Reklama

Wojenne wspomnienia Janka Fejge

- Po trzech dniach wyszliśmy na ulice umajone barwami narodowymi, w opaskach biało-czerwonych i pod bronią (80% miało granaty zidolówki i butelki zapalające). Wybiła godzina „W” – zapisał Jan Fejge we wspomnieniach spisanych w latach 80., na krótko przed śmiercią. Dzięki uprzejmości rodziny, prezentujemy jego relację w całości

Wojna…! Od 1 do 3 września obserwowaliśmy walki polskich samolotów z maszynami Luftwaffe. Wołomin dzieliła od Warszawy odległość tylko 20 km. Tata wyjechał normalnie do pracy 1 września, następnie wrócił po 3-4 dniach, a później zobaczyliśmy się z nim dopiero po upływie dwóch miesięcy. Instytucja jego została ewakuowana aż do Zdołbunowa na Pokuciu. Z domu widać było „słupy gorejące”, słyszało się ustawicznie przygłuszone detonacje. To bombardowanie Warszawy.

Zaczynałem nieudolnie pełnić rolę głowy rodziny – ja 14-latek. Mama zajmowała się Basią i pracami domowymi, a ja ogrodem i zaopatrywaniem w żywność. Kupowałem wszystko, co jeszcze, w ciągu pierwszego tygodnia wojny za cenę dwukrotną, można było zdobyć. Działań wojennych na Wołominku nie było. Czołgi z czarnymi krzyżami przewalały się tylko szosą na kierunku Radzymin-Wołomin-Kobyłka-Warszawa. Bruk szosy stał się rumowiskiem. Warszawa walczyła, odgłosy walki i hiobowe wieści docierały… jeszcze słuchaliśmy radia.

Reklama

 

Odważny Wiktor Fejge

Mama rozpaczała, nie było wiadomości od taty. Minął wrzesień, kończył się październik. Ja jeździłem rowerem (na szczęście był) do sąsiednich wsi i opuszczonych koloni niemieckich i zdobywałem (nie kupowałem, bo pieniądz stracił wartość) resztki zboża, ziemniaki i, pamiętam dobrze, spleśniały chleb, komiśniak wojskowy, z którego o dziwo mama robiła różne cuda kulinarne. Nadchodził głód, okupacja, represje – czas pogardy.

A jednak stał się cud. Tata wrócił pod koniec października 1939 r.  Żaden z kolegów z Komendy Głównej Policji Państwowej nie zobaczył już swoich rodzin (wśród nich Starzyński), a tata wrócił. Zarośnięty, zmordowany, w starym szynelu wojskowym… zdrów. Przytaszczył plecak pełen żywności i ogromny, autentyczny bochen wiejskiego chleba.

Reklama

Było święto w rodzinie, a i u sąsiadów. Tata relacjonował kolejno: nieudany powrót po nas, po 15 września 1939 roku, powrót do Zdołbunowa, rozbrojenie przez Rosjan, ucieczka przez Równo, Brześć i przez Bug, z wieloma perypetiami, łącznie ze strzelaniem i wołaniem „staj pany”.

Życie się zaczęło jako tako stabilizować. Pod koniec 1940 r. dostaliśmy mieszkanie na Pradze – ul. Targowa 46 m. 28. Jeden pokój odnajmowali znajomi właściciele bibliotek z Wołomina, państwo Badetko. W ich pokoju „mieszkali” przez dwa tygodnie dwaj oficerowie radzieccy „wykradzeni” przez ruch oporu z obozu koło Ostrówka.

Reklama

Dwa, trzy razy w roku w mieszkaniu zjawiali się żandarmi „na lustracje” w poszukiwaniu czegoś podejrzanego. A było i to, dużo za dużo: tajne komplety organizowane przez Liceum i Gimnazjum im. Władysława IV, szkolenie uczestników Szkoły Niższych Dowódców AK „Wigier”, tata policjant działający w Ruchu Oporu, wspomniani dwaj radzieccy oficerowie, trochę prasy podziemnej…  Ale żeby nie być gołosłownym, zacytuję: „Dyrektor VIII Państwowego Liceum i Gimnazjum im. Króla Władysława IV w Warszawie pisze  w zaświadczeniu nr 156/46 z dnia 15.03.1946 r.: „Obywatel Fejge Wiktor, zamieszkały Warszawa – Praga przy ul. Targowej 46 m. 28, znany nam osobiście, udzielał nam swego mieszkania na lekcje w tajnych kompletach gimnazjum w latach 1942-1944. Grono uczniów uczących się było liczne. Składało się z chłopców w wieku 17-19 lat. Nauka odbywała się w godzinach wieczornych, co w okresie wzmożonej akcji prześladowczej okupanta w latach 1943-1944, narażało Wiktora Fejge i jego rodzinę na niebezpieczeństwo. Równocześnie komunikujemy, że opinia znanych nam ludzi pracujących w ruchu niepodległościowym, przez Niemców rozstrzelanych, była o ob. Fejge Wiktorze bardzo sympatyczna. Podpisali: dr Z. Usarek, F. Sparow – nauczyciel biologii, J. Pieniążek – nauczyciel języków obcych”. Tyle o tym starszym przodowniku z komisariatu na Targówku – naszym tacie.

 

Reklama

„Uciekaj durniu”

Ale zdarzyło się i tak: taty nie było w domu, ama dostała ataku wątroby. Była godzina policyjna. Pobiegłem do lekarza mieszkającego trzy domy dalej – odmówił przyjścia. Nie wiedziałem co robić – spotkałem na ulicy patrol żandarmerii wojskowej – wyjąkałem szkolną niemczyzną, że choroba, a on nie chce… Trafiłem na dobry humor „nadludzi” – lekarz w towarzystwie feldżandarma przyszedł do Mamy. Reakcją Mamy był następny atak wątroby. A tak chciałem pomóc…

Nasilał się terror. Łapanki przed którymi nie chroniły już legitymacje szkolne i wywożenie do Niemiec były przyczyną niepokoju o los nastolatka. Tata załatwił mi przez doktora Zbyszka Bakierowskiego, zięcia cioci Neli, pracę na kolei – Ostbahn. Z karty pracy – Bescheinigung nr 919.320/933 z 17.12.1943 r. wynika, że zostałem przyjęty do Abstellbahnhof II – Grochów (stacja dostawcza) w charakterze pomocnika warsztatowego. Opiekowali się mną następujący „robotnicy”: inż. Jarmurzyński (były pracownik Ministerstwa Komunikacji) i technik Rakowski – kierownik warsztatów (w latach 70-tych dyrektor DOKP Warszawa, typowany na ministra MK, zmarł w 1975 r.).

Reklama

Miedzy wszystkimi robotnikami, z którymi się zetknąłem panowała solidarność i współpraca przy robieniu „fuch”. Miałem dobre papiery, prawo do munduru kolejarskiego, 300 zł miesięcznie i dwie paczki machorkowych oraz codziennie zupę z mamałygi (równowartość 1-1,5 kg masła). Trzeba było znów zająć się szmuglem, ale już nie przy użyciu roweru. Różne to były „handle”. Raz wyprawa po tytoń do Lublina, z której wróciłem dosłownie ostatnim pociągiem. Raz wyprawa do Małkini, która się skończyła nie dostawą mąki, ale batami. W Radomiu było poważniej. Wybrałem się tam po spirytus oraz odwiedzić kuzynkę Makarską. Doszło do scysji z banszucami i poprowadzili pod ścianę. Uratował mnie ślązak, rówieśnik z Feldgandarmerie. Złapał za kołnierz i spod luf odprowadził na koniec peronu, mówiąc po polsku „uciekaj durniu”. Myślałem, że to koniec, że chciał się pobawić – jednak nie. Za dwa tygodnie zawiozłem mu pół litra spirytusu… Rajdy szmuglerskie umożliwiał mi mundur kolejarski i fikcyjne zwolnienie lekarskie, które wystawił mi Zbyszek Bakierowski.

 

Reklama

W konspiracji

Lata 1940-1943 wypełniały nauka i pomoc rodzinie: zakupy, zdobywanie żywności, prace domowe. Do Warszawy latem dojeżdżałem z Wołomina rowerem, czasem razem z tatą (dwa razy po 25 kilometrów). Na czytanie książek było już bardzo mało czasu. Czytało się namiętnie tajną prasę, śledziło na mapie „postępy i planowe wycofania” armii niemieckiej na wschodzie i zachodzie.  Chodziłem także na wykłady „doktorka” (nazwiska nie pamiętam) z dziedziny etyki, filozofii, fizjologii i seksologii. Pamiętam z tego okresu straszne przeżycie, jakim było zwiedzanie prosektorium. Siostra Barbara, już 10-latka, podlot – chodziła do szkoły przy ul. Wileńskiej w Warszawie, Tata pracował, mama gospodarzyła – żyliśmy, a los oszczędzał jeszcze rodzinę. W tym głodowym okresie pomagał nam wydatnie wujek (tata czasem dostawał złotego „półnuperiała”) i ciocia Nela (żywność kartkową).  Jednak rodzina żyła w narastającej grozie. Wokół łapanki, rozstrzeliwania, zsyłanie do obozów, męczarnie na Szucha – ale jeszcze wszyscy byli. Był to okres największego terroru okupanta i nasilenia akcji odwetowych ze strony Ruchu Oporu AK i AL.

Reklama

Do ruchu oporu Armii Krajowej wstąpiłem 6 marca 1943 roku. Przynależność organizacyjna - harcerski batalion AK „Wigry”. Przysięgę odbierał od nas (8-12 rówieśników) dowódca batalionu kpt. Eugeniusz Konopacki „Trzaska”. Zakres szkolenia obejmował przerabianie teoretyczne dowódców plutonu, ćwiczenia polowe w lasach otwockich i Radości (marsz na azymut, pozorowane walki, rozproszenia i koncentrację) pod  dowództwem kpr. pchr. „Józefskiego” i „Kocha”. Sporadycznie „ekstazy akcji” w Alei Szucha, na Placu Storynkiewicza itp. A swoją drogą twardą miał rękę ten kpr. pchr. „Koch”, twardą w czasie szkolenia i… Powstania Warszawskiego. Z chronologią jestem na bakier, ale jak tu ująć równocześnie i tematycznie i chronologicznie treść życia 18- 19-latka? Jak?

W sierpniu 1940 roku zacząłem uczęszczać na Państwowe Kursy Przygotowawcze do Szkół Zawodowych II stopnia nr 8 (Statlicher Vorbereitungalehrgang fur Fechschule), Warszawa ul. Grochowska nr 272, mieszczące się w gmachu byłego Instytutu Weterynarii. Legitymację szkloną nr 40/41 podpisał dr Z. Usarek. Na tych kursach zespół profesorów przedmiotowego gimnazjum zorganizował tajną naukę z zakresu III i IV klasy, łącznie z małą maturą. Wykładali profesorowie: Usarek, Pieniążek, Sparow. Na wypadek wizytacji przez Niemców mieliśmy zawsze na ławkach książki do religii, niemieckiego, kreśleń itp. Wpadki w ciągu dwóch lat nie było. Małą maturę konspiracyjną uzyskałem w 1943 roku.

Reklama

Trochę za dużo jak na 17-latka: tajne komplety, praca na kolei, uczęszczanie do Szkoły Niższych Dowódców AK, wyjazdy „za handlem”, a była już i jakaś sympatia. Tym razem dr Zbyszek Bakierowski dał już nie fikcyjne zwolnienie z pracy od 22.04.1944 r. do 15.08.1944 (Krankenschein nr 85 z dnia 22.04.1944) z rozpoznaniem „nerwica”. Podpisali komisyjnie dr Stępień i Jefremienko.

 

Godzina „W”

Sześć dni przed ogłoszeniem godziny „W”, 27 lipca 1944 roku, jechałem rowerem z Wołomina do Warszawy na koncentrację – jechałem ścieżką wzdłuż torów kolejowych. Równolegle płynęły polami watahy pokiereszowanej „wielkiej armii”. Przemieszani, bezładni Niemcy, Kałmucy i Węgrzy – parli ku Warszawie. Dojechałem. Koncentracja naszego II plutonu „Wigier”, pod dowództwem por. „Andrzeja”, miała miejsce na Starówce, chyba przy ul. Wąski Dunaj.

Reklama

Po trzech dniach wyszliśmy na ulice umajone barwami narodowymi, w opaskach biało-czerwonych i pod bronią (80% miało granaty zidolówki i butelki zapalające). Wybiła godzina „W”.

Pierwszego i drugiego sierpnia maszerowałem z batalionem do Puszczy Kampinoskiej w celu „dozbrojenia się ze zrzutów”. W drodze rozkaz został odwołany. Zostaliśmy na Woli w czasie szturmu oddziałów Reinefahrta na cmentarze ewangelicki i powązkowski. A potem były kolejne walki w rejonie ulic Długosza i Tyszkiewicza, bój z załogą niemieckich ciężarówek przy ul. Obozowej i Ostroroga. Zginął wtedy m.in. „Gryg” i „Szary”, mój imiennik, bo ja także miałem pseudo „Szary”. Byliśmy nie ponumerowani… I tak bywało.    

Reklama

W czasie ataku psychologicznego, kiedy nasza tyraliera bez wystrzału napierała na Niemców, a oni strzelali i uciekali. Tak to wojowałem z granatem w ręku, bo broń mieli nieliczni, najlepsi. Potem były walki w rejonie „czerwonego domu”, zbombardowanego przez sztukasy – wtedy został ciężko ranny m.in. por. „Wojnicz”.

Na rozkaz dowódcy batalionu kpt. „Trzaski” wszyscy wigierczycy, bez broni palnej przechodzą na Starówkę. Przez gruzy getta gromadką dotarliśmy… Po drodze bezbronnej gromadzie nie przyszli z pomocą inni szaro-szeregowi, nawet ci z legendarnej „Zośki”. Niech Bóg im daruje i… historia.

 

Podróże kanałami

Po reorganizacji, od 6 do 26 sierpnia uczestniczyłem w obronie Katedry Św. Jana. Już z „błyskawicą” w ręku, a nie z granatem czy butelką. Na ul. Kanonii byłem pierwszy raz raniony w bok. Nastąpiło kilkudniowe wyłączenie ze służby, bo rana lekka, w bok – a nie jak u Janka Piątkowskiego „Masalskiego”, przestrzał przez głowę.

W lewej nawie Archikatedry wmurowano w listopadzie 1966 r. tablicę pamiątkową z napisem: „W murach tej katedry oraz w walkach na Woli, Starówce i Śródmieściu w czasie Powstania Warszawskiego w 1944 roku honoru Polski bronili żołnierze batalionu harcerskiego Armii Krajowej Wigry. Niechaj potomni nie zapomną”.  

W wyniku wybuchu „czołgu-pułapki”, który eksplodował 13 sierpnia przed budynkiem Kilińskiego 3 , zginęło z „Wigier” 10 osób, rannych było 59 osób. Sam także oberwałem szkłem w kolano. Obrona w rejonie ul. Brzozowej kojarzy się ze śmiercią Janka Piątkowskiego oraz Derkuczewskiego, „Sokoła”, którego Janek ratował. Uwiecznił ich K. Kąkol w „Misji na w`yspie Sylt” (str. 243).

Pokonywałem 2, albo 3-krotnie kilkugodzinne wędrówki kanałami ze Starego Miasta do Śródmieścia, jako ochrona zbrojna łączniczki z Komendy Głównej AK i przewodnik Żyda uwolnionego przez nas z obozu na Gęsiówce.

Przebicie się Starówki do Śródmieścia, 31 sierpnia i bój na ul. Bielańskiej, to najkrwawsze i najbardziej niefortunne (poza uderzeniem na Dworzec Gdański) akcje powstania w tym rejonie. Z mojego II plutonu porucznika „Andrzeja” zginęli m.in. „Skóra”, „Leszek”, „Moskito II”, „Bąk”, „Dąbek”, kilkunastu było rannych. Z kilkudziesięciu zostało nas kilku i to też rannych. Wtedy, w gruzach na ul. Bielańskiej zostałem kontuzjowany w głowę. Z całego batalionu „Wigry” przedarł się wtedy tylko jego dowódca kpt. E. Konopacki „Trzaska”.

 

Dzień kapitulacji

Epopeja nasza na Starówce zakończyła się kilkugodzinnym przejściem kanałami do Śródmieścia z włazu przy ul. Wareckiej. Potem kilkudniowy odpoczynek na Placu Dąbrowskiego i da capo (powtórka): od 2 do 6 września walki obronne w rejonie zachodniego Dworca Pocztowego i od 7 do 18 września obrona stała pododcinka „Radzymin” (ulica Marszałkowska 172, 170, 168 i Królewska  31, 33, 35).

W dniu kapitulacji, 3 października batalion „Wigry” zostaje wcielony w skład 36 pp Legii Akademickiej, tworząc 9 Kompanię. Na 600-osobowy stan batalionu 7 października 1944 roku straty wynosiły: poległych 150, zaginionych 180, rannych 200 . To bilans „63 dni wigierskich”.

Po okresie doroślenia, nastąpił nowy etap. Staliśmy się starzy, ci nieliczni, którzy zostali. Fautzett powiedział: „najgorzej jest tym, co zostali” – chyba miał rację.

Po kapitulacji nastąpił wymarsz do Ożarowa, jazda w nieznane bydlęcymi wagonami, po sześćdziesiąt osób w jednym wagonie. Najpierw Stalagi: Vallingbastell XI B, Dorsten VI J – nr jeniecki 140.883 (pod holenderską granicą). Głód, wszy, druty, nostalgia za rodziną i krajem, pomyłkowe bombardowania przez aliantów.

Nieco „lepsze warunki” były w Westwalli Kemano Pracy (arbeitakoenmand nr 327) w Krefeldzie.

 

Życie obozowe

Ponieważ w październiku i listopadzie 1944 r. front radziecko – niemiecki przebiegał wzdłuż Wisły, kontakt z rodziną był niemożliwy. Napisałem do wujostwa Herników z Radomia, z prośbą o informację o domu i ewentualną paczkę żywnościową. Odpowiedź otrzymałem 21 listopada 1944 r., na znormalizowanej „Antwrt – Postkarte” nr 927. Wujek Bronek pisał: „Kochany Janku, za Szanownych Państwa masz burę. A teraz paczkę jedną wysłaliśmy Ci i druga też w drodze; w miarę możliwości będziemy ci pomagać…”  Faktycznie kilka paczek (cebula, suchary, tłuszcz) otrzymałem… i nie dostałem suchot (pod koniec powstania to już żyto, psy i koty żarliśmy…). Wujostwu po wyzwoleniu zrewanżowałem się tylko symbolicznie – dług pozostał niespłacony.

Od grudnia 1944 roku jesteśmy w Krefeldzie – stan 120 osób, w tym kilkunastu z „Wigier”. Obóz w miniskali, jeden barak jeniecki, drugi dla Wachmanów, całość otoczona drutem kolczastym, plus jedna wieżyczka z karabinem maszynowym – to nasz dom na trzy miesiące. Towarzyszyła temu praca przy rozładowywaniu wagonów, odgruzowywaniu i przy kopaniu przeciwczołgowych rowów. Wyżywienie już lepsze - od czasu do czasu paczka z UNRA, dodatkowy talerz w czasie dwunastu godzin pracy.

Były także i urozmaicenia. Dywanowy nalot superfortec USA, z równoczesnym stosowaniem bomb fosforowych (coś jak napalm współczesny). Po nalocie nie można było wyjść z piwnicy, bo paliło się wszystko, nawet asfalt na ulicach. Po nalocie cała dzielnica Krefeldu przestała istnieć. Nasz barak w czasie nalotu uszkodzony został po użyciu tzw. Luftmin. Po takim nalocie domy pozostawały nietknięte, lecz pozbawione dachówek, futryn, okien…

 

Odzyskanie statusu człowieka

Na przełomie lutego i marca front aliancki zbliżył się na odległość około 50 km od Renu. W związku z tym popędzono nas w kierunku wschodnim do Hanoweru – dystans ok. 600 kilometrów. Szliśmy prawie dwa miesiące, do kwietnia 1945 roku. Wyżywienia żadnego, tylko resztki paczek UNRA i kradzione po drodze z pól buraki, resztki zboża ze stodół, w których nocowaliśmy.

Chaos ogarnął III Rzeszę, agonia hitleryzmu już się zaczynała. Przydziałów żywności nie było nawet dla dwudziestu naszych Wachmanów, którzy coraz mniej chętnie nas konwojowali. Dla nas była to ostatnia obrona przed rozbestwionymi SS, SP i smarkaczami z Velkstumu, którzy nie omieszkaliby rozprawić się z cywil-bandą z opaskami, uznanych przez rząd kombatantów, a dla nich będących tylko Banditen von Warschau. Paradoksalna sytuacja, Niemcy bronili nas przed faszystami.

Trzymaliśmy się we trojkę z Heńkiem Modzelewskim „Łosiem”, kolegą z kompletów Władysława IV oraz z Ryśkiem Grzybowskim „Grzybowskim”. Łączyły nas walka, przeżycie, a najbardziej duża zardzewiała puszka, w której gotowało się to, co się ukradło z pól i stodół w czasie marszu. Szliśmy te swoje 600 km trasą: Krefeld, Essen, Dortmund, Bielefeld, Hameln am Weser. Głód był straszny. Niektórzy „zmuzułmanieli”, wszy trzech rodzajów żarły, zostawiając krwiste płaty zjedzonej skóry – a front postępował ciągle za nami. Część kolegów uciekała, niewielu to jednak się udało. Rozwiązanie było proste, jak się mówiło w powstaniu – „czapa”. Szliśmy… i szliśmy.

Pod Hameln nad Wezerą dostaliśmy się do amerykańskiego pancernego kotła. Uratowaliśmy Wachmanów, którzy ratowali nas. Euforia – koniec męki, za „my pabiedili”. Nowe mundury, parę przy okazji trupów SS, palenie zawszonych łachów cywilnych z piwnic warszawskich rodem, intensywne odżywianie – uzyskanie statusu człowieka.

Początkowo dostaliśmy blok w koszarach, gdzie mieścił się obóz cywilny „DP” – wielonarodowościowy. Potem stary browar na peryferiach miasta – tu powstał Polish Military Camp nr 115. Do niedawna numer 140.883 stawał się stopniowo człowiekiem – awansował był na old class privet cadet (starszy strzelec z cenzusem). Początkowo była to strefa okupacyjna amerykańska, potem angielska. Wszy już nie żarły, żarła nostalgia za rodziną i krajem.

 

Do Brooklynu, czy ojczyzny?

Tryb życia określały teraz apele, ćwiczenia z bronią, sport, dobre wyżywienie i… wieczory przy radiu… co mówi Warszawa. Niemcy zabili któregoś z Polaków w mieście. To był już pierwszy etap fraternizacji. Zhardzieli, już znów patrzyli spode łba… W odwet kilka tysięcy obcokrajowców dokonało „pogromu miasta”. Nie pomogły Military Police i wozy pancerne. Potem znów naszą grupę ostrzeliwał wiokorem Hitlerjugend. Daliśmy im do wiwatu, jak mawiał „Koch”.

Do obozu przyjeżdżali „maczkowcy” z Mepen i oficjele od Andersa, namawiali do zostania, do wyjazdu do Włoch i powrotu do Kraju „pod sztandarami”, kusili podchorążówką w Casablance lub skierowaniem do Korpusu okupacyjnego w Japonii za 5-10 tysięcy dolarów i obywatelstwem amerykańskim. Zaczęły się intrygi, koteria Polskiej Misji Wojskowej. Ktoś przywiózł jako swoją żonę, żonę kontradmirała Świrskiego. Ktoś namawiał, żeby raczej iść do Bohmia z NZZ. Stacjonowali oni w Monachium, wyposażeni w amerykańskie czołgi i …czekali.    

Oficerom przestaliśmy wierzyć już w czasie powstania, a to zastanawiająca nieudolność operacyjna podczas „zdobywania” Dworca Gdańskiego, czy przebicie ze Starówki do Śródmieścia. A to wysłanie kadrowych batalionów Radosława na Wolę, zamiast użycia ich do zdobywania podstawowych punktów oporu Niemców w centrum Warszawy. A to wysłanie „na wschód” 900 pistoletów maszynowych przed samym wybuchem powstania. Dla Warszawy zostały zaciśnięte pięści i granaty. A to iluzoryczna pomoc z Zachodu i brak kontaktów ze Wschodem.  Zdarzało sie i to najgorsze – obraźliwe proponowanie nam podoficerom i szeregowym pójście do oflagu na „dzieńszczyków” panów oficerów. Wybraliśmy jednak Stalagi.

Ja nie miałem w dalszym ciągu wiadomości z domu. Dostałem od  kapitana Karola Wartha (starego KOP-isty), Komendanta Ośrodka, stałą przepustkę i zacząłem szukać rodziny w obozach od Hamburga i Lubeki po Kassel, Monachium, Frankfurt, Goslav. Wyposażenie na drogę stanowiły: butelka wina, parę czekolad i dwa pistolety ( w tym Beretta 9 mm). Środki lokomocji to wojskowy autostop. W czasie tych wojaży poznałem Węgierkę J.G. z obozu w Bergen – Belzen, wykształconą, amatorską – sympatia wojenna. Coś tam „nie wyszło”, ja chciałem do Polski, ona do USA, miała tam rodzinę w Brooklyn. Odleciała z Frankfurtu do swoich.

 

List z Gryfina/Greifenhagen

W lutym 1946 roku dostałem w końcu list od taty pisany w grudniu 1945 roku, „Nr 2062 – sprawdzany przez cenzurę wojskową – zwrot do miejsca wysłania”. Tata pisał m.in. „Ja tu jestem w Gryfinie, a Mama z Basią w Wołominie – mają tu przyjechać. Nasza Rodzina rozproszona. Piątkowskich dwóch nie żyje. Wujek Stefan jest w Warszawie, Kazik zmarł w Kielcach, Adamowie są w Gdyni, Bierzyńscy osiedlili się w Radomiu”. Następny list datowany 7 marca 1946 roku o treści identycznej zadecydował o moim wyjeździe do ojczyzny.

Jadę do kraju wbrew restrykcjom, namowom i argumentom, że jadę „na białe niedźwiedzie”. W międzyczasie przenieśli nasz obóz do Peine-Meerdorf koło Hanoweru – baraki na pustkowiu wrzosowisk.

W zaświadczeniu nr 20/52 z 8.04.46 dr med. K. Birkenthal stwierdził, że „zostałem uznany za zdolnego do transportu repatriacyjnego”. Z grupą kolegów powstańców wyjechaliśmy do Lubeki do obozu repatriacyjnego, a dalej już statkiem „Rotenfelzen” do Szczecina, był to 16 kwietnia 1946 roku. Powrót do Kraju po dziewiętnastu miesiącach.

Przywitał nas port „za drutami”. Rewizji nie robiono, kazano nam tylko oddać broń i krótkofalówki i przewieziono znów „za druty” do Punktu Repatriacyjnego w Szczecinie. Zaczęliśmy być niespokojni, że coś za dużo „tych drutów”. Otrzymałem nowe zaświadczenie nr 399.839 z 17.04.46 że „przybywam z Niemiec do Polski” i zobowiązany jestem po przybyciu do miejsca zamieszkania w ciągu trzech dni zameldować się w MO”.

To był wielki dzień – Dom był teraz w Gryfinie nad Odrą. Przeżyło się! A tyle było sytuacji, w których niewielkie szanse były na przeżycie. Całowałem mamę, tatę i Barbarę – siostrę, która wyrosła już na 12-letniego podlota.

Referent Kryminalny Służby Śledczej Powiatowej Komendy w Gryfinie Wł. Wolski stwierdził, że „mogę być przyjęty w stan ewidencji, a vice starosta gryfiński podał, że „w czasie okupacji byłem lojalny wobec Państwa Polskiego i nie byłem zapisany do żadnej z grup uprzywilejowanych narodu niemieckiego” – hm…

Na zakończenie niech mi będzie pozwolone… 26 kwietnia 1980 roku byłem u kpr. pchr. „Kocha” z Wigier – Kazimierza Kąkola, ówczesnego Ministra ds. Wyznań i członka KC PZPR. otrzymałem jego książkę dla Taty „Na szlakach dywersji” z dedykacją: „W. Panu Wiktorowi Fejge, ojcu mojego przyjaciel i towarzysza broni, Janka „Szarego”, z wyrazami szacunku K.K.”.  Ten okazał się też lojalny wobec przeszłości.

 

Jan Fejge „Szary”

Wrocław 1983

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 01/08/2024 18:47
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama