Reklama

Ułan Solecki z Gryfina - historia uczestnika Bitwy Warszawskiej i Bitwy o Monte Cassino.

W sierpniu opublikowaliśmy na łamach Gazety Gryfińskiej wspomnienie po Władysławie Soleckim, żołnierzu Piłsudskiego, który brał udział w wielu ważnych bitwach. Z okazji święta niepodległości przypominamy tego zapomnianego gryfinianina

Przed trzema laty opublikowaliśmy artykuł, w którym przypomnieliśmy sylwetkę Wacława Ławickiego. Ułana, kawalera orderu Virtuti Militari, który walczył z bolszewikami a po wojnie zamieszkał w naszym mieście. Otrzymaliśmy wówczas głosy, że prawdopodobnie nie był jedynym „gryfińskim uczestnikiem” Bitwy Warszawskiej.

- W 1920 roku walczył chyba także Solecki. Jego rodzina do dziś mieszka w Gryfinie – przekazało nam dwóch czytelników, sugerując że warto podjąć trop.

Prawdą okazało się, że najciemniej bywa pod latarnią. O ułanie Soleckim można przeczytać w „Pionierach Gryfina”, czyli książce wydanej przez… Gazetę Gryfińską.

Reklama

- Mój ojciec walczył w Legionach Piłsudskiego – powiedział w niej Edward Solecki.

Okazuje się, że nie tylko tam.

- Gdy byliśmy mali, ustawiał wszystkie dzieci w rządku i mówił, żebyśmy śpiewali „Czerwone maki na Monte Cassino” – wspomina Joanna, wnuczka Władysława Soleckiego.

- Był bardzo dumny ze swojego udziału w Bitwie o Monte Cassino. Często opowiadał o tamtym czasie, a gdy zmarł w 1977 roku, pochowaliśmy go na gryfińskim cmentarzu z orderem, który wtedy otrzymał - dopowiada jej mama.

 

Walczył, ale gdzie?

Reklama

Henryka Pacak jest jedynym żyjącym dzieckiem Władysława Soleckiego i jego żony Rozalii.

- A była nas cała gromadka. Łącznie siódemka, z czego jedna siostra zmarła, gdy byliśmy na Syberii – opowiada 85-latka.

Podczas rozmowy zastrzegła, że „pamięć już nie ta”, a o pewnych rzeczach w domu się nie mówiło.

- Mama cierpiała na nerwicę i stany lękowe. To przez to, że wojnę spędziliśmy w Rosji, bez ojca, który w tym czasie walczył na froncie. Byłam dzieckiem i pamiętam, jak trudne to były czasy. Mama później nie wracała do nich. W ogóle rzadko mówiła o przeszłości. A tata przeważnie o Monte Cassino. Dlatego nie wiem praktycznie nic o jego dzieciństwie, dziadkach i tym jak wyglądało jego życie zanim poznał mamę – przyznała Henryka.

Reklama

Wiadomo, że Władysław Solecki urodził się w 1898 roku w Iłży, mieście znajdującym się historycznie w Małopolsce, na północnym krańcu Wyżyny Kieleckiej. Niewykluczone, że miejsce zamieszkania zdefiniowało jego życiowe losy i umocniło poczucie patriotyzmu. Po III rozbiorze Polski Iłża przechodziła z rąk do rąk. Początkowo leżała w granicach zaboru austriackiego, w latach 1809-15 należała do Księstwa Warszawskiego, a po jego upadku znalazła się w Królestwie Kongresowym, w zaborze rosyjskim. 9 sierpnia 1831 r. doszło tam do zwycięskiej dla powstańców bitwy powstania listopadowego. Ponownie wojska polskie i rosyjskie spotkały się w mieście 17 stycznia 1864 r. podczas jednej z bitew powstania styczniowego. Po jego upadku, na skutek carskich reperkusji, Iłża utraciła prawa miejskie. Działania wojenne nie ominęły miasteczka także podczas I wojny światowej.

- Dziadek opowiadał, że walczył na jej frontach, ale więcej na ten temat nie wiem. Ani w jakich bitwach, ani w jakiej armii – przyznaje wnuk Andrzej Śliwiński.

Reklama

Nieznane są też fakty związane z jego uczestnictwem w wojnie polsko-bolszewickiej. Udział Władysława Soleckiego w walkach z Rosjanami nie ulega wątpliwości ze względu na późniejsze benefity i honory. Mowa bowiem o osadniku wojskowym, o czym będzie jeszcze kilka zdań.

- Dziadek walczył w wojnie 1920 r., ale w jego opowieściach znacznie częściej przewijała się II wojna światowa i Monte Cassino. To o tym stale opowiadał – przyznają jego bliscy.

- Jako dzieci mało się interesowaliśmy konkretnymi zdarzeniami, więc nie pytaliśmy o szczegóły. A jeśli już dziadek o nich opowiadał, to było to tak dawno, a my byliśmy zbyt mali, by to zrozumieć – mówi wnuczka Joanna, dodając, że w pamięci rodziny zapisało się jedno wspomnienie sprzed stu lat.

Reklama

Dotyczy Józefa Piłsudskiego.

- Janka Solecka, czyli córka Władysława, gdy była małą dziewczynką została pogładzona po policzku przez Piłsudzkiego, który odwiedzał osady wojskowe i witał się z ich mieszkańcami – przytacza Joanna.

 

Osadnik wojskowy

Po demobilizacji nie wrócił do Iłży, bo nie było większego sensu. W 1915 r., w czasie walk niemiecko-rosyjskich, miasto ponownie uległo zniszczeniu. Po wojnie do zamieszkania nadawały się zaledwie dwa domy w rejonie kościoła. Reszta potrzebowała natychmiastowego remontu. Tymczasem Piłsudski, w podziękowaniu za zatrzymanie bolszewików, nadał swoim żołnierzom w posiadanie ziemie na kresach wschodnich. Chodziło nie tylko o wynagrodzenie ich wysiłku i docenienie zasług. Zgodnie z zamysłem Marszałka byli wojskowi, mieszkający tuż przy granicach II RP, w razie wybuchu kolejnego konfliktu mieli stanowić pierwszą linię oporu przed wrogiem. Mowa wszak o mężczyznach w sile wieku i doświadczonych w bojach. Po II wojnie światowej z identycznego rozwiązania skorzystali komuniści, wyznaczając dziewięć powiatów przygranicznych, w tym Gryfin, pod obszar tzw. osadnictwa wojskowego.

Reklama

W ten sposób, w 1920 r., Władysław Solecki wszedł w posiadanie 20 hektarów ziemi w gminie Jeziory (powiat Grodno, województwo białostockie). Istnieje pewna rozbieżność co do nazwy wsi. Edward Solecki mówił o osadzie Reduta, zaś w spisie osadników wojskowych, przy nazwisku Władysława wypisana jest Hubinka, która znajdowała się cztery kilometry dalej.

- Być może w międzyczasie doszło do zamiany, bo ja urodziłam się w 1938 r. w Reducie i tam mieszkaliśmy – mówi Henryka, dodając, ze jej rodzice poznali się w latach 20. XX wieku właśnie na Białostocczyźnie.

Reklama

- Tata był ułanem. Bardzo kochał koniec i z tego co opowiadała mama, przyjeżdżał do niej właśnie na koniu. Tak się zapoznali – wspomina ich córka Henryka.

Młode małżeństwo i ich potomkowie, mieli w swojej osadzie jak u pana Boga za piecem.

- Dziadek opowiadał o ich domu i zabudowaniach, jako o rodzinnym majątku. Mieli pole, zwierzęta a nawet parobków. Gdy przyszli Rosjanie, z tego względu zaczęto nazywać ich kułakami – przytacza wnuk Andrzej Śliwiński.

 

Na syberyjskiej zsyłce

Życie w osadzie wojskowej miało też swoje złe strony. Zwłaszcza po wybuchu II wojny światowej, gdy powiat grodnieński znalazł się w terytorium ZSRR.

Reklama

- Gdy wybuchła wojna mojego ojca aresztowali komuniści. Żołnierze rosyjscy przyszli do naszego domu i kazali ojcu stać godzinami nieruchomo pod ścianą. Powiedzieli, że osadnika wojskowego z Legionów Piłsudskiego należy rozstrzelać. Rosjanom chodziło o to, by nas zniszczyć. Z tego powodu zostaliśmy wywiezieni przez Stalina na Sybir – opowiadał Edward Solecki.

To dzięki jego relacji znamy wojenne losy rodziny.

- Nasza rodzina została zawieziona na saniach na najbliższą stację kolejową. Nazywała się Żydomla. Tam załadowali nas do bydlęcych wagonów. W jednym lokowano średnio pięć rodzin wysiedlanych osadników, leśników i polskich policjantów. Przez pięć dni czekaliśmy na wyjazd bez jedzenia i picia. Już wtedy wiele osób zmarło, szczególnie starszych. Podobnie było w czasie podróży. Nie mogliśmy ich pochować, więc byli jedynie wyrzucani przez dziury w ścianach jadącego pociągu. Ostatecznie trafiliśmy do lasu w województwie mołotowskim. Było bardzo zimno. Otworzyli wagon i powiedzieli, że mamy sobie wybudować domy. Ten las stał się nowym miejscem zamieszkania dla kilkudziesięciu osób. Pracowaliśmy tam przy wywózce drewna. Do naszych zadań należało ścinanie drzew, oczyszczanie z kory i załadunek. Małe dzieci dostawały 200 gramów chleba dziennie, a dorośli po 500 gramów. By nie głodować, wykopywaliśmy z ziemi korzenie. Na nich gotowaliśmy zupy. Często lizaliśmy sól, by nie czuć głodu. O ucieczce stamtąd nie było mowy, bo grożono nam zastrzeleniem. Poza tym ucieczka nie była możliwa, bo to była przecież tajga. Groziła tam śmierć z głodu i zimna lub rozszarpanie przez dzikie zwierzęta – czytamy w książce „Pionierzy Gryfina”.

Reklama

Soleccy cierpieli na wygnaniu wielki głód i nędzę. Nie wszyscy członkowie rodziny zdołali dostosować się do tych warunków.

- Tam zachorowała moja najmłodsza siostra. Zmarła w wieku trzech lat na moich rękach. Mróz był tak wielki, że udało mi się ją pochować jedynie w dziurze wykopanej w śniegu pod jednym z drzew – opowiadał Edward Solecki, dodając że pozostali przeżyli jedynie cudem.

 

Żołnierz Andersa

Światełko zapaliło się w sierpniu 1941 r., gdy zawarto w Moskwie umowę wojskową pomiędzy Polską a Związkiem Sowieckim. Zakładała ona utworzenie w ZSRR armii, złożonej z deportowanych obywateli polskich. Po wprowadzeniu amnestii, obywatele Polski ruszyli z gułagów i specposiołków w kierunku Buzułuka (obecnie w obwodzie orenburskim), gdzie zaczęła formować się Armia Andersa. W jej szeregach znalazł się też Władysław Solecki.

Reklama

- Mama bardzo płakała, gdy ojciec przyszedł i powiedział, że zgłasza się na ochotnika i będzie walczyć w wojsku Andersa. Mama bała się, mówiła, że nie da sama rady z gromadą dzieci, ale tata powiedział, że musi walczyć o Polskę. Obiecał, że jeśli będzie tylko mógł, to będzie przesyłał prowiant, żeby było nam łatwiej – wspomina 85-letnia dziś Henryka.

Obietnicę spełnił.

- Dziadek opowiadał, że gdy walczyli już we Włoszech, to dostawali dużo pieniędzy żołdu. Bawili się, pili, ale w miarę możliwości wysyłał wsparcie rodzinie – mówi wnuk Andrzej.

Położenie pozostałych Soleckich również uległo lekkiej poprawie.

- To za sprawą najstarszej siostry Janiny, która trafiła do armii Wandy Wasilewskiej. Dzięki temu, podobnie jak wszystkie rodziny, które tam miały tam swoich członków, trafiliśmy na dwa lata na Ukrainę. Dostaliśmy tam pracę i jedzenie. To był czas, gdy Niemcy w wyniku działań wojennych zaczęli wycofywać się na zachód – opowiadał n naszych łamach Edward Solecki.

Starszy strzelec Władysław przeszedł natomiast z Andersem cały szlak bojowy: z Iranu przez Irak, Syrię, Palestynę, Egipt do Włoch. Jako członek 16 Kompanii Zaopatrywania uzyskał Krzyż Monte Cassino (nr 28254).  To właśnie z nim został pochowany.

- Pamiątek z tego okresu było znacznie więcej. Miał cały kufer dyplomów i medali. Wyciągał je i pokazywał, opowiadając o tym, jak wyglądała jego droga do Włoch. Później wszystko poginęło – przyznaje wnuk Andrzej, od którego udało nam się „wyciągnąć” kilka zdjęć. Pozostałe miały zostać zniszczone przez „inną część rodziny”, w okolicznościach, o których nie wypada publicznie pisać.

 

W Gryfinie

Po wojnie nie mieli gdzie wracać. Wojskowa osada, w której mieszkali przed wywózką, znalazła się na terytorium dzisiejszej Białorusi. W maju 1945 r. znajdowali się na terenie Ukrainy, skąd rozpoczęli podróż do ojczyzny. Pociąg jechał przez Kędzierzyn Koźle, a następnie skierował się w „górę”, w stronę „Ziem Odzyskanych”.

- Trafiliśmy do małego majątku Wirów. Nie wiem dlaczego właśnie tam nas skierowano. To było w marcu 1946 r. – przyznaje Henryka Pacak, dodając, że w pierwszych miesiącach nie było z nimi ojca.

Po wojnie Władysław Solecki nie od razu wrócił do ojczyzny.

- Ojca odnaleźliśmy w Anglii dzięki Czerwonemu Krzyżowi. Mama pisała mu w listach jak ciężka jest nasza sytuacja życiowa i że musi wrócić – przytacza jego córka.

Żołnierze Anders, którzy po wojnie skryli się na Wyspach Brytyjskich, wiedzieli jaka sytuacja panuje w kraju. Władysław miał prawo obawiać się, czy po powrocie do ojczyzny będzie mógł prowadzić normalne, spokojne życie. Pierwotnie jego celem było sprowadzenie całej rodziny do siebie. Gdy okazało się to trudne do zrealizowania, w 1947 r. wsiadł na statek i kilka tygodni później zjawił się w Wirowie. Nie zagościł tam długo.

- Tata uznał, że musimy przenieść się do miasta. Postarał się o domek w Gryfinie. Dostaliśmy przydział na Grajdołku, przy ul. Armii Czerwonej (dziś Armii Krajowej – przyp. red.). Patrząc od miasta był to wtedy ostatni domek, a pierwszy jadąc od Wirowa. Tata dostał siedem hektarów, konia i chyba krowę – wspomina Henryka, nazywając tamte czasy bardzo trudnymi.

- Ten do, to było coś strasznego. Przedwojenny, w którym wszystko się psuło. Trzy pokoje,  a nas sześcioro oraz rodzice. Bywało ciężko, nie było mowy o żadnych luksusach – tłumaczy.

Najważniejsze jednak, że wszyscy Soleccy znów znajdowali się w jednym, względnie bezpiecznym miejscu.

 

Mówił o wojnie i płakał jak dziecko

Władysław Solecki miał prawo obawiać się, że w  Polsce Ludowej spotkają go reperkusje za „wojenną przynależność wojskową”. Do więzienia trafił, ale ze zgoła odmiennego powodu.

- Trafił do więzienia za nieuprawianie całości tej ziemi i nieoddanie państwu odpowiedniego kontyngentu. Sprawa wtedy była prosta: do 5 września należało zboże wymłócić i oddać określoną ilość upraw. Gdy ktoś się z tym spóźniał, a nie było to trudne ze względu na niewielką liczbę maszyn w okolicy, to władza ludowa uznawała takiego rolnika za kułaka i zamykała w więzieniu. Ojciec przesiedział w ten sposób dwa dni – opowiadał na łamach Gazety Gryfińskiej śp. Edward Solecki.

Bliscy zapamiętali go jako przedstawiciela przedwojennego świata.

- Był wspaniałym człowiekiem, który bardzo ufał ludziom. Czasami aż za bardzo. Pamiętam jak w latach 60. stawał przy płocie. Wtedy na ulicach było praktycznie bez ruchu. Mało samochodów, czasami przejechała jakaś furmanka. Ktoś przechodził, dziadek zapraszał go do domu. Ile razy ktoś go okradł… Pewnego razu jakiś mężczyzna zabrał mu wszystkie garnitury. Mimo to nie tracił wiary w ludzi. Do każdego odnosił się przyjacielsko, każdego lubił. Był bardzo towarzyski – wspomina wnuk Andrzej.

Podobne sceny zapamiętała też córka Władysława.

- Do ojca często przychodził taki urzędnik, nie pamiętam nazwiska. Bardzo interesował się wojskiem, bitwami podczas II wojny światowej. Prawie każdego wieczora ojciec siadał z wieczorem i opowiadał. O Sikorskim, o Andersie. O tym jak krew lała się w bitwie o Monte Cassino. Jak padali koledzy, którzy znajdowali się przed nim. Widział to dokładnie. Umierali na jego oczach – opowiada Henryka.

Wspomnienia wojennych czasów rozczulały gryfińskiego weterana.

- Gdy mówił o wojnie, to płakał. Zwłaszcza, gdy popili i zaczynały się śpiewy. Ktoś zaczynał „Czerwone maki na Monte Cassino”, a dziadek Władek ryczał jak dziecko. Tamte chwile zapisały się w nim na zawsze, wobec czego żyliśmy w klimacie tych wszystkich wojennych opowieści – przyznaje Andrzej Śliwiński. 

- Dziś myśląc o dziadku widzę jego wzruszenie, gdy śpiewaliśmy o czerwonych makach. Lubił opowiadać kawały. Był bardzo pogodnym człowiekiem, zawsze uśmiechniętym, do swoich ostatnich dni – dopowiada wnuczka Joanna.

Władysław Solecki zmarł 1 stycznia 1977 r. Spoczął na Cmentarzu Komunalnym w Gryfinie.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama