- - Jedzenie mieliśmy, ale problem był z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, bo Niemcy ciągle prowadzili ostrzał – wspominał na naszych łamach śp. Mieczysław Siedlik, ps "Mitręga". Prezentujemy archiwalny artykuł, który ukazał się w Gazecie Gryfińskiej w 2009 roku
Gdy wybuchała wojna był trzynastolatkiem, a gdy wszedł do okupowanej Warszawy, był w roku uzyskania pełnoletniości. Wcześniej walczył w partyzantce i właśnie tu usłyszał rozkaz przedarcia się do walczących warszawiaków.
- Razem z kolegą, który nosił pseudonim Kmicic, otrzymaliśmy rozkaz przedarcia się do stolicy, eskortując kobietę, łączniczkę o pseudonimie Narcyz – opowiada pan Mieczysław, który mimo wieku doskonale pamięta tamte zdarzenia, miejsca i nazwiska.
Przebrani w chłopskie stroje, uzbrojeni w pistolety, z niewielką ilością amunicji, za pazuchami jechali pociągiem, obserwując tylko o rok starszą towarzyszkę. Wysiedli w podwarszawskich Włochach, wieczorem i przedostali się przez lasek na Wolę.
- Powstanie było w pełni, wszędzie słychać było strzały. Przez Wolę w nocy dotarliśmy na Żoliborz, gdzie działało zgrupowanie Żywiciel. Przekazaliśmy łączniczkę ich przedstawicielowi, po czym mieliśmy wrócić do swoich, ale zaraz po spotkaniu z powstańcami zostaliśmy otoczeni przez Niemców – relacjonuje nasz rozmówca.
Ukryci w piwnicach i prowizorycznych bunkrach, bronili się przed przeciwnikiem, który dysponował przewagą ognia. Kmicic został postrzelony w ramię, a ich pobyt w piwnicy przedłużył się do kilku dni.
- Jedzenie mieliśmy, ale problem był z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, bo Niemcy ciągle prowadzili ostrzał – wspomina pan Mieczysław. Dopiero po pewnym czasie, 29 września, w ostatnich dniach walki udało im się wydostać z budynku. Bez amunicji zużytej w obronie, nie mogli otrzymać pomocy także od słabo uzbrojonych powstańców. Nie broniąc się przedzierali się przez Żoliborz, uciekali raczej bezbronni wobec tropiących ich przeciwników. Za całą defensywę odpowiadał jeden granat, który szybko musiał być rzucony w nacierających. W końcu udało im się uliczkami dostać na przedmieścia i do Lasu Kampinoskiego. Później kierowali się wzdłuż linii kolejowej do Sochaczewa, który następnie musiał być oczywiście ominięty, przedzierali się lasami aż dotarli do swojego oddziału partyzanckiego.
- Tak wyglądał ten mój epizod w Powstaniu – dodaje Mieczysław Siedlik. Zapytany o Powstańców odpowiada zdecydowanie.
- Dzielni, śmiali, odważni, ale i otwarci – wylicza. – Bez strachu walczyli, bez żadnych obaw. U żadnego z nich nie widziałem nic takiego – dodaje.
Po wojnie niełatwo
Po wojnie losy Mieczysława Siedlika nie układały się prosto. AK-owcy byli tropieni i wyłapywani. Przez ten fakt, nie mógł on długo wrócić do rodzinnego domu w Koluszkach. Ukrywał się u innych członków rodziny w Łodzi, uczęszczał do szkoły dla dorosłych kończąc przerwaną edukację. Wreszcie dostał przydział do pracy, musiał stawić się w Olsztynie, w Służbie Ochrony Kolei, a niedługo później trafił do Giżycka.
- Gdy zakończyła się wojna i okazało się, że nie trzeba było się ujawniać jako żołnierze Armii Krajowej, dopiero wtedy mogłem wrócić do domu – relacjonuje.
Nie był to jednak koniec przygody z mundurem. Niedługo później okazało się, że został on powołany do wojska, a konkretnie do Marynarki Wojennej. Po szkole specjalistów morskich pływał na różnych jednostkach, aż został dowódcą punktu obserwacyjnego na Helu. Wówczas dostał wezwanie do szkoły oficerskiej, ale wtedy dała znać o sobie przeszłość.
- Przepytywano mnie, musiałem opowiedzieć swój życiorys. Powiedziałem, że byłem w Armii Krajowej, w partyzantce. Skierowano mnie na egzamin, który zdałem, bo miałem już ukończoną szkołę związaną z morzem i nieco doświadczenia. Niestety później musiałem stanąć przed oficerem polityczno-wychowawczym, który był Żydem i natychmiast zapytał mnie „Co Ty tam robiłeś w tym Twoim AK?” Oczywiście nie zostałem przyjęty i wróciłem na Hel. Tam jeden z dowódców powiedział mi wprost „Byłeś w jakiejś bandyckiej AK i chciałeś być oficerem?” i skończyło się. Dostałem zwolnienie, brązową kopertę i tyle – opowiada pan Mieczysław.
Kariery w wojsku nie dane było mu zrobić, pracował w różnych miejscach, trafiając w końcu na Pomorze Zachodnie. Był kierownikiem w Spółdzielni Spożywczej w Kamieniu Pomorskim, pracownikiem banku, aż trafił do pracy w Elektrowni Dolna Odra, w której doczekał emerytury. Mieszka z żoną w Gryfinie i choć dopisuje mu pamięć, nie zawsze wspomnienia wiążą się z miłymi chwilami. Pokazując na ścianę pełną pamiątek, odznaczeń i zdjęć, pan Mieczysław wzrusza się wyraźnie.
- Niech Pan spojrzy. Wszyscy już nie żyją… - mówi ocierając łzy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze