Z okazji obchodów 74. rocznicy Powstania Warszawskiego prezentujemy archiwalny artykuł, dotyczący jednego z powstańców, którzy po wojnie zamieszkali w naszym regionie. Opowiadamy o Edwardzie Kalicie, powstańcu warszawskim, który powojenne życie związał z Radziszewem, gdzie znalazł nie tylko swoje miejsce na ziemi, ale też miłość. W historii zapisał się ponadto jako twórca LZS Radziszewo, który po latach przekształcił się w Odrzankę.
Edward Kalita urodził się 1 września 1924 roku w stolicy, spędzając w niej dzieciństwo oraz lata młodości. Ten okres jego życia żywo związany był ze sportem. Pasją nastoletniego Edwarda była bowiem koszykówka, uprawiana przez niego z sukcesami. Według niektórych źródeł, był członkiem młodzieżowej reprezentacji Warszawy w tej dyscyplinie.
Jego dobrze zapowiadającą się karierę, przerwał wybuch II wojny światowej, który 15-letniego Kalitę zastał w rodzinnym mieście. Do obecnych czasów nie zachowało się zbyt wiele informacji, dotyczących tego okresu jego życia. Znacznie lepiej w tym względzie udokumentowane są ostatnie lata wojny, w czasie których pełnoletni już Edward dołączył do walki z okupantem, włączając się w działalność podziemnej konspiracji. Po zaprzysiężeniu na początku lat czterdziestych i otrzymaniu pseudonimu operacyjnego „Edek I”, został następnie włączony do struktur Armii Krajowej. Na skutek wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 roku, został włączony jako strzelec do kompanii „Lewar”, Batalionu „Gustaw”. W czasie walk z niemieckim okupantem odznaczył się przede wszystkim 23 sierpnia 1944 roku, w czasie zdobywania Kościoła św. Krzyża i komendy na Krakowskim Przedmieściu. Zadaniem „Edka I” było zdobycie kościelnej wieży oraz chóru. Akcja zakończyła się powodzeniem, wobec czego powstańcy wkrótce zdobyli cały obiekt, spychając Niemców do „księżniczówki”, do której dostęp istniał jedynie od strony przylegającej do kościoła komendy policji. Trudności w dokonaniu ataku dostarczał fakt skontaktowania się z niemieckimi oddziałami, znajdującymi się poza kościołem i szturm na obiekt przy pomocy czołgów. Ostatecznie akcja zakończyła się powodzeniem powstańców, na co wpływ miało wyeliminowanie „Pantery” celnym strzałem z Piata. Po uporaniu się z wrogiem z zewnątrz warszawiacy wspólnymi siłami zaatakowali komendę. E. Kalita wraz ze swoim kolegą, strzelcem „Norskim” w pierwszym szeregu ostrzeliwali pomieszczenia żandarmów z pistoletów maszynowych. Po oblężeniu udało się zdobyć komendę, z której uwolniono kilkudziesięciu cywilów, księży i wzięto do niewoli 80 Niemców.
Sukces powstańców był jednak krótkotrwały. Okupant rozpoczął bowiem systematyczne natarcia na Śródmieście i wkrótce po jednym z nich, we wrześniu 1944 roku E. Kalita utracił lewą rękę. Mało brakowało, a niemieckie bombardowanie przypłaciłby życiem, na co wpływ mogło mieć nieudzielenie mu pomocy przez jednego z warszawskich księży. Kalitę uratowała matka, która znalazła syna po powstaniu w prowizorycznym szpitalu w jednej z piwnic. Poznała go, pomimo tragicznego stanu, w jakim się znajdował, po znamieniu, które miał na nodze. Pieczołowita opieka sprawiła, że po czasie doszedł do siebie, odzyskując utracone w walce siły.
Wójt gminy Radziszewo
Powojenne losy rzuciły Polaków w zupełnie nowe obszary, często z dala od miejsca urodzenia. Edward Kalita, ze zrujnowanej po powstaniu Warszawy, otrzymał przydział na tzw. „Ziemie Odzyskane”. Stolicę opuścił razem z ludnością cywilną, by po kilku tygodniach trafić do Radziszewa. Już na miejscu objął stanowiska wójta gminy. Jednym z pierwszych zadań była organizacja prac przy żniwach i zgromadzenie ludzi do pracy w polu. W czasie jego kadencji, obejmującej lata 1945-1947 otworzono szkołę w Daleszewie, którą następnie przeniesiono do Radziszewa. Był to żmudny czas odbudowy, w który zaangażowani zostali wszyscy nowi mieszkańcy oraz tworzące się władze partyjne. Sam Kalita, będąc wójtem, przystąpił do Polskiej Partii Robotniczej, będąc jednocześnie członkiem Komitetu Gminnego w latach 1946-1947. Po latach trudno ocenić czy odbierając legitymację kierował nim pragmatyzm, czy też może identyfikował się z komunistyczną ideologią. Jego pobudki nie wpływają jednak na fakt, iż w okresie swoich rządów udało mu się załatwić wiele spraw organizacyjnych oraz przywrócić wymarłą okolicę do życia. Po złożeniu funkcji wójta czynił to jako przewodniczący rady nadzorczej spółdzielni Związku Samopomocy Chłopskiej w Radziszewie oraz sekretarz gminy.
Był też przedstawicielem Zarządu Powiatowego ZSCh i członkiem Powiatowego Komitetu Kultury Fizycznej, a w 1951 r. wszedł do Powiatowego Zarządu Ligi Morskiej w Gryfinie. Wiele z jego działań było nakierowanych na sport. Kalita, w altach 1950-1956 dał się bowiem poznać również jako czynny sportowiec i jeden z założycieli LZS Radziszewo, o czym jednak będzie nieco później.
Miłość ponad podziałami
W natłoku organizacyjnych zajęć Kalita znalazł także miejsce na miłość. Jego uczucie było o tyle niezwykłe, że unosiło się ponad wszechobecnymi po wojnie podziałami, wynikłymi z krzywd, jakie Polacy doznali z rąk Niemców. Kalita związał się bowiem na całe życie z 21-letnią szczecinianką, Hildegardą Richert. Jak po latach, wspominała na naszych łamach późniejsza pani Kalitowa, ich spotkanie w 1945 roku miało znamiona miłości od pierwszego wejrzenia.
- Wpadł mi w oko już podczas podróży do Radziszewa. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, jakim jest człowiekiem, nie znałam jego historii – opowiada Hildegarda Kalita, opisując dzień, w którym znalazła się w gminie Radziszewo. Trafiła tu na mocny państwowego rozporządzenia, każącego stawić się wszystkim młodym ludziom do pomocy przy żniwach. Na skutek przesiedlenia mieszkańców tych terenów, brakowało bowiem ludzi, aby zebrać plony z zasianych pól.
Kalita był już wówczas wójtem gminy, zajmującym się rekrutacją. Jak wspomina pani Hildegarda, był to trudny czas. Nie znała języka polskiego, zaś nowi osadnicy byli uprzedzeni do Niemców, wobec czego często groziło im spore niebezpieczeństwo ze strony polskich gospodarzy. Chcąc ratować kobiety, zamykano je w jednej z piwnic w Daleszewie. Jako że Kalita zakochał się w swojej późniejszej żonie i za wszelką cenę chciał ją mieć przy sobie, dokonał wszelkich starań, by nie stała jej się krzywda. Zabrał ją więc ze żniw i prac w polu do zajęć, przy których nie miała styczności z miejscowymi. W obdarzeniu jej uczuciem nie przeszkadzał nawet fakt, że jest Niemką, co mogłoby wzmagać żywe jeszcze wspomnienia z dramatycznych przeżyć roku 1944 w Warszawie. Dał temu wyraz dwa lata później, gdy Hildegarda Richert, razem z koleżanką udała się do niego, jako wójta, po przepustki, umożliwiające wyjazd do Niemiec. Kalita odmówił udzielenia jej Hildegardzie, sugerując, aby z nim została.
- Ty zostaniesz już ze mną. Dokładnie tak się wyraził, podejmując decyzję praktycznie za mnie – śmieje się pani Kalita, która od tego czasu zajmowała się domem. Nie do końca pasowało to rodzicom Edwarda, którzy początkowo nie akceptowali pochodzenia narzeczonej syna.
- Nie miałam do nich pretensji, zdawałam sobie sprawę z tego, że przez wojnę stracili dziecko - opowiada pani Hildegarda, nawiązując do historii starszego brata swojego męża, który zginął w wojnie obronnej w 1939 roku.
- Będąc już dorosłą, nie mogłam się nadziwić tak naprawdę, jak mogło do tego dojść - opowiada córka państwa Kalitów. Do sformalizowania związku jej rodziców doszło w 1951 roku. Zdecydowali się wówczas jedynie na ślub cywilny, do którego doszło w ich domu, w obecności znajomego urzędnika. Wpływ na rezygnację z uroczystości kościelnej mogła mieć zarówno przynależność partyjna, jak i wojenne doświadczenia Kality, związane ze wspomnianym księdzem w czasie powstania.
- Nie ufał im nawet po wojnie. Nigdy nie wzięliśmy ślubu kościelnego, chociaż zawsze marzyłam o białym welonie – zdradza jego 92-letnia dziś żona, dodając, że chłodne stosunki z teściami minęły, gdy w rodzinie pojawiły się dzieci. Po pewnym czasie, gdy przekonali się, że młodzi kochają się i szanują, zaakceptowali ją. Później nie pozwolili powiedzieć już złego słowa na synową.
Twórca życia sportowego wsi
Jak zostało już napisane, Kalita zapisał się w historii gminy na wielu różnych płaszczyznach. Jako przedwojenny sportowiec, grający w reprezentacji stolicy w koszykówkę, swoje zamiłowanie do kultury fizycznej kontynuował także po wojnie, dając poznać się nie tylko, jako niezły zawodnik, ale przede wszystkim wybitny organizator. To z jego inicjatywy uprawianie piłki nożnej w gminie Radziszewo nabrało bardziej oficjalnych struktur. Chociaż w piłkę okoliczni mężczyźni oraz chłopcy grali już kilka miesięcy po zakończeniu wojny, choćby w ramach zajęć wychowania fizycznego, bądź na szkolnych przerwach, przez dłuższy czas wieś nie mogła doczekać się drużyny z prawdziwego zdarzenia. Jak po latach wspomina Michał Szmaja, Kalita zebrał chłopaków, namawiając do stworzenia formalnie działającego zespołu piłkarskiego, obiecując sprzęt sportowy i pomoc materialną od odpowiednich władz. I faktycznie od października 1949 r. działacz reprezentował środowisko wiejskie, w tym LZS Radziszewo, w naradach partyjnych aktywu sportowego w KW PZPR, a od 1950 r. także w spotkaniach w Wojewódzkim Komitecie Kultury Fizycznej w Szczecinie. W połowie lat 50-tych został ponadto sekretarzem Rady Wojewódzkiej LZS, a w 1962 r. objął funkcję wiceprzewodniczącego. Od 1959 r. był także członkiem Okręgowego Związku Piłki Nożnej, jako referent LZS. Na zebraniu, na którym uczestniczył w październiku 1949 r. zwracał uwagę na liczne problemy z jakimi borykali się sportowcy wiejscy. Do głównych niedociągnięć zaliczał brak realizacji akcji łączności miasta ze wsią, która miała doprowadzać do kontaktów sportowych kół miejskich z LZS-ami. Poza tym władza nakładała w ten sposób na lepiej prosperujące organizacje obowiązek opieki nad zespołami wiejskimi. Innym kłopotem był niedostatek sprzętu sportowego i środków transportu dla drużyn na wyjazdy
- Zajmował się tym wszystkim, dzięki czemu mogliśmy grać w piłkę i wygrywać kolejne mecze – podsumowuje M. Szmaja. Sam przywdziewał również koszulkę LZS Radziszewo, będąc jednym z czołowych zawodników drużyny i występując w niej jako boczny napastnik w systemie 1-3-2-5. Razem z Bolesławem Durazińskim stanowił zresztą o sile ofensywnej zespołu. Obaj tworzyli ponadto klubowy koloryt, ponieważ jak wspomina cytowany już Szmaja, stałym obrazkiem po spotkaniach były kłótnie między nimi.
- Kalita rzucał do Durazińskiego: „W tej sytuacji mogłeś zachować się lepiej”. Duraziński irytował się mówiąc: „Co ty gadasz?! Nie było mnie nawet wtedy w pobliżu piłki!”. Lubili się przekomarzać – zdradza Michał Szmaja. W owych debatach, na temat jakości zespołu, brał także udział Leon Sosnowski, najbliższy kompan oraz przyjaciel B. Durazińskiego i E. Kality.
- We trójkę byli nierozłączni i stanowili poniekąd jeden byt – dopowiada Zenon Trzepacz – Dlatego też utarło się pewne słynne powiedzenie. Gdy gdzieś przychodzili, ludzie mówili: "O, idzie Bolo, Lolo i Kalita bez ręki" – uśmiecha się obecny radny. Charakterystycznym elementem dla meczów tamtego okresu była również postawa Edwarda Kality. Napastnik, chcąc ukryć brak dłoni, wsuwał lewy rękaw koszulki w spodenki. Według świadków stanowiło to dodatkowy atut, gdyż miało zwiększać jego aerodynamiczność, tak przecież potrzebną w grze skrzydłowego.
Odznaczenia i honory
Gdyby Edward Kalita dożył roku 2016, miały 92 lata i byłby jedną z najważniejszych osób w regionie. Niestety, nie było mu dane dotrwać do późnej starości. Zasłużony działacz zmarł nieoczekiwanie w 1995 roku na zawał serca. Pocieszenie stanowi fakt, że do tego czasu dostąpił wielu zaszczytów i honorów. W prywatnych zbiorach jego żony oraz córki znajdują się zdjęcia z licznych uroczystości, a także odznaczenia, tak za działalność sportową, jak i organizacyjną.
Został uhonorowany m.in. odznaką pamiątkową „Akcji Burza”, odznaką „Zasłużony Działacz Kultury Fizycznej”, „Zasłużony Działacz LZS”, „100-lecia Sportu Polskiego”, „Za zasługi dla kolarstwa polskiego” i „50-lecia Polskiego Związku Zapaśniczego”. Warte odnotowania jest bowiem, że w późniejszym okresie związał się też z zapasami i kolarstwem, jako działacz okręgowego związku i organizator licznych zawodów. Zaangażował się także w proces tworzenia środowisk związanych z Armią Krajową.
- Gdy można było mówić o tych sprawach otwarcie, brał czynny udział w zebraniach Związku Powstańców Warszawskich w Szczecinie, dopóki pozwalał mu stan zdrowia. Często wspominał także swoją ukochaną Warszawę – wyjaśnia pani Hildegarda.
Kalita przeżył 71 lat, podczas których walczył o wyzwolenie swojego kraju, pokazał, że miłość jest w stanie wyleczyć wszelkie uprzedzenia i nie ma dla niej żadnych barier. Brał czynny udział w życiu społecznym, należał do wielu organizacji. Do końca był człowiekiem pogodnym, skorym do pomocy i właśnie takim wspominają go sąsiedzi.
Niniejszy artykuł powstał we współpracy z dr. Ryszardem Stefanikiem z Uniwersytetu Szczecińskiego i ze śp. Krystianem Wawrzonkiem, który zajął się powstańczą przeszłością Kality. Materiały dotyczące powojennych losów Kality zostały wykorzystane w książce „Odrzanka była naszą pasją. Historia piłki nożnej w Radziszewie i Daleszewie (1945-2016)”.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze