Reklama

Ze sportem do samego końca. (Nie)zapomniany reprezentant Polski z Polonii Gryfino

Z okazji świąt, do "poczytania", publikujemy jeden z archiwalnych tekstów. "Chociaż dzisiaj jest osobą nieco zapomnianą, w latach sześćdziesiątych jego nazwisko znał każdy mieszkaniec Gryfina. Lechosław Paruszewski był bowiem nie tylko znakomitym bramkarzem, który zagrał 45 minut w nieoficjalnym meczu reprezentacji Polski, ale także uznanym trenerem i autorytetem. Od tragicznego wypadku, w którym stracił życie, minęło właśnie trzydzieści pięć lat"

Jedną z ostatnich osób, które rozmawiały z Lechosławem Paruszewskim był Marek Blumka.

- Prowadziłem indywidualny trening na stadionie z Władkiem Kowalkowskim. Staliśmy za bramką, od strony siedziby klubu. Rzucałem mu piłkę, gdy usłyszałem głos Leszka: „Za krótko mu rzucasz, weź rzuć mu dalej”. Paruszewski był oparty o ogrodzenie i obserwował nas. Wiedział o czym mówił, był nie tylko świetnym bramkarzem, ale również trenerem, fachowcem i autorytetem. Kowalkowski wychował się zresztą przy nim – wspomina Blumka.

Reklama

Był 12 października 1983 roku, za kilka godzin Pogoń Szczecin miała rozegrać mecz z Widzewem Łódź.

- Gdy skończyliśmy trening, Leszek spytał mnie czy jadę z nim na mecz. Z Gryfina wybierała się spora grupa, mieliśmy załatwiony autobus i zaproponowałem mu, by pojechał z nami. Machnął jedynie ręką i powiedział, że woli swoim. To był ostatni raz kiedy go widziałem – mówi Blumka.

Pogoń wygrała z Widzewem 2:0, lecz Paruszewski nie zobaczył zwycięstwa drużyny, której był wychowankiem. Nie dotarł na mecz, ginąc tragicznie kilka kilometrów od Gryfina.

Reklama

- Jego Fiat zatrzymał się na betonowym cokole z napisem „Szczecin”, znajdującym się między Radziszewem a Kluczem, przy wjeździe na autostradę. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero po powrocie do domu – wspomina 27-letni wówczas trener.

- Nie mogłam w to uwierzyć. Był młodym, wysportowanym człowiekiem, który odszedł tak nagle – głos Teresy Paruszewskiej grzęźnie w gardle. - Poznałam go jako sportowca, sport towarzyszył nam przez całe wspólne życie. Cały czas tylko sport i sport. Do ostatniego dnia - dodaje po chwili.

Reklama

 

Spełnił ambicje ojca

Największą sportową pasją Lechosława był boks. Słuszny wzrost, długie ręce i sylwetka atlety predestynowały go do osiągania niezłych wyników „między linami”. Świat nigdy nie usłyszał jednak o Paruszewskim-bokserze. Zadecydowały o tym kwestie rodzinne.

- Jego mama zaprotestowała. Powiedziała Leszkowi, że ma go jednego i nie pozwoli, by stała mu się krzywda – opowiada Teresa Paruszewska, wskazując na zdjęcia szczupłego młodzieńca walczącego na bokserskim ringu.

- Takiego go poznałam. Nie miał więcej niż 16 lat – uśmiecha się na wspomnienie 1959 roku, gdy zauroczyła się w rówieśniku.

Reklama

Lechosław, jak na ułożonego syna przystało, zgodził się z mamą, na zawsze rezygnując z boksu. Przerzucił się na piłkę nożną, co stało się zresztą ku uciesze drugiego z rodziców.

- Teść był zagorzałym fanem Pogoni Szczecin i nie opuścił żadnego jej meczu. Sam nie grał w piłkę, ale kochał futbol, jak nikt inny. Pod tym względem porównać do niego można tylko mojego męża – uśmiecha się pani Teresa, wskazując na kolejny wspólny mianownik.

- Obaj pracowali w Zarządzie Portu Szczecin. Teść zaczął po 1946 roku, gdy przyjechał z Turku a Leszek dołączył później. Był tam elektromechanikiem – dodaje.

Reklama

Już na pierwszym piłkarskim treningu trener młodzieżowych grup Pogoni ustawił Paruszewskiego na bramce. Czy zadecydował fakt, że nastolatek świetnie czuł się w rękawicach i jako niedoszły bokser wiedział, że bitwy wygrywa się przede wszystkim szczelną defensywą? Chociaż brzmi to logicznie,  prawdopodobnie chodziło jednak o jego warunki fizyczne. Lechosław mierzył 182 centymetrów, co sprawiało, że „w swoich czasach” uchodził za niezwykle wysokiego. Widać to zresztą na fotografiach sprzed pięćdziesięciu lat, na których góruje nad większością kolegów.

- Był też bardzo sprawny, co pomaga w fachu bramkarskim. Świetnie odnajdował się w każdej dyscyplinie. Z sukcesami jeździł np. na rowerze – potwierdzają to dyplomy za wyścigi organizowane w 1959 roku przez Ogniwo Szczecin i Kurier Szczeciński. Wspólnie z fotografiami tworzą one mozaikę życia bramkarza, historię jego sportowej drogi, która zaprowadziła go do Gryfina.

Reklama

 

Ściągnął go Przybylski

Urodzony 30 lipca 1943 roku Paruszewski grał w juniorskich drużynach Pogoni razem z przyszłymi legendami lokalnego futbolu: Waldemarem Folbrychtem, Marianem Kielcem i Waldemarem Ptaszyńskim. Nieco starszy był natomiast Wojciech Frączczak. Wszyscy należeli do pierwszego pokolenia wychowanków klubu, miejscowych chłopców, którzy przez lata stanowili o sile szczecińskiego futbolu.

- Paruszewski nigdy nie zagrał w dorosłym zespole. Nie miał wówczas szans się przebić, bo w Pogoni bronił wówczas legendarny Wojciech Frączczak. Był jednak bardzo dobrym bramkarzem. Grał z powodzeniem w juniorach i w rezerwach. Pamiętam go jako niezłego specjalistę – opowiada Kielec, u którego boku Paruszewski występował także podczas jubileuszowych spotkań, organizowanych przez Portowców.

Reklama

Piłka stała się jego drugą miłością. Świetnością był nie tylko mecz, ale także trening. Do tego stopnia, że Paruszewski nie zwykł opuszczać żadnych zajęć.

- No, może zdarzyło mu się raz – uśmiecha się żona zawodnika, wspominając czasy narzeczeństwa. – Pewnego razu nie poszedł na trening, bo wolał iść ze mną do kina. Nigdy więcej tego nie powtórzył, bo wpadł. Namoczył ręcznik śniegiem, żeby wyglądał na mokry, ale ojciec i tak odkrył, że nie był na stadionie. Zmył mu głowę i Leszek później nie chodził na wagary. Ojciec bardzo go pilnował – śmieje się Teresa.

Reklama

Panią Paruszewską została w 1962 roku. Chwilę wcześniej Lechosław skończył wiek juniorski w Pogoni, zdobywając w międzyczasie Mistrzostwo Okręgu Juniorów i drugie miejsce w finale Pucharu im. dr. Michałowicza.

- Czekała go służba wojskowa. Właśnie wtedy zdecydowaliśmy się na ślub. Wcześniej był okres narzeczeństwa – wtrąca i przez chwile znów jest 16-latką, która w 1959 roku trafiła do Szczecina.  

– Przyjechałam z poznańskiego, do siostry. Poszłam tutaj do zawodówki krawieckiej. Męża poznałam przez koleżankę. Mieliśmy taką grupę znajomych, która regularnie się spotykała. Wtedy modne były jeszcze potańcówki na Wzgórzu Hetmańskim. Chodziliśmy też na randki do kina: do Delfina, Pioniera, Kosmosu, Colloseum, a także do Polonii na Niebuszewie i do Bałtyku na Pogodnie – wylicza.

Reklama

Oczywiście chodzili też na mecze

- Zainteresowałam się sportem dopiero po tym, jak go poznałam. Od tamtej pory chodziliśmy na każdy mecz Pogoni, a później Polonii Gryfino. Mąż nauczył mnie miłości do sportu, lubiłam to – konstatuje 76-latka.

Służbę wojskową Paruszewski odbywał w Oficerskiej Szkole Samochodowej w Pile. Grał też w jednym z tamtejszych zespołów, co pozwoliło mu zachować formę i kontynuować karierę po wyjściu do cywila. Lechosław

zdecydował się wówczas zasilić A-klasową Polonię Gryfino. Miało to miejsce w 1965 roku.

Reklama

- Sprowadził go trener Janusz Przybylski. Za Leszkiem poszli inni chłopcy ze Szczecina. Był taki „Toni”, ale nie pamiętam nazwiska – opowiada pani Teresa, która mieszkała wówczas z mężem przy ulicy Szarotki w Szczecinie.

 

Dom na końcu Szczecińskiej

Z teściami dzieliła nie tylko dom, ale też zainteresowania, wspólnie dopingując Lechosława z trybun gryfińskiego stadionu. Musieli stanowić charakterystyczną grupę, gdyż zapadli w pamięć wielu ówczesnym zawodnikom.

- „Parówa”, bo tak na niego mówiliśmy, mógł liczyć na specjalny doping, bo od całej rodziny. Jego ojciec był na każdym meczu. Zabierał ze sobą żonę i młodą synową. Byli znani w całym mieście - wspomina kolega z drużyny, Zdzisław Wierzbowski. Dojazdy ze Szczecina często dostarczały problemów.

- Wtedy chodziły dwa pociągi, rano i wieczorem. Mąż musiał jakoś dojechać na treningi, więc często jeździł pociągiem towarowym. Bałam się o niego, bo siadał na złączeniach – wspomina Teresa. Problem załatwiła dopiero przeprowadzka do Gryfina.

- U teściów było ciasno, mieli tylko dwa pokoje a my chcieliśmy iść na swoje. Mieliśmy pieniądze wpłacone do spółdzielni w Dąbiu, ale Florian Geisler postanowił ściągnąć nas do Gryfina. W 1968 roku dostaliśmy mieszkanie przy ulicy Szczecińskiej, w ostatnim domku, za rzeźnią. Mąż mówił o nim „budka dróżnika” – śmieje się Paruszewska. Młoda żona i matka nie zaznała w Gryfinie luksusów. W charakterystycznym domku, w którym mieszkali przez dziewięć lat, dysponowali zaledwie jednym pokojem z kuchnią.

- I bez łazienki. Dopiero w 1977 roku przenieśliśmy się do nowego mieszkania, na Asnyka – dodaje.

W myśl zasady „ciasne, ale własne”, miło wspomina okres życia na Szczecińskiej.

- Nasz dom zawsze pełen był ludzi, śmiałam się, że to taki „dom schadzek”. Leszek przychodził i mówił: „Zrób coś do jedzenia, będziemy mieć gości”.  Przychodzili chłopaki i rozmawiali o piłce. Przyjaźniliśmy się blisko z Rysiem Studzińskim, wieloletnim prezesem Ogniwa Babinek oraz gryfińskimi działaczami: Lucjanem Tołloczko i Florianem Geislerem. Przychodzili do nas z żonami, wyjeżdżaliśmy razem na wakacje – opowiada pani Teresa.

 

Zapomniany kadrowicz

Paruszewski szybko zyskał zaufanie kolegów. Jedna z najbardziej chwalebnych kart w jego historii rozegrała się w połowie lat sześćdziesiątych. Mało kto pamięta, lecz bramkarz Polonii zanotował wówczas nieoficjalny występ w… reprezentacji kraju.  O spotkaniu tym od lat krążą legendy. Świadkowie szczegółowo opowiadali o spontanicznym pojedynku z 1963 r., w którym naprzeciw miejscowych piłkarzy stanęli m.in. Lucjan Brychczy, Bernard Blaut, czy nastoletni Włodzimierz Lubański.

- Działo się to w ramach przygotowań do meczu z Norwegią w Szczecinie – słyszeliśmy przez laty os różnych osób. Rzeczywistość okazała się mniej barwna, a pamięć kibiców zawodna. Jak udało nam się ustalić, reprezentacja Polski zagrała w Gryfinie nie w 1963 roku, lecz trzy lata później, 28 września 1966 roku o godzinie 15:30. Co istotne, na zgrupowaniu kadry zabrakło zawodników Legii Warszawa i Górnika Zabrze, którzy w tym czasie rozgrywali mecz w europejskich pucharach. Jak informował jednak Głos Szczeciński, do Gryfina przyjechali inni czołowi piłkarze: Stanisław Majcher i Klaus Masseli (bramkarze), grający na obronie Roman Strzałkowski, Henryk Brejza, Zygmunt Anczok, Walter Winkler i Roman Bazan, występujący w drugiej linii Piotr Suski, Paweł Orzechowski i Ryszard Grzegorczyk oraz napastnicy, Janusz Kowalik, Andrzej Jarosik, Zygmunt Schmidt, Jerzy Wilim, Jerzy Sadek i kapitan Jan Liberda. To właśnie z nimi, w jednej drużynie zagrał bohater naszego tekstu.

- Ustalono, że przez pierwszą połowę Leszek Paruszewski będzie bronił w barwach reprezentacji, a bramkarz kadry, nie pamiętam już który z tej dwójki u nas – tłumaczy Ryszard Wierzbowski, co potwierdzają inni nasi rozmówcy: Czesław Krzemiński, Zdzisław Wierzbowski i Stanisław Andrych.

- Lechu miał satysfakcję. Polonia przegrała 0:9, ale on puścił tylko cztery bramki, mniej od bramkarza reprezentacji – relacjonuje ten ostatni, wspominając z rozrzewnieniem spotkanie sprzed 52 lat, gdy toczył pojedynki z późniejszym mistrzem olimpijskim, Anczokiem.

- Pamiętam ten mecz właśnie z zaciętości Stasia i „debiutu” Paruszewskiego w reprezentacji. Śmialiśmy się później, że jest lepszym bramkarzem niż kadrowicz, Stanisław Majcher ze Stali Rzeszów – potwierdza Czesław Krzemiński.

- Mąż często wspominał to wydarzenie i grę z orłem na piersi. Nie wiem jednak czy jest jakieś zdjęcie. Szkoda, bo potwierdzałoby tę historię – zamyśla się żona Paruszewskiego.

Zachowała się za to fotografia z innego pamiętnego meczu.

- Nasze pokolenie nigdy nie zapomni meczu z Czarnymi Szczecin, wówczas spadkowiczem z 3.ligi. Do połowy było 3:0 dla nas, co było sensacją. Po przerwie wyszli z szatni jakieś dwadzieścia pięć minut po czasie i walnęli pięć bramek. Skończyło się 5:3 dla nich. Paruszewski dostał czerwo, tak samo mój brat „Gaweł” – przypomina Z. Wierzbowski.

 

Krewki, choć opanowany

Chociaż Paruszewski szybko zrezygnował z boksu, umiejętności, które nabył na ringu przydały mu się w późniejszym okresie życia. Nie chodzi tu bynajmniej o sprawność fizyczną, tak potrzebną bramkarzowi.

- Różne sytuacje miały miejsce w tamtych czasach – zaczyna opowieść żona bramkarza. – Gdy nasza córka miała dwa lata, poszliśmy na spacer na Wały Chrobrego, robili wtedy tory tramwajowe. Naprzeciwko szło sześciu chłopaków. Zamiast nas ominąć, weszli wprost w naszą córeczkę. Mąż złapał jednego, potrząsnął i zwrócił uwagę. Gdy odeszliśmy, rzucił w nas cegłówką. Dobrze, że córka dostała w nogi, a nie w głowę… Dla Leszka było to za dużo. Dogonił ich i rzucał na ziemie. Oni wspinali się do góry, a mąż ściągał ich i lał po kolei, ile wlazło – wspomina pani Teresa.

Do podobnej sytuacji doszło w Gryfinie.

- Uwielbiał zwierzęta. Na całej ścianie w domu znajdowało się akwarium z rybkami. Mieliśmy też dużego psa, sukę Bellę. Niedługo po tym, jak przyjechaliśmy do Gryfina, poszliśmy na spacer do parku. Rzucałam piłkę Belli, a ona aportowała. Nieopodal siedział chłopak z dziewczyną i powiedział w moją stronę: „Sama k… sobie po nią biegaj”. Rozwścieczyło to Leszka. „Ty gnoju jeden”, odpowiedział, „Gdybyś był w porządku, to nie nazywałbyś tak kobiety, a po drugie, jesteś z dziewczyną więc powinieneś się zachować”. Odszedł i gdy był daleko, usłyszał od tego chłopaka całą wiązankę. Mąż dopadł go i dał mu w ryj. Nie lubił się bić, traktował to jako ostateczność – uznaje pani Teresa.

- Nie da się ukryć, że „Parówa” był nerwusem, ale takim w miarę – uśmiecha się Z. Wierzbowski. - Krzyczał na nas w trakcie meczów, ustawiał na boisku, ale nie chciał nami rządzić, chciał wygrywać.

- Gonił nas bardzo do roboty, a wiem, o czym mówię, bo grałem ostatniego stopera, czyli bezpośrednio przed Paruszewskim - wtóruje młodszy z braci Wierzbowskich. Taka forma motywacji przynosiła efekty. W tym czasie klub zaczął odnosić pierwsze sukcesy. W rozgrywkach 1966/67 Polonia zanotowała historyczny awans do klasy okręgowej, w której grała z roczną przerwą (1970/71) aż do sezonu 1983/84, gdy jako Energetyk weszła do 3.ligi.  W 1971 roku natomiast po raz pierwszy zespół awansował do finału Zimowego Pucharu Kuriera, niegdyś prestiżowych zawodów wypełniających przerwę między rundą jesienną a wiosenną. (Przegrał w nim po rzutach karnych z Sokołem Pyrzyce, a obok Paruszewskiego wystąpili: Korsak, Halec, Wierzbowski, Gnap, Chrzanowski, Krynicki, Mróz, Biernacki, Dzikowski, Kawka oraz Filip i Krzemiński, którzy weszli z ławki).

- Mieliśmy w tamtych czasach wielu zdolnych zawodników. Przesadne nie będzie jednak stwierdzenie, że to Lechosław uczył nas futbolu. Spędził wiele lat w Pogoni i wiedział jak wyglądają treningi w ligowym klubie. W Gryfinie przenosił standardy ze Szczecina, motywując nas i czyniąc lepszymi piłkarzami – oceniają bracia Wierzbowscy.

 

Na kartach Ogniwa Babinek

Nic dziwnego, że po zakończeniu kariery Lechosław został trenerem. Jak potwierdzają koledzy, był to naturalny ruch, miał ku temu predyspozycje jak nikt inny. Nie wiadomo jednak kiedy dokładnie przeszedł na „drugą stronę barykady”.

- Po połączeniu klubów grał przez dobrych kilka lat w Energetyku. Później, około 1977 roku, rozstał się z klubem i przeszedł do Babinka, gdzie był przez sześć lat – relacjonuje jego żona. Możemy domyślać się jedynie dlaczego zdecydował się na Ogniwo.

- Słyszałem o pewnej sytuacji, kłótni, w której uczestniczył Leszek, ale znam to z drugiej ręki i nie chcę o tym opowiadać – komentuje R. Wierzbowski.

W klubie z gminy Banie również zapisał ciekawą kartę. Jako grający trener doprowadził wprowadził zespół do A-klasy, utrzymując go na tym poziomie do dnia śmierci. Nie tracił przy tym kontaktów z Energetykiem, często grając z nim sparingi podczas przygotowań do sezonu. W ostatnich latach życia Paruszewski zajmował się zresztą szkoleniem młodzieży w Gryfinie. W pracy tej odnalazł nową pasję.

- Kolegowaliśmy się i byliśmy ze sobą blisko. To były trudne czasy. Razem jeździliśmy w Polskę po sprzęt sportowy. Pamiętam wypad do Wałbrzycha. Przywieźliśmy wtedy do Gryfina buty, kolce do biegania. Takich wyjazdów było więcej, wspieraliśmy się w swoich działaniach. – mówi Eugeniusz Kuduk, dzisiaj dyrektor Ośrodka Sportu i Rekreacji, a przed laty, działacz i trener lekkoatletycznego Hermesa Gryfino.

 

Piętnaście lat memoriału

Z. Wierzbowski: - „Parówa” był idolem, ikoną sportu, bardzo znaną i lubianą osobą, która wrosła w nasze miasto.

R. Wierzbowski: - Moim zdaniem to najlepszym bramkarzem w historii miasta. Później dorównać mu mogli jedynie Władek Kowalkowski i Rysiek Kłok, który grał w Pieście Gliwice, ale moim zdaniem „Parówa” był najlepszy

C. Krzemiński: - Świetny facet, towarzyski, bardzo dobry kolega. Do tego wzór pracy.

E. Kuduk: - Był bardzo oddany piłce nożnej i zasłużył się na tym polu w historii miasta.

R. Wierzbowski: - Chociaż był dziesięć lat ode mnie starszy, nie dał tego odczuć. Świetny chłop, niezapomniany kolega. Autorytet dla nas wszystkich, bardzo wysportowany, świetny atleta.

T. Paruszewska: Bardzo dbał o zdrowie. W wieku 40.lat potrafił zrobić salto i inne gimnastyczne ćwiczenia. Każdego ranka wykonywał je u nas w domu.

Z. Wierzbowski: - Nie mogłem uwierzyć, że odszedł. Jego śmierć była szokiem dla społeczności. Stało się to tak nagle. Nie umiem wyobrazić sobie cierpienia jego żony Teresy oraz córek: Wioli i Kamili. Bardzo je kochał.

M. Blumka: -Wtedy lało jak z cebra. Zastanawialiśmy się nawet czy dojedziemy w tej ścianie deszczu na mecz. Gdyby Leszek zabrał się z nami, kto wie jak to wszystko by się potoczyło…

T. Paruszewska: - Był chory od poniedziałku, a w środę, w dniu śmierci czuł się jeszcze gorzej. „Nakryłam” go, gdy kulił się z bólu w pokoju. Obiecał mi, że zostanie w domu, ale jednak pojechał na Pogoń. Później mówili mi, że brał tabletki przeciwbólowe. Ukrywał się z nimi, nic mi nie powiedział. Gdy zawoził mnie do pracy, wystrzeliło mu koło. Nie naprawił tego od razu, co nie było w jego stylu. Zawsze lubił mieć wszystko poukładane, naprawione. Kochał porządek, był bardzo elegancki. A gdy wróciłam tego dnia do domu, wszystko w kuchni było porozwalane. Chyba nie miał siły posprzątać.

S. Andrych: - Słyszałem, że miał zawał, ale nie wiem czy to prawda.

T. Paruszewska: - Po prostu zasłabł. O wypadku opowiedział mi później kierowca autobusu, który jechał za mężem. Powiedział, że Leszek nie pędził po drodze. Po prostu w pewnym momencie stracił panowanie nad pojazdem i wjechał w obelisk z napisem „Szczecin”. Gdyby miał zapięte pasy, pewnie by przeżył.

M.Blumka: - Byłem od niego trzynaście lat młodszy, więc nie byliśmy bliskimi kolegami. Był jednak bardzo popularny, znał go każdy i każdy mówił o nim w superlatywach, jako o świetnym bramkarzu i trenerze, osobie zasłużonej dla Gryfina. Dlatego po jego śmierci poczułem wewnętrzną potrzebę upamiętnienia go.

T. Paruszewska: W 1984 roku odbył się I Memoriał pamięci mojego męża.

M. Blumka: - Organizowaliśmy go co roku w październiku. Do Gryfina przejeżdżali oldboje Pogoni Szczecin, Sokoła Pyrzyce. Łącznie odbyło się piętnaście edycji. W 1999 roku podszedłem do żony Leszka i spytałem, czy obrazi się, jeśli za rok memoriał nie odbędzie się. Coraz trudniej było go zorganizować.

T. Paruszewska: - Powiedziałam: „I tak długo wytrzymaliście. Dziękuję, że przez tyle lat upamiętnialiście mojego męża”. Do dziś jestem im za to wdzięczna.

 

35 lat później

- Chociaż minęło tyle lat, wszystko to wciąż jest we mnie żywe. Pamiętam jego mecze, nasze wspólne wyjazdy. Bardzo kochałam i kocham swojego męża. Życie bez niego było trudne, ale znajdowałam pociechę w córkach, które są tak do niego podobne. Młodsza, Kamila to wypisz-wymaluj ojciec. Sprytna, sprawna, wszystko potrafi zrobić. W domu mieliśmy wiszący drążek do ćwiczeń. Miała kilka latek, gdy nakryłam ją na płaczu:

 

- Dlaczego płaczesz?

- Bo mnie boli.

- To dlaczego ćwiczysz?

- Bo muszę!

 

Uparta jak ojciec. Jest nauczycielką wf-u w Podjuchach. Druga córka również uczy w Podjuchach, także bardzo przypomina ojca. Widzę w nich jego odbicie. Wiola i Kamila są najcenniejszą „rzeczą”, jaką zostawił po sobie. Obie świadczą o jego życiu i dbają pamięć o ojcu. Na pewno byłby z nich dumny.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama