Pod koniec życia Lucjan Tołłoczko kojarzony był jako charakterystyczny, starszy kibic, który przychodził na Stadion Miejski, prowadząc u boku sfatygowany rower i pokrzykiwał na piłkarzy. To niepełny obraz jego osoby. Przed laty był bowiem ważnym działaczem, najpierw Polonii, a następnie Energetyka Gryfino. Mimo to, nigdy nie doczekał tekstu na temat swoich osiągnięć, artykułu, który doceniłby pracę, jaką wykonał dla lokalnej piłki nożnej. W piątą rocznicę śmierci postanowiliśmy nadrobić zaległości, oddając panu Luckowi jego zasługi
Nieodłącznym atrybutem Lucjana Tołłoczko był rower, który urósł wręcz do rangi symbolu.
- Mama odeszła w 1994 roku. Od dnia jej pogrzebu, tata przez dwadzieścia lat rozpoczynał dzień od podróży rowerem na cmentarz. Nie ważne, czy była zima, czy lato. Kiedyś wracam z pracy, upał, środek lipca, a ojciec pod bramką z rowerem. Nie przeszkadzało mu nic. Gdy musiał coś załatwić, siadał na rower i jechał. Nigdy się z nim nie rozstawał i był do niego bardzo przywiązany – mówi Maria Gnap, córka działacza. Widząc jego zamiłowanie do jazdy na jednośladzie, członkowie rodziny postanowili, w prezencie urodzinowym, wręczyć mu nowy model. Nie spotkało się to jednak z zadowoleniem jubilata.
- Miał taką starą kozę, więc na urodziny kupiliśmy mu nowy rower, taki z przerzutkami. Ojciec powiedział jednak, że woli swój, bo jak gdzieś zostawi, to mu nie ukradną – uśmiecha się Agnieszka Tołłoczko.
- Ale i tak w końcu mu go ukradli. Zostawił rower pod sklepem i zniknął – wtrąca jej mąż Jacek, trzecia osoba uczestnicząca w naszych wspominkach. Cała trójka to świetni rozmówcy. Otwarci, niebojący się trudnych pytań. Ich wspomnienia krzyżują się i uzupełniają, dając pełniejszy obraz działacza. Po kilkugodzinnym spotkaniu utwierdzamy się w przekonaniu: Lucjan Tołłoczko był strasznym nerwusem.
- Pewnego razu kompletował dokumenty do Złotej Odznaki ZZPN za zasługi dla rozwoju piłki nożnej i rozpoczął poszukiwania swoich pamiątek. Takimi rzeczami zawsze zajmowała się mama, ojciec nigdy nie wiedział, gdzie co jest w domu. W poszukiwania zaangażowała się więc cała rodzina. Tata zirytował się, że nie możemy czegoś znaleźć, podarł dyplomy, papiery i powiedział: „No to miałem już złotą odznakę” – śmieje się Jacek Tołłoczko, dodając, że ojciec zwykle stawiał na swoim.
- Mama mówiła mu, by czegoś nie robił, on odpowiadał, że nie będzie, po czym i tak robił. Musiało wyjść na jego – wyjaśnia. Był też bardzo otwarty i gościnny. Z tego powodu, przez kilkadziesiąt lat przez jego dom przewinęły się niezliczone rzesze działaczy i piłkarzy. Część z nich… mieszkała zresztą u Tołłoczków, gdy tylko zachodziła taka konieczność.
- To było na porządku dziennym, przywykliśmy do tego – potwierdza pani Maria, która przez najbliższych kilkadziesiąt minut, wspólnymi siłami z bratem i bratową pokazują nam, że Lucjan Tołłoczko naprawdę kochał Polonię i Energetyk, stawiając oba kluby na równi z najbliższymi.
Cały artykuł znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze