Reklama

Krzysztof Rześny - biografia, Gryfino, Polonia, Chrobry Szczecin | Przeglądając biogramy i artykuły dotyczące Krzysztofa Rześnego, odkrywamy nieznany etap życia bdquoGryfińskiego epizodurdquo. Jak sport rozwijało się w Gryfinie i jak miało to wpływ na jego karierę? Gdzie zaczynał grać na tym bdquoDz

Krzysztof Rześny jest jedną z legend Stali Mielec. Mało kto ma jednak świadomość, że początek kariery spędził w Gryfinie, grając w miejscowej Polonii. Występy w lokalnym klubie nie były jednak tylko epizodem w całej karierze. Jak sam wielokrotnie zaznacza, wpłynęły na jego rozwój sportowy, sprawiając, że rozegrał sześć meczów w reprezentacji Polski! Z okazji dzisiejszego meczu Pogoni Szczecin ze Stalą Mielec, przypominamy jego sylwetkę

Przeglądając biogramy i artykuły dotyczące Krzysztofa Rześnego, tak zawarte w prasie, publikacjach zwartych, jak i w internecie, nie natykamy się nawet na wzmiankę, dotyczącą „gryfińskiego etapu” jego życia. Wśród klubów, w których występował na juniorskim etapie kariery widnieją jedynie Orlęta Łuków i Chrobry Szczecin, bez adnotacji, że w międzyczasie, przez wiele lat przywdziewał także barwy zespołów z Gryfina. 

- Od jakiegoś czasu zastanawiam się dlaczego tak jest. Nigdy nie ukrywałem przecież, że grałem w Gryfinie i spędziłem w nim wiele wspaniałych chwil – komentuje 78-letni dziś Rześny, dodając, że jego bogata kariera sportowa, w której zajmował się również działalnością trenerską, rozwinęła się właśnie w naszym mieście.

Reklama

Choć urodził się w Łukowie, to w Gryfinie spędził młodzieńcze lata.

- Przyjechałem do Gryfina w drugiej klasie szkoły podstawowej, czyli około 1954 roku i mieszkałem parę dobrych lat, bo aż do 1961 roku – opowiada Krzysztof Rześny.

Przeprowadzka podyktowana była kwestiami zawodowymi jego mamy. Jako pracowniczka Służby Celnej została oddelegowana do pracy w miejscowości oddalonej od Łukowa o 670 kilometrów.

- Urząd Celny znajdował się w Gryfinie na ulicy Piastów. Tam też dostaliśmy mieszkanie, tuż obok mostu – dopowiada K. Rześny.

Reklama

 

Wymagający państwo Ołówek

Wkrótce po przyjeździe 8-letni wówczas Rześny rozpoczął naukę w Szkole Podstawowej nr 1 przy ulicy Łużyckiej. Jak nietrudno zauważyć, dwa najważniejsze dla niego miejsca znajdywały się w niedalekim sąsiedztwie miejskiego stadionu. Dodając do tego fakt, że przyszły reprezentant Polski już w Łukowie rozpoczął piłkarskie treningi, kwestią czasu stało się dołączenie do gryfińskiego klubu.

Nie była nim jednak Polonia, która w 1954 roku nie prowadziła swojej działalności. Stało się tak za sprawą przekształcania sportu polskiego na radziecki wzorzec. Wdrażanie rozwiązań znanych z Kraju Rad sprawiło, że odtąd każdy klub mógł funkcjonować wyłącznie przy zakładzie pracy. I tak w marcu 1950 roku Polonia została wchłonięta do Unii Gryfino która w 1953 roku przekształciła się w Ogniwo.

Reklama

To z kolei dwa lata później przeszło pod patronat Sparty Gryfino. Zdaje się, że właśnie w jej strukturach pierwsze piłkarskie kroki na tzw. „Dzikim Zachodzie” stawiał nasz bohater.

- Już wtedy ciągnęło mnie do sportu i naturalnym ruchem było podnoszenie umiejętności. Pamiętam, że często szliśmy na boisko od razu po lekcjach, bo boisko znajdywało się niedaleko – wspomina Krzysztof Rześny.

Nie ma jednak na myśli obecnego stadionu przy ulicy Sportowej 1. Ten został zmodernizowany w latach 60-tych, powstając „na gruzach” dawnego obiektu.

Reklama

- Przejeżdżałem kilkanaście lat temu przez Gryfino i spojrzałem w kilka starych stron. Aktualne boisko, to przy Odrze, kiedyś znajdywało się w trochę innym miejscu. W czasie modernizacji przesunięto je w boku – uznaje Rześny, który doskonale pamięta też całe zaplecze.

Z drugiej strony, zdaje się, że wyrażenie „zaplecze” jest sporym wyolbrzymieniem.

- Obiekt był w opłakanym stanie. Posiadał tylko malutką szatnię oraz jedno, miejsce boisko, które wyglądało na typowe wiejskie. Aby móc rozgrywać spotkania każdy trochę pomógł, naprawił coś – wymienia nasz rozmówca.

Reklama

Nie w lepszy sposób prezentowało się zresztą całe miasto. W 1954 roku rodzinę Rześnego przywitały przede wszystkim gruzy i ogromna bieda.

- W tamtym czasie miasto było strasznie zniszczone, jedno wielkie gruzowisko. Na środku rynku stał kościół, obok ruiny domu handlowego Radefeldt, a tak to wszystko wybite. Dopiero potem zaczęto pomału je odbudowywać – relacjonuje.

W Gryfinie istniała też wspomniana szkoła, którą przyszły kadrowicz Polski zapamiętał głównie ze względu na dwóch pedagogów.

- Języka polskiego uczył mnie pan Ołówek. Nauczycielką była też jego żona i bardzo dużo od nas wymagali – uśmiecha się Rześny.

Reklama

 

Genialny Zbyszek Kawka

Wracając do głównego wątku opowieści, kilkuletni Krzysztof rozwijał się, nie tylko pod kątem sportowym. Wraz ze wzrostem umiejętności piłkarskich w parze szedł też jego rozwój fizyczny.

- Odkąd pamiętam byłem bardzo wysokim chłopakiem. Dlatego grałem na obronie – tłumaczy.

Wzrost pomógł mu w szybkim debiucie w barwach Polonii, która na skutek „Odwilży”, po kilku latach niebytu wznowiła swoją działalność. Jak przyznaje nasz rozmówca, pierwszy mecz w seniorskiej drużynie rozegrał „na lewo” w wieku zaledwie czternastu lat.

Reklama

Miało to miejsce w 1960 roku, gdy Polonia z kompletem punktów wywalczyła awans do A-klasy, pokonując Piasta Chociwel, Ustroń Kluczewo oraz rezerwy Błękitnych Stargard i Piasta Choszczno.

- W zespole było bardzo dużo starszych zawodników. Pamiętam Mietka Czajkę, Lucjana Tołoczko, Edwarda Krynickiego i przede wszystkim Zbyszka Kawkę – przyznaje środkowy obrońca.

Chociaż w Gryfinie było kilku dobrych graczy, to właśnie Kawka każdorazowo robił na nim największe wrażenie.

- Był bez wątpienia najlepszym zawodnikiem Polonii. Grał jako napastnik i pomocnik. Dysponował świetnym dryblingiem i był bardzo bramkostrzelny. Wiele razy miał propozycję przejścia do lepszego klubu. Chciały go Arkonia i Pogoń czyli zespoły grające w 1.lidze, wówczas najwyższym poziomie rozgrywkowym, ale Zbyszek nie ruszył się nigdzie. To był wielki talent, ale też miejscowy chłopak, który najlepiej czuł się na swoim podwórku – charakteryzuje K. Rześny, który jako defensor, w czasie treningów wielokrotnie starał się zatrzymać kolegę.

Reklama

Jak zaznacza, miało to niebagatelny wpływ na rozwój jego talentu.

- Tyczy się to nie tylko Kawki, ale też innych osób z zespołu. W Polonii było wielu utalentowanych chłopaków, co pokazują wyniki. Drużyna była groźna, szczególnie na swoim terenie. Potrafiliśmy wygrać nawet z wyżej notowanym rywalem. Atmosfera była bardzo dobra także ze względu na kibiców. Pamiętam, że w Gryfinie na stadionie zawsze było dużo ludzi – wspomina K. Rześny.

Wszystko to sprawia, że z łezką w oku wspomina „gryfiński epizod” swojego życia. W jego analizie idzie nawet o krok dalej, uznając, że pobyt w Gryfinie ukształtował go pod każdym względem, a także pomógł… w grze w reprezentacji!

Reklama

- Gdy zaczynałem występować w seniorach byłem gówniarzem, bo miałem 14 lat. Mimo to trzymałem ze starszymi, którzy chyba coś we mnie widzieli, czuli, że posiadam smykałkę do gry. Dlatego zawsze brali mnie do składu, pomagali,  podpowiadali. Dzięki ich pomocy szybko wydoroślałem. Gdyby nie „gryfiński epizod” nie byłbym takim samym piłkarzem, bo nie nauczyłbym się aż tylu cennych rzeczy – podsumowuje 6-krotny reprezentant naszego kraju.

 

Rześny lepszy od Kasztelana

Przygoda obrońcy z seniorską Polonią nie trwała długo, bo tylko do 1961 roku. Rześny zakończył w tym czasie naukę w podstawówce i postanowił kontynuować edukację w Szczecinie. Jego wybór padł na Technikum Łączności, z którego wkrótce po tym przeniósł się do Technikum Budowlanego.

Reklama

- Jednym z moich nauczycieli był trener Chrobrego Szczecin. Znał mnie jeszcze z boiska, bo nasze zespoły grały w jednej juniorskiej lidze. W 1961 roku namówił mnie, by przejść do Chrobrego – dodaje Rześny.

Zmiana podyktowana była kilkoma względami. W pierwszej kolejności pozwoliła zaoszczędzić czas, który musiałby poświęcić na długie dojazdy.  Ponadto, Chrobry, podobnie jak inne juniorskie ekipy ze Szczecina dawały bezpośrednią przepustkę do Pogoni. Jak z kolei zaznacza nasz bohater, jak każdy chłopak z Gryfina był on wielkim fanem zespołu Dumy Pomorza.

- W 1958 roku Portowcy zdobyli historyczny awans do 1.ligi pod wodzą trenera Floriana Krygiera. Rozbudzali naszą wyobraźnię, więc regularnie jeździliśmy na mecze. Problemy pojawiały się w drodze powrotnej. Wskakiwaliśmy na gapę do pociągu, wysiadaliśmy w Podjuchach i potem nocą, na piechotę do Gryfina. Mama zawsze w domu krzyczała, ale mimo wszystko było warto – uśmiecha się Rześny.

Nie dziwi więc, że gdy w 1963 roku otrzymał propozycję gry w Pogoni Szczecin, nie wahał się długo. Tym samym przeszedł drogę identyczną do tej, jaką kilka lat wcześniej pokonał Marian Kielec, ówczesny król strzelców 1.ligi i gwiazda nie tylko sportowego Szczecina.

- On też grał w Chrobrym, gdzie zwrócił na siebie uwagę Pogoni. W 1963 roku siedziałem z nim w jednej szatni, występowałem na tym samym boisku – relacjonuje. O skali sukcesu niech świadczy wiek byłego obrońcy. W tym czasie miał zaledwie 17 lat!

- Mało kto w takim wieku mógł grać w Pogoni, a mi się udało. Było to tym bardziej wyjątkowe, że zadebiutowałem wcześniej niż mój rówieśnik Zenon Kasztelan, a więc wychowanek klubu! – zarysowuje sytuację K. Rześny, który także w Pogoni nie zagrzał długo miejsca.

Pożegnał się z nią po sezonie 1964/65, gdy Duma Pomorza spadła z pierwszej ligi.

- Rodzina zaczęła mnie namawiać do powrotu na wschód kraju, a konkretnie do Motoru Lublin – komentuje Rześny. W wyjeździe z miasta pomógł mu mały podstęp.

- Wykorzystałem moją mamę. Powiedziałem w klubie, że cała rodzina chce wrócić w rodzinne strony, a ja mam 18 lat i nie chcę sam zostawać. Podziałało, bo w końcu mnie puścili – tłumaczy piłkarz, który nie licząc pobytu zza ocean, spędził na wschodzie Polski resztę swojego bogatego życia.

 

Grał u Górskiego i Gmocha

To właśnie na wschodzie Polski Rześny rozwinął się piłkarsko, reprezentując barwy Motoru Lublin (1965-1970) i Stali Mielec (1970-1978). Grając u boku takich gwiazd jak choćby Grzegorz Lato, Zygmunt Kukla oraz Henryk Kasperczak, zaliczył najlepszy okres w swoje karierze.

Został on okraszony sześcioma występami w reprezentacji Polski u dwóch selekcjonerów: trenera Kazimierza Górskiego oraz jego następcy, Jacka Gmocha. Co ciekawe, debiut Rześnego w koszulce z orłem na piersi przypadł na 6 czerwca 1973 roku w eliminacjach do Mistrzostw  Świata przeciw Anglii, który odbył się w mekce polskiej piłki – na Stadionie Śląskim w Chorzowie.

- Czy stresowałem się przed tak ważnym meczem? Na stadionie było ponad 100 tysięcy osób, a rywal klasowy, więc nie ukrywam, że na początku był stres – zdradza.

Z drugiej strony miał wówczas 27 lat i duże doświadczenie boiskowe. Sprawiło to, że po kilku minutach, nie było mowy o zdenerwowaniu. 

- Szybko ochłonęliśmy po tym pierwszym wrażeniu i zaczęliśmy realizować nasze zadania. Trener Górski kazał grać z Anglii ich metodą, czyli wyrachowanie. Wygraliśmy 2:0, a sam mecz był przełomowym dla polskiej piłki – uznaje Rześny, jednocześnie żałując Włodka Lubańskiego.

W spotkaniu doznał groźnej kontuzji, po której nie zdołał wrócić do formy jaką prezentował wcześniej.

- Bardzo mi go szkoda, bo nigdy w życiu nie widziałem kogoś z takim talentem i umiejętnościami. To najlepszy piłkarz w naszej historii. Lewandowskiemu brakuje mu bardzo, bardzo dużo – ocenia.

Udany występ przeciwko Synom Albionu otworzył przed Rześnym szerokie perspektywy, dając mu szansę nawet na wyjazd do RFN-u, gdzie rok później odbyły się legendarne dla polskiej piłki nożnej Mistrzostwa Świata. Choć były zawodnik Polonii Gryfino w 1973 roku zagrał w spotkaniach z Meksykiem i trzech starciach z USA, ostatecznie zabrakło dla niego miejsca w gronie 23 powołanych zawodników.  

- Wiadomo, że czułem się wtedy zawiedziony, ale wiedziałem, że rywalizacja w kadrze była bardzo duża. Na mojej pozycji grał m.in. Szymanowski i teraz rozumiem decyzję Górskiego – przyznaje.

Jego przerwa od reprezentacji trwała dokładnie trzy lata, gdy został ponownie dostrzeżony, tym razem przez Jacka Gmocha. Twórca „Alchemii Futbolu” powołał obrońcę z Mielca na mecz eliminacji Mistrzostw Świata, w którym kadra miała zmierzyć się na wyjeździe z Portugalią.

- Także wygraliśmy 2:0 i to mój drugi najważniejszy mecz w całym życiu. Czułem po nim, że tym razem mogę jechać na Mundial do Argentyny – utrzymuje Rześny.

Przeszkodziła mu w tym jednak groźna kontuzja. Ze względu na wiek (30 lat) była to ostatnia szansa zaistnienia na poziomie międzynarodowym.

- Trochę nie ułożył mi się ten element kariery. Złapałem uraz i wszystko się posypało. Czy moje sześć meczów w kadrze to dużo, czy mało? Cieszę się z tego, co osiągnąłem, choć może trochę za długo zostałem w Motorze? Tak czy siak niczego nie żałuję – ocenia Rześny, który w 1978 roku wyjechał do Ameryki Południowej reprezentując kluby z Kanady i USA.

Po powrocie do kraju został zaś trenerem, a przez chwilę w 2001 roku, prezesem Stali Mielec.

 

Chciałby odwiedzić Gryfino

Jak Rześny zaznacza niemal przy każdym omawianym zagadnieniu, cała droga, jaką przebył rozpoczęła się w Gryfinie i gdyby nie lata w nim spędzone, byłby zupełnie innym piłkarzem i człowiekiem.

- Gdy nie wypracuje się pewnych rzeczy od dziecka, to nie da się potem tego nadrobić. Ja trafiłem w Gryfinie na wielu wyjątkowych ludzi, którzy dali mi bardzo dużo – podkreśla.

Od jego wyjazdu z regionu upłynęło niemal 60 lat, w czasie których tylko raz zawitał w Gryfinie.

- Piętnaście lat temu byłem tam przejazdem. Bardzo zmieniło się od mojego wyjazdu i rozwinęło. Także w temacie infrastruktury sportowej – komentuje Rześny, który bardzo ubolewa nad tym, że nie utrzymuje kontaktu z żadnym z dawnych kolegów.

Ma przy tym świadomość, że większość z nich odeszła już z tego świata.

- Kilka lat temu napisał do mnie Edward Krynicki. Wymieniliśmy kilka listów i poprosił mnie o to, bym podpisał zdjęcie, dla kogoś z jego znajomych. Poza tym nie miałem innego kontaktu – nie ukrywa były piłkarz, podkreślając, że chętnie odwiedziłby „swoje” Gryfino oraz Szczecin.

- Mam z kolei kontakt z kolegami z technikum, więc chciałbym ich jeszcze zobaczyć, przejść się po mojej szkole. Mówi pan, że wciąż funkcjonuje w tym samym miejscu i dalej jeździ tamtędy tramwaj numer 3? Od dawna mam ochotę odwiedzić dawne strony i chętnie zjawiłbym się z okazji jakiegoś jubileuszu – przyznaje Rześny.

 

Artykuł pochodzi z 2016 r. Został opublikowany w Gazecie Gryfińskiej. Wywiad z K. Rześnym nasz dziennikarz - choć do innego medium - przeprowadził również w 2020 r. Przeczytać go można TUTAJ.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama