Dziś mija pięć lat od śmierci Marka Kozaneckiego, znanego i lubianego gryfinianina, popularyzatora kuchni regionalnej, ziołolecznictwa, mistrza nalewek, którego przepisy można było czytać na łamach naszej gazety. Z okazji rocznicy przypominamy archiwalny tekst Kuby Kasprzyka, który w marcu 2013 r. ukazał się w dziale "Pionierzy Gryfina"
Marek Kozanecki przyjechał na Ziemie Odzyskane w połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Nie od razu trafił do Gryfina. Jednak przez ten cały czas wykonuje samodzielnie zdrowe i smaczne przetwory z różnych roślin.
Od ponad pięćdziesięciu lat produkuje chociażby syropy ziołowe. Na ich bazie wykonuje dżemy, soki i nalewki zdrowotne. Zaznacza, że wszystko zbiera na ekologicznych terenach. To m.in. lipa, rumianek, mięta, pokrzywa, kwiaty i owoce kasztanowca, sosna, akacja, czarny bez, mlecz, pigwa, borówka, malina, jeżyna, aronia, rajskie jabłuszka.
Wiele z tych specyfików ma właściwości zdrowotne lub są zwyczajnie smaczne. Pan Marek ma mnóstwo syropów z winogron uprawianych w wielu miejscach gminy i powiatu, w przypadku których ma także wielki udział w ich rozmnażaniu. Kilka dni temu był w Baniach, Tywicy i Swobnicy, gdzie obcinał znajomym krzewy. Ze swoimi wyrobami jeździ w różne miejsca. Kilka dni temu otrzymał kolejne zaproszenie do Przelewic na festyn. Tam również będzie częstował swoimi przetworami wszystkich chętnych.
Odwiedził wiele miejsc na świecie. Był w Moskwie, Baku, Tbilisi, na Słowacji, Czechach, Morawach, w Gruzji, Niemczech, Holandii, Francji, Belgii i w Szwecji. Wszędzie brał udział w spotkaniach i rozmowach na temat win.
Dynia i szynka
Dynia przed wojną była niezwykle popularna, później to warzywo zostało niestety zlekceważone. Ma mnóstwo wartości zdrowotnych, używano jej chociażby do odrobaczania. Dawniej przyrządzano ją w wielkich słojach lub kamiennych garnkach. Z dyni wykonuję mus, syrop i bardzo zdrową nalewkę. Jest delikatna i dobrze wpływa na układ trawienny. Do tego wykonuję tzw. zupniaki, z których błyskawicznie można przyrządzić zupę.
Informacji na ten temat szukam w dostępnej literaturze. Wszystko spisuję i gromadzę mnóstwo materiałów w tym zakresie. Od kilku lat w Morzyczynie odbywa się impreza pod nazwą Jarmark Jesienny Wsi Zachodniopomorskiej Złota Dnia, który słynie właśnie z promocji tych zapomnianych nieco warzyw.
Właśnie podczas tej imprezy w ubiegłym roku poznałem Anitę Agnihotri, miss Indii, której siostra jest jedną z gwiazd Bollywood. Nie było to trudne, bo pani Anita mieszka w Szczecinie, gdzie jest właścicielką jednej z restauracji.
Podczas innego festiwalu promującego produkty regionalne w 2004 r. serwowaliśmy szynkę staropolską pani Elżbiety Kątnik z Żelisławca, za którą otrzymaliśmy specjalny dyplom. Produkt nawiązuje do dawnej tradycji polskiej, gdy świniobicie odbywało się jedynie raz lub dwa razy do roku. Recepturę aż z Francji przywiózł pan Strumidło. W tej chwili przygotowujemy ich kolejna partię. Obecnie leżakują posolone w skrzyniach. Potrwa to przez około sześć tygodni. Za jakiś czas będą gotowe do suszenia i wędzenia.
Wybrałem winiarstwo
Urodziłem się w 1936 r. w Niechanowie niedaleko Gniezna w Wielkopolsce. Wywodzę się ze starego rodu rzemieślniczego, mamy nawet swój herb. Mój dziadek i ojciec byli rzeźnikami. Dziadek miał niewielką ubojnię, jeździł więc do po towar także do Kongresówki. Z kolei ojciec gdy wrócił z wojny w 1918 r., to firmę przebudował i rozwijał aż do 1986 r. Prowadził ją zdecydowanie nowocześniej. Wszystko wskazywało na to, że brat i ja się tym zajmiemy, ale potoczyło się inaczej. Brat skończył odpowiednie szkoły w Bydgoszczy i Krotoszynie, a ja wybrałem winiarstwo i szkołę średnią w Zielonej Górze. Potem skończyłem jeszcze studia ekonomiczne.
Na zachód Polski trafiłem tutaj po skończeniu szkoły i złożeniu egzaminu maturalnego. W tamtych latach sprawa wyglądała tak, że przyjeżdżali do niej potencjalni pracodawcy. Na miejscu sprawdzali rodzaj wykształcenia i „kupowali” pracownika. Nasza szkoła ogrodnicza kształciła bowiem na wielu kierunkach: sadowniczym, szkółkarskim, kwiaciarskim, warzywniczym czy winiarskim. Wkrótce dostałem nakaz pracy.
Pierwotnie naukę podjąłem w Technikum Sadowniczo-Winiarskim w Zielonej Górze. Po roku jednak ją zlikwidowali, uczniów przenieśli do Iłowej koło Żagania, a winnice zaorali. Wtedy powiedziałem sobie, że nigdy więcej do tego miasta nie pojadę. W Zielonej górze nie byłem więc od ponad pół wieku. Może pojadę tam, gdy skończę 80 lat.
Gościnność ludzi
1 sierpnia 1955 r. trafiłem do Zespołu Państwowych Gospodarstw Rolnych w Trzcińsku-Zdroju. Na trasie w nowe miejsce, jeszcze w pociągu, którym wiozłem mój wspaniały francuski rower, dwa worki ciuchów i dwie walizki, spotkało mnie zabawne zdarzenie. Przesiadałem się w Stargardzie Szczecińskim w kolejny, w kierunku Godkowa. Wraz ze mną na miejscu wysiadło małżeństwo. Podobnie jak ja czuli się nieco zagubieni. Zapytali mnie, gdzie tutaj znajduje się sanatorium. W pierwszej chwili pomyślałem, że skoro w nazwie miejscowości znajduje się słowo zdrój, to tak faktycznie być powinno. Później dowiedziałem się, że jeszcze w XIX w. odkryto tu złoża torfu borowinowego, dzięki czemu stało się uzdrowiskiem. Tak było do czasów wojny. Ale wracając do moich towarzyszy podróży, w końcu okazało się, że przyjechali nie w to miejsce. Wybierali się bowiem do Połczyna Zdroju. Zawiadowca stacji zajął się gośćmi w oczekiwaniu na właściwy pociąg.
Biuro mojego pierwszego zakładu pracy znajdowało się niedaleko cmentarza. Nie mogłem tam jednak dojechać na rowerze, bo mimo wszystko miałem sporo bagażu. Mój rower kupiłem w 1946 r. od Francuza. Był naprawdę pyszny. Gdy pojawiłem się na miejscu, to naprzeciw wyszła sekretarka. Zaprosiła mnie do środka, dyrektor miło mnie przywitał. Za moment pojawiła się i reszta pracowników, podziwiali mój rower. Okazało się jednak, że pojawił się kłopot, bo kilka dni wcześniej na moje stanowisko, sadownika została już zatrudniona pewna kobieta. Dodatkowo otrzymała także przygotowane dla mnie mieszkanko. Dyrektor powiedział mi jednak, żebym się tym nie przejmował. Zostałem ostatecznie zatrudniony w gospodarstwie w Grzybnie, gdzie kierownikiem był ogrodnik. Miałem tam przetrwać do czasu poboru do wojska, bo to przecież było nieuniknione.
Tam już na mnie czekali. Gdy zajechałem na miejsce, znowu przywitali mnie wszyscy pracownicy. Szef zauważył, że mam swój rower i powiedział: ja też mam swój, więc w takim razie będziemy jeździć razem. Bardzo dobrze się tam pracowało, załoga była świetna. Najpierw porozmawialiśmy, potem zabrali mnie do stołówki, a na koniec do mojego pokoiku. Pracę rozpoczynałem nazajutrz. Szybko dostałem konia pod siodło. Był niezbędny, bo gospodarstwo miało 900 hektarów. Niedługo zaczęły się żniwa, na które przyjeżdżali ludzie z miasta: z sądu, urzędu wojewódzkiego. Dziennie po 20 osób do pomocy. Z kolei na wykopki przyjeżdżało do nas wojsko. Ja byłem zatrudniony na stanowisku agronoma. Nie pracowałem jednak tylko na miejscu. Moim zadaniem było objeżdżanie okolicznych PGR-ów aż po Dębno. W Swobnicy mieliśmy dodatkowo 3 tys. owiec. Bardzo ze wszystkimi się zżyłem. Wkrótce przyszedł czas na dożynki. Pomagałem przy ich organizacji, a miałem i do tego smykałkę. Przypominam sobie, że wtedy nawet wino z żyta sobie zrobiliśmy. Uczestniczyłem też w pracy orkiestry w Trzcińsku, a dziewczyny wciągnęły mnie do chóru kościelnego. Tak minął mi pierwszy rok pracy.
Wspólne życie
W następnym roku z nakazu pracy przyjechała tam także młoda nauczycielka Stanisława Półecka. Kierownik wysłał mnie do pomocy kobiecie, która wprowadziła się do kierowniczki szkoły. Po kilku dniach udało się jej załatwić oddzielny pokoik i tak się poznaliśmy. Tego samego roku, w grudniu poszedłem do wojska. W 1957 r. dostałem pierwszą przepustkę. Wtedy wzięliśmy ślub. Do Strzelczyna pojechaliśmy wraz ze świadkami na rowerach. Ślubu udzielał nam przewodniczący rady, pan Śliwka. Niedługo potem wróciłem do wojska. Skończyłem szkołę oficerską w Toruniu, następnie zostałem przerzucony do Warszawy i niedługo potem do Bielska Białej. Fantastyczna sprawa, bo żona pochodziła z Wadowic. Mieliśmy więc do siebie blisko. Z wojska wyszedłem w 1958 r. Wtedy wzięliśmy ślub kościelny w Swobnicy. W tym samym kościele, w którym wcześniej działałem w chórze.
We wrześniu tego samego roku żona otrzymała propozycję pracy w nowej szkole w Glinnej na stanowisku kierowniczki. Pojechała zobaczyć to miejsce i została. Szybko dostaliśmy tam mieszkanie, więc i ja tam pojechałem. Mieszkańcy przyjęli nas bardzo serdecznie, szybko się ze wszystkimi zaprzyjaźniliśmy. Zorganizowaliśmy tam koła gospodyń wiejskich, kółka rolnicze kursy kulinarne, kroju i szycia. Dzięki nim ludzie zdobywali zawód przydatny w dalszym życiu. Odbywało się tam także mnóstwo imprez kulturalnych czy zabaw choinkowych.
Po ośmiu latach pojawił się u nas ówczesny wiceprzewodniczący powiatowej rady pan Podkowa, który poinformował nas o otwarciu nowej szkoły w Polesinach. Okazało się, że obiecał tamtym ludziom dobrą nauczycielkę i tak zaproponował tę pracę żonie. Pojechaliśmy więc tam. Okazało się, że to piękna miejscowość w lesie, a dodatkowo przygotowano dla nas ładny domek. Zostaliśmy tam na sześć lat. Szybko nawiązaliśmy nowe kontakty. Właśnie stamtąd wywodzi się karykaturzysta i rysownik Henryk Sawka, jeden rocznik z moim synem. Niestety okazało się, że szkoła zostanie zamknięta. Przenieśliśmy się więc znowu, tym razem na dwa lata do Kładowa niedaleko Krzywina. Stamtąd już do Gryfina.
Szkoda tego wszystkiego
Tutaj początkowo podjąłem pracę w spółdzielni ogrodniczej. Szkoda tej firmy, że została zlikwidowana. Mieliśmy swoją siedzibę koło szpitala. Tu mieścił się skup warzyw i owoców. Początkowo tam też kisiliśmy kapustę i ogórki. Później przenieśliśmy się z tym do Czepina. Firma naprawdę dobrze prosperowała. Ogórki kupowaliśmy nawet w Widuchowej, Ognicy czy Sobieradzu. Po jakimś czasie wszystko pozamykano i sprzedano. Po firmie pozostał jedynie sklep ogrodniczy przy ul. Szczecińskiej i magazyny przy ul. Kolejowej, w których pan Lewandowski urządził swój sklep.
Szkoda tego skupu, bo to była masa towaru. Kupowaliśmy ponad 500 ton kapusty i ogórków, po 100-200 ton porzeczek. W okolicy Gryfina było przecież wiele działek. Ludzie uprawiali warzywa i owoce, a latem dorośli i dzieci mieli szansę na dodatkowy zarobek. I nagle, lekką ręką zlikwidowali skup i przetwórnię. Młodzież teraz psoci, bo nie ma zajęcia. A moi synowie chodzili przecież do sąsiada pod Czepino zrywać ogórki. Dzięki temu zawsze mieli trochę swoich pieniędzy. To było bardzo ważne. W spółdzielni pracowałem więc przez jakieś dwa-trzy lata. Potem zostałem mianowany zastępcą dyrektora Spółdzielni Kółek Rolniczych w Gryfinie. Mieliśmy 500 hektarów pól, braliśmy wszystkie mało urodzajne ziemie w okolicy. Do tego 1500 świń w Borzymiu w dwóch chlewniach i w letniej wiacie. Miałem naprawdę dobrą załogę, która dbała o wszystko, jak o swoje. Wśród nich mojego przyjaciela, pana Lejmana, który mimo że odziedziczył gospodarkę po rodzicach, to nigdy nie odmawiał pracy. Obecnie mieszka w Berlinie. Pamiętam też innych współpracowników: Matusiak, Drabiki. Teraz większość tych ziem stoi odłogiem. A każdy, kto kupuje, to sadzi kukurydzę lub rzepak rok po roku, a to dla ziemi niedobrze.
Potem dostałem nominację na dyrektora do Morynia. Tam jednak nie byłem długo, bo właściwie na zastępstwo. Kierowałem natomiast dwustuosobową wspaniałą załogą. Żebym tam został, to nawet kupili mi domek. Do dzisiaj mam kontakt z nimi. Jak pojawiam się w tamtych okolicach, to pytają, dlaczego ich nie odwiedzam, a jedynie sąsiadów. Jeden z nich zrobił nawet żonie pomnik.
Stamtąd przeszedłem do Widuchowej, gdzie pracowałem przez cztery lata. Moim wielkim osiągnięciem było wybudowanie dla pracowników trzypiętrowego bloku mieszkalnego. Wtedy 100 procent załogi miało swoje mieszkanie. Kolejny szef nieco to wszystko zaniedbał. Szkoda, bo mieliśmy tam najlepszy sprzęt, który miał 98 procent sprawności. W konkursie na snopowiązałkę i prasę zajęliśmy pierwsze miejsce w Polsce!
Sport i kultura
Całe moje życie to była także działalność kulturalna i sportowa. Organizowałem mnóstwo imprez od dożynek po szkolenia pracownicze. Koło gospodyń w Marwicach było nieduże. Ale szybko doszliśmy do wniosku, że warto byłoby zorganizować spotkanie z wojskiem radzieckim, które stacjonowało wtedy na lotnisku w Chojnie. Zaprosiliśmy także nauczycielki, panie z okolicznych kół gospodyń. W sali były wtedy aż 103 osoby, a koszt prawie żaden. Rosjanie dostali od nas w prezencie wielkiego rogala upieczonego przez jednego z okolicznych piekarzy. W czasie zabawy przygotowaliśmy konkurs wiedzy o przyjaźni. Raport z jego przeprowadzenia przesłaliśmy do Szczecina i okazało się, że zajęliśmy pierwsze miejsce w województwie i otrzymaliśmy za to kolorowy telewizor. Mam więc mnóstwo fantastycznych wspomnień, szczególnie z miejsc i czasów, gdzie do działań zaangażowanej grupy starszych włączała się także młodzież. W Widuchowej mieliśmy na przykład własny zespół muzyczny, który grał na zabawach i weselach. Od tamtego czasu co roku pojawiam się na Jarmarku Widuchowskim. Spotkamy się, rozmawiamy i po kieliszeczku mojej naleweczki pijemy.
Stamtąd z kolei jako członek ZSL przeszedłem do pracy w Starym Czarnowie na stanowisku sekretarza. To był ciężki okres. Nie bałem się jednak nikogo, mimo że mnie straszyli. Zawsze uważałem, że każdy powinien robić swoje i za to odpowiadać. Pomogłem gminie sporo. Któregoś razu mieli wielki problem z zakończeniem pewnej inwestycji, brakowało jedynie dachówki. Teraz to brzmi śmiesznie, ale wtedy zjeździli całą Polskę i nie udało im się jej załatwić. Pojechałem do Płoni, gdzie produkowano kontenery. Tak się zdarzyło, że znałem tamtejszego dyrektora. Sprzedał mi blachę i dach został pokryty. Załatwiłem też znajomego dekarza. Do dzisiaj dach jest cały!
W LZS-ach działałem jeszcze w czasach szkolnych. Pierwszy dyplom w biegach zdobyłem jeszcze w 1949 r. Po latach, już tutaj byłem organizatorem wielu imprez sportowych. Działałem w tym zakresie wspólnie z panią Marią Tumanowicz i panami Szałkiem oraz Kilińskim. Prowadziłem LZS-y w Starym Czarnowie, Baniach czy Widuchowej. Mam wiele wspomnień, pamiątek, nagród i medali w tym zakresie. Organizowaliśmy rajdy samochodowe oraz rowerowe po Puszczy Bukowej. Mój syn był wtedy dyrektorem szkoły w Binowie i tam organizowaliśmy ogniska i mnóstwo konkursów sprawnościowych. Któregoś roku jechaliśmy z młodzieżą szlakiem zwycięstwa od Gryfina aż do Czelina. Wiele osób do dzisiaj te imprezy wspomina.
Mam dwóch synów, sześcioro wnucząt: trzy dziewczyny i trzech chłopaków. Najstarsi skończyli już studia, a najmłodsza z nich jest jeszcze uczennicą szkoły podstawowej. Ma dopiero 7 lat. Wszystkie moje dzieci uczyły się w gryfińskim ognisku muzycznym u p. Józka Kupryjańczyka. Muzykowanie to u nas rodzinna tradycja. Tu muszę przypomnieć, że przed laty byłem też organistą w kościele. Mam już też prawnuka we Wrocławiu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze