Reklama

Taki los spotkał Żydów z Greifenhagen

Na prośbę uczestników dwóch dzisiejszych spacerów śladami Żydów z Greifenhagen, publikujemy nieodpłatnie cały cykl "Jaki los spotkał Żydów z Greifenhagen", który ukazywał się na naszych łamach wiosną poprzedniego roku. Ostrzegamy: sporo czytania

 

W XX wieku Żydzi stanowili w Greifenhagen niewielką, lecz zauważalną społeczność, która jak dotąd nie doczekała się szerszego opracowania. Decydująca okazała się nie tylko polityka nazistów, ale również wydarzenia, które nastąpiły po zakończeniu II wojny światowej. Przemiana Greifenhagen w Gryfino sprawiły, że pamięć o „żydowskich sąsiadach”
i miejscach, w których funkcjonowali, uległa całkowitemu zatarciu. W mieście wciąż można jednak znaleźć materialne ślady ich życia i działalności. Korzystając z ksiąg adresowych, planów miasta, fotografii oraz dokumentów z niemieckich, izraelskich i amerykańskich archiwów, podjęliśmy próbę odtworzenia dziejów tej grupy, a także poznania losu, który spotkał jej przedstawicieli

Reklama

-----------------------------

W 1933 roku Herbert Marcuse miał 35 lat i całą sławę przed sobą. Jego poglądy zostały dostrzeżone przez szersze grono trzy dekady później, za sprawą dwóch prac. Rozum i cywilizacja (wyd. 1951) i Człowiek jednowymiarowy (wyd. 1964) sprawiły, że niemiecko-amerykańskiego filozofa (był obywatelem USA od 1940 r.)  uznano za sztandarową postać Nowej Lewicy. Mimo, że on sam odżegnywał się od tego typu ocen, w kręgach lewicowych mówiono o „trzech M”, których działalność i myśl  miały dać „fundament ideowy dla rewolucji politycznej i obyczajowej”. Pod tym inicjałem kryli się Mao, Marks i właśnie Marcuse. Niemieckiemu myślicielowi nie podobało się takie ujęcie sprawy. Jak napisał w On The New Left: „Nie jestem odpowiedzialny za to, jak określa mnie New York Times. Nigdy nie rościłem sobie prawa do bycia ideologicznym liderem Nowej Lewicy i nie sądzę, by potrzebowała ona takiego lidera ideologicznego. Jednej rzeczy Lewica nie potrzebuje i rzeczą tą jest kolejny wizerunek ojca, kolejny tatuś*”.

Reklama

Zupełne inaczej podchodził do faktu, że jego poglądy zostały przejęte przez europejską młodzież, choć i w tym przypadku miał pewne zastrzeżenia. Odnosiły się do formy ukazywania jego wkładu w „ruch rozwścieczonych studentów”.

-  Jestem wprawdzie w niego głęboko zaangażowany, ale nie jestem jednak na pewno rzecznikiem manifestujących studentów. To prasa i reklama nadały mi ten tytuł i przemieniły w dość chodliwy towar – mówił, już jako ideolog  studenckiej rewolty z 1968 r. , co dało mu światowy rozgłos i nieśmiertelność.

Reklama

W swojej ojczyźnie Herbert Marcuse był jednak postacią rozpoznawalną jeszcze przed II wojną światową. Mowa wszak o jednym z głównych przedstawicieli marksistowskiej szkoły frankfurckiej. Nie pozostało to bez związku z jego ówczesnymi wyborami. Gdy Adolf Hitler doszedł do władzy, Marcuse przewidział, co oznacza to dla ideologicznych przeciwników Führera. Wraz z innymi filozofami swojego nurtu przeniósł się do Szwajcarii, a następnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął nowe życie i kontynuował karierę naukową. W momencie nasilenia antyżydowskich nastrojów, był bezpieczny, ale nie wolny od zmartwień. W III Rzeszy pozostał jego ojciec. Carl Marcuse pochodził z Greifenhagen, lecz od wielu lat przebywał w Berlinie. Gdy w 1940 r. sytuacja niemieckich Żydów stała się coraz bardziej niebezpieczna, postanowił dołączyć do syna w Stanach Zjednoczonych.

- Jak pokazują dokumenty, nie było to łatwe zadanie. Podróż, którą zamierzał odbyć, niosła sporą dozę ryzyka – ocenia Harold Marcuse, profesor historii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara, a prywatnie wnuk Herberta i prawnuk Carla.

Reklama

Dużo większe „zaufanie” wobec narodowych socjalistów wykazali krewni, którzy postanowili pozostać w rodzinnym Greifenhagen. Konsekwencje tego okazały się tragiczne.

 

Trudne sąsiedztwo

Greifenhagen nigdy nie było „żydowskim miasteczkiem”. Jak wyliczył prof. Dariusz Chojnacki z Uniwersytetu Szczecińskiego, w szczytowym momencie, który przypadł na 1871 r., mieszkańcy wyznania mojżeszowego stanowili zaledwie 0,81% ludności Kreis Greifenhagen. Mowa więc raczej o miejscu, w którym Żydzi przez długi czas egzystowali w sąsiedztwie „prawowitych” obywateli miasta. O tym, że nie było to łatwe partnerstwo, w swoim monumentalnym dziele Zur Erinnerung und zum Gedenken. Die einstigen jüdischen Gemeinden Pommerns, pisał Gerhard Salinger. Najstarsze źródła, dotyczące tej społeczności w Greifenhagen, pochodzą z 1481 r. Odnoszą się do trzech rodzin, złożonych z około dziesięciu osób, które prawdopodobnie zajmowały się handlem i usługami lombardowymi. Ich obecność w mieście regulował tzw. „żelazny list”, określający prawa oraz obowiązki. Wyszedł spod ręki Bogusława X Wielkiego, księcia szczecińskiego, wołogoskiego i słupskiego z dynastii Gryfitów. Swój przydomek otrzymał ze względu na dojrzałą politykę wewnętrzną, która początkowo widoczna była również w stosunku do społeczności żydowskiej Pomorza. Jej przedstawiciele mogli prowadzić swoją działalność (m.in. „brać w zastaw wszystkie rzeczy z wyjątkiem tych, które pochodziły z kradzieży”) w zamian za wpłatę rocznych podatków dla księcia i do skarbu księstwa.

Reklama

Koegzystencja nie trwała długo. W 1492 r., gdy w Sternbergu w Meklemburgii doszło do żydowskiego pogromu (spalono dwudziestu pięciu mężczyzn i dwie kobiety), nastroje antyżydowskie rozniosły się po całym Pomorzu. Porwały również Bogusława X, za którego decyzją, w latach 1496-1499, Żydzi zostali przepędzeni z terenu jego księstwa, bez możliwości zabrania swoich majątków. To pierwsze takie zdarzenie w historii Greifenhagen, lecz nie ostatnie.

W kolejnych stuleciach sytuacja w regionie i Europie sprawiła bowiem, że Żydzi znów pojawili się w mieście. Gdy w 1637 r. wygasła dynastia Gryfitów, ziemia szczecińska stała się polem rywalizacji szwedzko-brandenburskiej. Był to trudny czas dla miast pomorskich. Wojna 30-letnia oraz towarzyszące jej epidemie sprawiły, że Pomorze zostało wyludnione. Greifenhagen straciło wówczas połowę ludności, a dodatkowo zniszczona została niemal cała miejska zabudowa. Do stopniowej odbudowy lokalnej gospodarki oraz ponownego zaludniania miasteczka doszło dopiero w pierwszych dziesięcioleciach XVIII wieku. Czyniono to poprzez tzw. kolonizację wewnętrzną. W 1724 r. w Greifenhagen pojawili się m.in. potomkowie francuskich hugenotów, których rodziny, po odwołaniu edyktu nantejskiego, szukały nowego miejsca do życia. Wcześniej, bo już w 1705 r. odnotowano obecność czterech przedstawicieli społeczności żydowskiej. Byli to Joachim David, David Joseph, Nathan Hirsch i wdowa po Wulfy'm Simonsie.

Reklama

Jak tłumaczy prof. Eryk Krasucki z Uniwersytetu Szczecińskiego, w obliczu ogromnego spustoszenia Pomorza, zakaz osiedlania się Żydów nie miał żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Jednak, mimo że królowi Fryderykowi Wilhelmowi I zależało na odbudowie rzemiosła w pomorskich miasteczkach, proces osiedleńczy opisywanej grupy nie przebiegał dynamicznie. Z wyliczeń Wolfganga Wilhelmusa, zawartych w Geschichte der Juden in Pommern, wynika, że w 1728 r. Greifenhagen zamieszkiwało zaledwie siedmiu Żydów.

- Powodem takiego stanu rzeczy było to, że władze rejencji stosunkowo długo wzbraniały się przed dopuszczeniem do żywiołowego napływu Żydów, a to ze względu na lęk przed zmonopolizowaniem przez nich handlu. Dystans wobec tej grupy narodowościowej zachowywali też sami władcy brandenbursko-pruscy. Nawet liberalny, jak się wydawało, wobec nich król Fryderyk Wilhelm I zabronił im osiedlania się w miastach o charakterze twierdzy,  jak Szczecin i Kołobrzeg – pisze E. Krasucki w Historia kręci drejdlem. Z dziejów (nie tylko) szczecińskich Żydów.

Reklama

 

Asymilacja

Podobnie było w czasach następcy Fryderyka Wilhelma I. W okresie rządów Fryderyka II wyjątek stanowili jedynie bogaci Żydzi. W Greifenhagen przykład tego uosabiał Mendel Samuel. Tak samo, jak potomkowie hugenotów, był przedstawicielem branży włókienniczej. Zajmował się handlem wełną, co czynił na tyle sprawnie, że sukiennicy chętnie prowadzili z nim interesy. Dlatego, gdy pojawiła się groźba wysiedlenia Samuela, 11 lutego 1736 roku wystawili mu pozytywne świadectwo. Zdaje się jednak, że w tym względzie decydujący nie okazał się nagły przypływ filosemityzmu, lecz pragmatyzm.

Reklama

- Zaznaczali, że Mendel Samuel często płacił im z góry 50 talarów za miesiąc, odbierał wykonaną przez nich flanelę i sprzedawał do Berlina. Prosili oni usilnie, aby nie wysiedlano tego Żyda z miasta, gdyż oznaczałoby to koniec ich interesów oraz źródła ich dochodów. Prócz niego, żaden Żyd ani inny mieszkaniec miasta z braku kapitału nie był w stanie kontynuować tego handlu – pisał Gerhard Salinger, dodając, że mimo tych argumentów, rezolucja z 23 marca tego samego roku odrzuciła prośbę sukienników.

W sprawę miał zaangażować się Rząd Pomorski oraz magistrat Greifenhagen, które wystosowały pismo do stołecznych władz. Lokalni urzędnicy zaznaczali, że Mendel Samuel nie tylko zaopatrywał w wełnę osiem fabryk, sprzedając flanelę do Berlina, ale również cieszył się powszechnie dobrą opinią. Najwyższa instancja uznała tę opinię za wystarczającą, by w 1738 r. przyznać żydowskiemu handlarzowi upragniony, specjalny przywilej kupiecki. O skali wydarzenia niech świadczy fakt, że na Pomorzu posiadło go wówczas tylko dwadzieścia siedem rodzin tej narodowości.

Reklama

Zawiłości proceduralne zrzucić można na karb doświadczeń, jakie władze z Greifenhagen miały w poprzednich latach. W 1718 r. komisarze zadecydowali, że trzech Żydów musi opuścić miasto. Zdaniem Eckharta Ruthenberga, autora książki Dawne cmentarze żydowskie powiatu gryfińskiego i stargardzkiego, ostatecznie do wygnania nie doszło, lecz do magistratu regularnie wpływały różne skargi na ludność żydowską. Mimo silnych uprzedzeń, postępowała ich asymilacja (widoczna była również w fakcie, że język niemiecki stawał się ich podstawowym), a liczba przedstawicieli grupy stale rosła. W 1764 r. było tu już 14 żydowskich zagród z 30 osobami, „nie włączając kobiet”.

Zmiana położenia żydowskich obywateli dokonała się jednak nie na skutek „dobrowolnych reform”. Po raz kolejny kluczowa okazała się sytuacja polityczna w Europie i klęska, jaką Prusy doznały z ręki Napoleona pod Jeną i Auerstadt. W 1808 r. zniesiono feudalne prawa, którymi dotąd obarczani byli Żydzi w Prusach, co w konsekwencji doprowadziło do wydania w marcu 1812 r. edyktu emancypacyjnego. Decyzją króla Fryderyka Wilhelma III Żydzi stali się obywatelami miast, ale ich pełna emancypacja nastąpiła dopiero w latach 1847-48, gdy zostali zrównani w prawach religijnych z chrześcijanami, a także zyskali prawa wyborcze i możliwość organizowania się we własnych strukturach. Zaczęli zakładać gminy żydowskie, wybierać władze oraz  tworzyć przepisy dotyczące życia we wspólnocie i finansowej niezależności. Wszystko, to działo się również w naszym Greifenhagen.

Reklama

 

Bez „e” i z „e”

Rozpoczęcie opowieści o gryfińskich Żydach od wątku związanego z Marcusami nie było przypadkowe. Ich rodzina należała do jednej z najstarszych. W Greifenhagen protoplasta tego rodu pojawił się już w 1718 roku.

- Jeszcze jako Marcus, bez „e” na końcu. To znalazło się w naszym nazwisku po edykcie z 1812 r. – mówi Harold Marcuse, historyk z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara.

W przypadku jego przodków, początki także nie były łatwe. Samuel Marcus podjął starania o przydział do Greifenhagen cztery lata wcześniej. W czerwcu 1714 r. otrzymał odmowę ze względu na fakt, że w mieście przebywały trzy inne żydowskie rodziny. W 1718 r. sytuacja uległa zmianie ze względu na opisane już zadłużenie Jeremiasa Davida, Nathana Hisrcha i Simona Justa. Samuel Marcus, jako jedyny przedstawiciel grupy, otrzymał pozytywną opinię od komisarza i został przyjęty w poczet greifenhażan (pod warunkiem zapłaty za swój przywilej). Nie wszyscy byli z tego zadowoleni.

- Miejscowy chirurg uskarżał się, że Samuel Marcus Israel oraz Fabian Wulff leczą ludzi na wsi przez puszczanie krwi, powodując tym samym wiele szkód. Rzeźnik donosił, że podważają oni jego patent rzeźnicki – pisał Salinger.

Być może z tego względu, w spisie podatkowym z 1728 r. nie znajdujemy Samuela. Figurował za to Loyser Marcus i to w pozytywnym ujęciu, jako jedyny niezadłużony Żyd z Greifenhagen. Warto zestawić go z Simonem Justem i Jeremiasem Davidem. Według wycen, posiadali domy o wartości 100 i 130 talarów. Cóż jednak z tego, skoro ich długi były dwukrotnie wyższe? Z kolei na niekorzyść Davida Hirscha działały nie tylko finansowe zaległości, ale również ocena charakterologiczna. Zdaniem władz magistratu był lekkomyślny.

Mimo „wysokich wymagań”, Greifenhagen przypadło do gustu kolejnym pokoleniom Marcusów.

- Nie posiadam wiedzy, w jakim stopniu jestem spokrewniony z Samuelem, lub Loyserem, ale badania genealogiczne mojej rodziny mówią o Joelu Marcus, który w 1780 r. przeniósł się do Greifenhagen z Berlinchen (dziś Barlinek – przyp. red.). Jego córka Charlotte poślubiła swojego kuzyna, Marcusa Marcus i założyli rodzinę. W 1810 r. do miasta przyjechał natomiast brat Joela – Salamon. Wziął za żonę miejscową wdowę, Johanne Wulff. Mieli siódemkę dzieci, w tym pięciu chłopców – wylicza naukowiec niemiecko-amerykańskiego pochodzenia.

 

Sklep naprzeciwko ratusza

Zestawiając informacje, do których dotarła „każda ze stron”, podjęliśmy z Haroldem Marcusem próbę stworzenia drzewa genealogicznego rodziny, od początków XIX w. do XX w. Nie stało się tak jednak ze względu na „dziurę w jednym pokoleniu”.  Kłopotliwy był też fakt, iż mowa o wielodzietnej, pomorskiej familii. W całym stuleciu kolejni Marcusowie przewijają się w źródłach i bazach internetowych, jako mieszkańcy całej prowincji (Stargard, Stettin, Lindow, Falkenburg, Altdamm, Bruss i wielu innych).Udało się nam jednak ustalić, że pod koniec XIX w. w Greifenhagen funkcjonowały trzy linie rodziny Marcuse, których losy jesteśmy w stanie opisać. Roboczo nazwijmy je gałęziami: Carla, Joela i Josepha. Byli najprawdopodobniej kuzynami, którzy dzieciństwo (tu z całą pewnością) spędzili w Greifenhagen. Ich drogi rozeszły się dopiero w dorosłym życiu. Carl związał je z Berlinem, zaś Joel z Altdamm, wówczas 8-tysięcznym miasteczkiem, a dziś szczecińską dzielnicą – Dąbiem.

Na razie skupimy się na linii, która została w Greifenhagen aż do lat 30. XX wieku. Jej głową był wspomniany Joseph Marcuse. W historii miasta zapisał się jako przewodniczący tutejszej gminy żydowskiej, do niego przypisany był też sklep przy Wieckstrasse 10 (dziś ul. Chrobrego). Joseph handlował manufakturą w parterze kamienicy naprzeciwko ratusza, a gdy zmarł, czynili to jego spadkobiercy.

Joseph i Emma z d. Fliess mieli co najmniej dwóch synów: Alberta i Moritza, który wzorem ojca został przewodniczącym gminy wyznaniowej. Oddziedziczył też sklep, w którego prowadzeniu wspierała go żona, Wally z d. Israelsky. Mieli córkę Gertrud (ur. 1915) i prawdopodobnie syna Ericha (ur. 1921).  Wątpliwości w tym względzie dostarcza jedno ze źródeł, które sugeruje że ojcem młodszego z dzieci był Julius Marcuse.

Interes rodzinny znajdował się w doskonałej lokalizacji. Wieckstrasse przecinała się z inną ulicą o handlowym charakterze – Brückenstrasse (ul. Piastów). Marcusowie rezydowali pod numerem „10”, sąsiadując ze słynnym hotelem Pappe, bankiem miejskim, browarem, spółdzielnią rolniczą oraz sklepami innych żydowskich przedsiębiorców: Jacobsohnów (handel wyrobami włókienniczymi, nr 16),  Heinza Posenera (sklep obuwniczy, nr 38), Lodomira Frischmanna (handel wyrobami włókienniczymi, nr 45) i Ludwiga Löbera (krawiec, nr 45).

W ostatnim spisie gryfińskich Żydów, dokonanym w lutym 1940 r., żadnego z wymienionych nie było już w mieście. Przy ulicy została tylko 25-letnia Gertrud Marcuse, według oficjalnych dokumentów – ostatnia Żydówka z Greifenhagen.

 

Między Heimatem a emigracją

Marcusowie należeli do rodzin z najdłuższym „gryfińskim stażem”, lecz nie byli w tym względzie ewenementem. Źródła z przełomu XIX i XX w. mówią o Siegfredzie Mosesie, pełniącym funkcję nauczyciela, kantora i rzezaka w szkole przy synagodze. To przedstawiciel rodu, którego korzenie sięgają w Greifenhagen również XVIII w. Mosesowie znaleźli się zarówno w spisie rodzin żydowskich z 1764 r., jak i dokumencie stworzonym w 1812 r.

Żoną Siegfrieda była Berta z domu Tau, także greifenhażanka. Doczekali się co najmniej jednego syna. Bruno Moses przyszedł na świat w 1908 r. w Greifenhagen, lecz jako dorosły mężczyzna zerwał z wiekową tradycją. Uzyskując samodzielność, wyprowadził się do miejscowości Wriezen w Brandenburgii, gdzie zamieszkał z żoną Charlottą i córką Edith. Mimo emigracji, jego postać pojawi się jeszcze na kartach tej opowieści.

Takich przykładów, jak rodziny Marcuse, czy Moses nie ma zbyt wiele. Chociaż, od momentu przyznania Żydom praw obywatelskich ich liczba w mieście stale rosła - aż w 1861 r. wyniosła 205 przedstawicieli - w pewnym momencie sytuacja została odwrócona. Trzy dekady później, pod koniec XIX w., populacja zmalała do 79 osób. Nie wiadomo czym dokładnie spowodowany był ten exodus. Kwerenda internetowa i archiwalna pozwala jednak odnaleźć wielu ówczesnych gryfinian w Stettinie oraz Berlinie, który był jeszcze częściej obieranym kierunkiem, niż stolica prowincji Pommern. Wymienić w tym kontekście można część gryfińskiej rodziny kupieckiej Pincus (w źródłach pisanej również jako Pinkus). Tworzyli ją Abraham z żoną Amalie z d. Posener (ur. 1861) i trójką dzieci. Podobnie rzecz wyglądała w przypadku przytaczanego we wstępie Carla Marcuse (ur. 1864), który w 1886 r. odbywał w Berlinie służbę wojskową, by na zawsze związać się z tym miastem. A dokładniej z dzielnicą Charlottenburg, gdzie wychowała się trójka jego dzieci: Else (ur. 1902), Erich Ernst Günther  (ur. 1907) i filozof Herbert (ur. 1898).  Z Charlottenburgiem życie związała też rodzina Posener. Dr Gustav Posner (ur. 1885), jego żona Margarete i siostra Elsa, od 1934 r. mieszkali przy Sybelstrasse 44, gdzie wynajmowali przestronne mieszkanie na trzecim piętrze frontowego budynku.

Wyjeżdżali nie tylko mężczyźni. Dziewczęta z Greifenhagen, o ile nie wychodziły za miejscowego chłopca, po ślubie zazwyczaj przenosiły się w rodzinne strony męża, bądź do wspomnianego Berlina. W Hörde, będącej dzielnicą Dortmundu, zamieszkała Charlotte Meyer, córka żydowskiego lekarza, dr Isidora Meyera (zm. 1925 r.) i Agnes z d. Marcuse (z. 1924). Greifenhagen opuściła po 1907 r. jako pani Erdmann. Do niej także wrócimy w dalszej części tej opowieści.

Ponadto zdarzały się migracje do mniejszych miasteczek (wspomniany Joel Marcuse do Altdamm, zaś Hildegard Pentzal osiedliła się z mężem w Arnswalde, czyli w Choszcznie), a nawet za granicę. Swego czasu głośna była historia August Dalescha, naturalizowanego obywatela amerykańskiego, który 23 stycznia 1900 r. został aresztowany w Greifenhagen z powodu dezercji z niemieckiej marynarki wojennej w 1893 r.

 

Jacobsohnowie – miłość i pieniądze

Opisywany powyżej proceder jest zauważalny również w liczbach. Jak podają autorzy książki Halte fern dem ganzen Land jedes Verderben... - Geschichte und Kultur der Juden in Pommern, w 1880 r. społeczność żydowska liczyła 163 osób. Dekadę później zmniejszyła się do 130 głów, a w 1913 r. odnotowano tu 64 osób mojżeszowego wyznania. Niektóre rodziny „z rodowodem” wyjeżdżały, a inne zyskiwały na znaczeniu.

Tak jak Jacobsohnowie, którzy na przełomie XIX i XX w. dorobili się na produkcji i handlu odzieżą. Posiadali na terenie miasta kilka sklepów oraz dom w prestiżowej dzielnicy. Wspólnie z rodziną Maspuhl, która zajmowała się m.in. produkcją i sprzedażą zabawek, mieszkali w willi przy Bismarckstrasse. Ulica została nazwana imieniem „Żelaznego kanclerza”, nie tylko  ze względu na jego polityczne dokonania. Było to zarazem upamiętnienie faktu, że w latach 1838-39 Otto von Bismarck odbywał służbę wojskową właśnie w… Greifenhagen. Willa zajmowana przez Jacobsohnów przetrwała do naszych czasów. To słynny „Biały Domek”, który kilka lat temu przeszedł renowację i znów zachwyca wyglądem.

Głową rodziny był Wolf Jacobsohn, wspierany w działaniach przez żonę, Eveline z domu Pächter. Wśród ich potomków znajdowali się David, Max, Gustav i Nathan oraz Rosa i Martha. Sklep z tekstyliami, który przyniósł niemały majątek, działał niedaleko manufaktury Marcusów, przy Wieckstrasse 16. W jego miejscu stoi dziś blok mieszkalny. Kamienica i wspomniany sklep znajdowały się przed wojną mniej więcej tam, gdzie aktualnie funkcjonuje lodziarnia, sklep z bielizną i chińska restauracja. W ścisłym centrum, naprzeciwko kościoła. Ponadto, Jacobsohnowie obejmowali funkcje religijno-społeczne. Na początku XX w. przewodniczącym miejscowej gminy żydowskiej był Jacob Jacobsohn, zaś w kolejnych dekadach – Gustav Jacobsohn.

O pozycji świadczyły jednak nie tylko posiadany majątek, sprawowanie wysokich stanowisk i „odpowiedni adres”, ale również kontakty towarzyskie i małżeństwa. U Jacobsohnów wszystko przebiegało zgodnie z etykietą. Wolf Jacobsohn wydał córkę Marthę za Maxa Lewina z kupieckiej rodziny mieszkającej w Tempelburgu (dziś Czaplinek), zaś starszą Rosę za Paula Nathansohna, bogatego żydowskiego kupca z Altdamm.

- Paul  urodził się 25 lipca 1864. Handlował futrami i skórami w rynku Am Markt 3. Innym rodzinnym zajęciem Nathansohnów był handel drewnem i węglem. Firmę przejął po rodzicach. Był synem Alexandra Nathansohna i Johanny z d. Fabian – opowiada Andrzej Kotula, który opracował dzieje kupieckiej rodziny z Altdamm.

Ciekawostką jest, że siostra Paula - Röschen Nathansohn - wyszła za przytaczanego już Joela Marcuse z Greifenhagen (syn Markusa Marcuse i Lieb z d. Jacobsohn), co również dało podstawy pod dochodowy, dwurodzinny biznes.

- Początkowo [1898] przedsiębiorstwo handlowe Natansohnów było spółką "P.Natansohn & Joel, Marcuse". Joel i Rosa zamieszkali przy ul. Breitestrasse 12 (ul. Otwocka) w Altdamm. Tam też wychowywali się dwaj ich synowie, Albert i Max – dopowiada Andrzej Kotula.

To nie koniec intratnych, małżeńsko-biznesowych relacji. Żoną Davida Jacobsohna była bowiem Bertha Radefeldt, starsza siostra późniejszego właściciela sieci sześciu domów handlowych. Zresztą, to właśnie David Jacobsohn sprzedał w 1905 r. szwagrowi sklep w kamienicy na rogu Mühlenstrasse (ul. Kościelna) i Brückenstrasse 25 (ul. Piastów), co zapoczątkowało budowę „Imperium Fritza Radefeldta”. Patrząc na asortyment jego sklepów i bliskość relacji, można założyć, że były zaopatrywane w towary produkowane przez Jacobsohnów. Wszystko zostawało w rodzinie. I na jej chwałę.

 

Wokół kirkutu

Współpraca rodzin Jacobsohn-Nathansohn-Radefeldt została z czasem rozszerzona o kolejne majętne nazwisko. Wszystko za sprawą Elsbeth Jacobsohn (córka Davida i Berthy z d. Radefeldt), która po ślubie weszła do innej rodziny, uznawanej za jedną z najbogatszych w Greifenhagen. Schaeferowie działali w branży drzewnej. Julius posiadał tartak przy Bahnerstrasse, czyli dzisiejszej ul. Łużyckiej. Robert Schaefer (lub zamiennie Schäfer) był natomiast właścicielem Parkettenfabrik Greifenhagen.

- Jego parkieciarnia znajdowała się najprawdopodobniej przy Odrze. Obok zatoczki, z jednej strony stoi magazyn z rampą, do której prowadziła bocznica kolejowa. Zakład produkcji parkietów działał po drugiej stronie. Oba budynki stoją do dzisiaj – mówi Aleksander Dąbkiewicz, który brał udział w całym procesie poszukiwań śladów „żydowskiego Gryfina”.

Robert Schäfer zapisał się w pamięci przedwojennych mieszkańców jako „bogaty Żyd”, który posiadał samochód i ładną willę „za torami”. Znajdowała się na rogu Bismarckstrasse i Bergweg (ul. 9 Maja), w sąsiedztwie posiadłości Radefeldtów. Dom Roberta Schäfera również został oszczędzony przez los. Mowa o budynku, w którym mieści się Przedszkole nr 1 im. Krasnala Hałabały (przy ul. Wojska Polskiego).

To zaledwie dwieście metrów od Bismarckstrasse 2 i „Białego Domku” Jacobsohnów. Po drugiej stronie ulicy, wraz z mężem i synem Wolfgangiem mieszkała Elsbeth Schaefer. Ich dom z ogrodem posiadał tabliczkę „Bismarckstrasse 14”. Aktualnie figuruje pod bliźniaczym adresem  „Grunwaldzka 14”. Budynek jest nieco oddalony od ulicy, schowany za apteką. Willa, w której murach dział dziś Cefarm, również odgrywa ważny element całej układanki. W latach 30. mieszkał w niej Otto Pincus (Pinkus), przewodniczący i skarbnik gminy żydowskiej. Wszyscy wymienieni gromadzili się w sąsiedztwie kirkutu. Cmentarz znajdował się przy drodze „Am Judenfriedhof”, niewielkiej uliczce poniżej Bicmarckstrasse (od północy) i naprzeciwko torów kolejowych (od wschodu).

- Wymiary cmentarza nie są możliwe do odtworzenia. Był to jednak jeden z najstarszych kirkutów na Pomorzu, starszy niż cmentarz szczeciński - napisał Eckehart Ruthenberg w Dawnych cmentarzach żydowskich powiatu gryfińskiego i stargardzkiego.

Świadczy o tym m.in. fakt, że do 1816 r., na jego terenie dokonywano również pochówków zmarłych ze wspomnianej gminy Stettin, która nie dysponowała takim obiektem. Tymczasem w Greifenhagen, jak odnotował G. Salinger, cmentarz żydowski powstał najprawdopodobniej w roku 1718, ponieważ już wtedy gmina miała swojego grabarza.

Kolejnym ważnym miejscem na „żydowskiej mapie miasta” była synagoga. Powstała w 1856 r. (wcześniej modlono się w prywatnych domach). Jej wygląd nie przetrwał niestety na żadnej z zachowanych fotografii.

- Synagoga była pod Wittenstrasse 28. Stała w podwórzu domu, między dzisiejszą ul. Kościuszki, a Piastów. Jej zarys widać tylko na kilku zdjęciach lotniczych – opowiada Aleksander Dąbkiewicz.

Wiadomo jeszcze, że w 1860 r. rabinem został Wolfsohn z Pasewalku, a w działającej przy synagodze szkole, w latach 1880-1895 nauczali kolejno: Salamon Hamburger, Salamon Goldstein i wspomniany Siegfried Moses.

 

Ulica, której prawie nie ma

Nie było jednak tak, że życie opisywanej grupy ogniskowało się wyłącznie wokół cmentarza i bożnicy. Żydzi mieszkali i pracowali również w innych częściach naszego miasta.

Emma Itzig przyszła na świat w Greifenhagen 30 maja 1879 r. Po ślubie z Louisem Cohnem opuściła miejscowość. W 1926 roku jej mąż zmarł jednak w Stralsundzie, co zapewne sprawiło, że podjęła decyzję o powrocie w rodzinne strony. Rok później Emma Cohn była zameldowana w Greifenhagen przy Baustrasse 28. Mieszkała z nią 13-letnia córka Irma i być może starszy o sześć lat syn, Max. Dom znajdował się na początku dzisiejszej ul. Niepodległości. Cohnówny widziały z okien imponując fasadę narożnej kamienicy, w której parterze znajdowała się słynna cukiernia Albrechta. Po wyjściu z mieszkania witały je kamienice, gęsto zabudowane po obu stronach ulicy. Dziś okolica wygląda inaczej. Miejsce przedwojennej zabudowy zajęły postawione w latach 60-70. bloki mieszkalne oraz budynek liceum, przy którym niedawno stanęła hala sportowa.

Śladów minionego świata pozostało niewiele. O dawnym wyglądzie ul. Niepodległości przypominać może XIII-wieczna Brama Bańska oraz zaledwie dwie zachowane kamienice. W jednej z nich mieściła się siedziba firmy Franza Ehrmanna, właściciela fabryki filcu i fabryki wyrobów z filcu (podczas spaceru warto zwrócić uwagę na litery FE znajdujące się na żółtej elewacji). Obok stoi blok z bankiem oraz sklepem z częściami samochodowymi. Dokładnie w tym miejscu mieszkała rodzina Cohn.

W 1930 r. przy Baustrasse pojawili się natomiast Schwarzowie. Stanowili dowód na to, że ówcześni nie tylko zmieniali Greifenhagen na Berlin i inne duże, zachodnie miasta. Czasami bywało odwrotnie. Walter Schwarz, wraz z żoną Elisabeth i 3-letnim synem Heinzem przenieśli się z Weimaru (a pochodzili właśnie z Berlina). Przy Baustrasse mieszkali i prowadzili własną działalność, najprawdopodobniej sklep odzieżowy. Niewielka ulica również stanowiła skupisko sklepów. Jak wynika z księgi adresowej z 1927 r., przy Baustrasse 46 manufakturę posiadał m.in. Richard Maspfuhl. W spisie żydowskich przedsiębiorców z 1935 r., pod adresem 53 (niedaleko dzisiejszego „liceum w parku”), odnajdujemy sklep Otto Pincusa. Stoi to jednak w sprzeczności z danymi zawartymi w księdze adresowej z 1927 r., która informowała, że jego „Manufakturenwarenhandlung und Manufakturenwarengeschaft” działała przy Brückenstrasse 20 (mniej więcej w miejscu ogródka „pizzerii na deptaku”). Adres ten potwierdza również książka adresowa z 1937 r. Było więc zapewne tak, że przewodniczący gminy żydowskiej zaczął od Baustrasse, po czym przeprowadził się o kilkaset metrów w lewo, dzięki czemu jego manufaktura znalazła się w bardziej prestiżowej okolicy. Wszak od Brückenstrasse 21 do 25 działały kolejno: Neue Apotheke, sklep z artykułami żelaznymi Franza Prütza, Dom Podarunków Ericha Steppela, hotel i restauracja „Pod Czarnym Orłem” oraz dom towarowy Radefeldt. Niestety, Pincus nowy adres zajmował tylko do 1938 r. W kolejnych miesiącach miał na głowie większe problemy, niż prowadzenie sklepu.

 

Kres żydowskiego Greifenhagen

Wymienione w artykule nazwiska nie stanowią zamkniętego zbioru. W Greifenhagen mieszkało jeszcze wiele innych żydowskich rodzin. Niektóre przez chwilę, inne przez kilka pokoleń. W kilku przypadkach źródła dostarczają jedynie fragmentarycznych informacji. Losy niektórych postaci - jak Fabiana Salingera, który był przewodniczącym żydowskiej gminy - „urywają się” już na przełomie pierwszej i drugiej dekady XX wieku. W innych przypadkach poznaliśmy jedynie imiona i nazwiska greifenhażan (Markus Moses, jego żona Henrietta z d. Abraham i córka Therese Braun), niekiedy uzupełnione o adres (Samuel Pincus, z żoną Emmą z d. Plonsk i dziećmi Otto Israelem i Hedwigą mieszkali w pobliżu mostu, przy Brückenstrasse 31), bądź o wykonywany zawód (Egon Samuel – student muzyki).

W pierwszych dekadach XX w. nie prowadzono (jeszcze) osobnych ewidencji dotyczących Żydów, co wobec charakterystycznych dla miejsca i czasu migracji wewnętrznych, znacząco utrudnia poszukiwania, a momentami czyni je nawet niemożliwymi do prowadzenia. Zwłaszcza, że dla władzy, która nastała w 1933 r., kwestia tego, kto jest Żydem, a kto nie, była niezwykle płynna.

Lata 30. przyniosły kres sielance nadodrzańskiego miasteczka, jako miejsca, gdzie wszyscy się znali, a społeczność żydowska zdawała się w końcu uzyskać stabilizację i sąsiedzką akceptację.

 

KONIEC CZĘŚCI I

 

Część II przeczytasz TUTAJ.

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/07/2026 13:37
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama