów starszych, była druga! Miało to miejsce rok przed naszym tryumfem. Dlaczego utarło się więc, że nie byliśmy faworytami? Wynika to z tego, że nigdy wcześniej zespół spoza Szczecina nie wygrał tej ligi.

 

W takim razie jak udało wam się przełamać dominację szczecińskich drużyn?

- Mój zespół był niezwykle mocny. Gdy chłopcy mieli po 14 lat występowali w rozgrywkach przy A-klasie. Rywalizowali w nich z zespołami złożonymi z dziewiętnastolatków i mimo to zajęli drugie miejsce! Była to więc starannie wyselekcjonowana grupa, w której znajdowali się najlepsi zawodnicy z Gryfina i okolic. Dzięki temu w pokonanym polu zostawiliśmy zarówno Pogoń Szczecin, jak i głównego faworyta ligi, szczecińską Stal.

 

Później były pamiętne mecze w mistrzostwach kraju,  m.in. z Gwarkiem Zabrze.

- Zgadza się. W ćwierćfinale wysoko ograliśmy Olimpię Grudziądz i w półfinale trafiliśmy właśnie na Gwarek. Nie sprostaliśmy mu i musieliśmy pożegnać się z zawodami. Być może inaczej by się ułożyło, gdybym w pierwszym meczu miał do dyspozycji Pawła Ruszara, który został w tym terminie powołany do kadry Polski. Próbowaliśmy go z niej zwolnić, ale otrzymaliśmy odpowiedź, że jeśli nie stawi się na zgrupowaniu, to zostanie zawieszony. W analogicznej sytuacji znalazło się czterech piłkarzy Gwarka. Oni jednak w przeciwieństwie do Pawła dostali od związku „wolne”.

 

Patrząc z perspektywy czasu, mieliście szansę z nim wygrać?

- Powiem szczerze, że nie. To był świetnie ułożony zespół, zdecydowanie piłkarsko od nas lepszy. Wtedy najlepszy w kraju.

 

Mimo to graliście z nimi jak równy z równym. Dlaczego więc pana podopiecznym, poza Mysiakiem, nie udało się zrobić karier?

- (chwila ciszy) Trudno powiedzieć. Kumelskiemu w zrobieniu kariery przeszkodziła kontuzja. Reszta po prostu nie wykorzystała swoich możliwości.  

Dla przykładu: Łukasz Turtoń strasznie się spala. Jeżeli jest mecz o coś ważnego, to gra on na 50% swoich możliwości. Tak było wtedy i tak jest teraz. Najbardziej boli jednak, że większość w ogóle nie gra już w piłkę. Szkoda, że wszystko tak się potoczyło i chłopcy się nie wybili.

 

Jacy zawodnicy mieli na to największe szanse?

- Najlepsi byli: Łęczewski, Ruszar, Mysiak, Turtoń, Kumelski.

 

Który z nich najbardziej zmarnował swój talent?

- Chyba Paweł Ruszar.  Był w kadrze Polski u Zamilskiego. Strzelał nawet bramki. Obecnie gra w Lisim Polu. Potwierdza się zasada, że aby się wybić, to w parze muszą iść i głowa, i nogi.

 

A może miał pan z nimi jakieś problemy wychowawcze?

- Właśnie o to chodzi, że nie. O dobrą atmosferę w drużynie dbaliśmy wszyscy, ja, zawodnicy, kierownik drużyny, Grzegorz Podszus. To była bardzo zgrana grupa, w ogóle nie musiałem gonić ich do pracy.  Wynik sam ich motywował i nie miałem z nimi nawet najmniejszych problemów. Nie pili, ani nie palili. Pod względem sportowym byli idealni.

 

Rozmawiał.: gr

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama