Dziś przypada 85 rocznica „wprawki”, jak Hannah Arendt nazwała po latach akcję wywózki pomorskich Żydów. Stało się to w nocy z 12 na 13 lutego 1940 r., gdy naziści zebrali wszystkich przedstawicieli tej społeczności na dzisiejszej Łasztowni, skąd trafili do Generalnego Gubernatorstwa.
Pod koniec lat 30. sytuacja społeczna w Greifenhagen zaczęła ulegać zmianie. Naziści, którzy rządziili w III Rzeszy, coraz mocniej zaciskali pasek, ograniczając mniejszości żydowskiej kolejne prawa obywatelskie. Szeroko opisaliśmy to w tekście "Gdy nastał Adolf H. Życie w nazistowskim miasteczku", który prezentujemy poniżej.
Apogeum nastąpiło podczas Kristallnacht, gdy nie tylko spłonęła miejscowa synagoga, ale zniszczony został też tutejszy kirkut. Sytuację, bezpośrednio na własnej skórze, odczuli też poszczególni przedstawiciele społeczności.
Otto Pincus, przewodniczący tutejszej gminy żydowskiej, stracił manufakturę przy skrzyżowaniu dzisiejszej Piastów z Chrobrego oraz mieszkanie w willi przy Bismarckstrasse 15 (dziś apteka przy Grunwaldzkiej). Wspólnie z żoną – Erną Pincus z d. Böckel - został wyrzucony na bruk i skierowany do baraków miejskich. Znajdowały się na Wiesenweg, czyli u zbiegu dzisiejszych ulic: Garbarskiej oraz Targowej.
W spisie Żydów z Greifenhagen, wykonanym w maju 1939 r., przy ich nazwisku, poza „Wiesenweg” pojawia się również „Eisenbahnwagen 2”. Początkowo niezrozumiałą kwestię wyjaśnił nam Günter Unger, którego bliscy pochodzili z Greifenhagen. W rzeczonym spisie ich adres to: „Wiesenweg, Eisenbahnwagen 1”.
- Moja babcia Emma Cohn, ciocia Irma Cohn i ojciec Max Cohn mieszkali w Greifenhagen przy Baustrasse 28 (dziś początek ul. Niepodległości, blok, w którego parterze działa sklep z częściami samochodowymi – przyp. red.), skąd babcia i ciocia przeniosły się w latach 30. na Fischerstrasse 10 (dziś 1 Maja). Mieszkały tam podczas „Kristallnacht”. Po nocy pogromów zostały wyrzucone z mieszkania i musiały zamieszkać w wagonie kolejowym, który stał na Wiesenweg, w okolicy rzeki – opowiadał nam ponad 80-letni mężczyzna, który ze względu na późniejsze wydarzenia nie miał możliwości poznania przodków.
NA ŁASZTOWNI
Po tym zdarzeniu pomorscy Żydzi grupowali się w zbiorowiska. Sądzili, że gwarantuje im to większe bezpieczeństwo, niż przebywanie w rozproszeniu, na całym terenie prowincji. Dlatego też Żydzi z Greifenhagen stopniowo opuszczali miasto.
Uczyniła tak nie tylko wspomniana Emma Cohn, która zamieszkała u kuzynki w Stettinie. Wkrótce po „Nocy kryształowej” wyjechali bracia Jacobsohn, których rodzina prowadziła sklep naprzeciwko kościoła oraz zajmowała dwie wille przy dzisiejszej ul. Grunwaldzkiej. 70-letni Gustav i starszy od niego o dwa lata Max przenieśli się do Altdamm, gdzie zamieszkali w pobliżu siostry, Rosy Nathanson.
Były to złudne nadzieje, co uświadomiła zima 1940 r. Wieczorem 12 lutego, do mieszkań zajmowanych przez Żydów weszli funkcjonariusze partii, nakazując mieszkańcom przygotować się do podróży. Wszystko miało odbywać się w spokojnej atmosferze.
- Wieczorem w każdym żydowskim mieszkaniu pojawił się oddział Gestapo i odczytał nam rozkaz, według którego musieliśmy opuścić granice Niemiec w ciągu ośmiu godzin. Przyjaźni, niczym dżentelmeni, dali nam warunki do przygotowania się do podróży. Każdy z nas miał możliwość zabrania walizki – przytaczał w swojej relacji dr Erich Mosbach, stomatolog ze Stettina.
Podobne zdarzenia miały miejsce na terenie całej prowincji. Żydzi z dwudziestu sześciu pomorskich miasteczek zostali zgromadzeni na terenie dworca towarowego (Breslauer Bahnhof), mieszczącego się na szczecińskiej Łasztowni. Spędzili w mrozie kilkanaście godzin, czekając na kolejne rodziny, systematycznie dowożone z terenu całego regionu. 13 lutego zostali załadowani do nieocieplonego pociągu, który ruszył pociąg w kierunku Generalnego Gubernatorstwa, jak nazywano tereny okupowanej Polski. Zanim to nastąpiło, Żydom odebrano walizki i kosztowności, których nie zdołali ukryć.
W wagonach znaleźli się m.in. Gustav i Max Jacobsohnowie oraz ich siostra Rosa z mężem Paulem i pozostałymi Nathonsonami. Deportacja objęła też Emme Cohn i jej kuzynkę ze Stettina. Tak samo jak Marcusów, zarówno tych z Altdamm, jak i Greifenhagen. Łącznie 1120 osób. Moment ruszenia pociągu, zdaniem historyków, jest tożsamy z końcem świata niemieckich Żydów w Provinz Pommern. Odwrotnie dla władz ówczesnych Niemiec: dla których deportacja z 12 na 13 lutego stanowiła dopiero początek.
PIERWSZE ZGONY
Podróż w nieznane zakończyła się po trzech dniach i zebrała krwawe żniwo. Jak opowiadali nieliczni, którym udało się przeżyć, 1120 transportowanych Żydów musiało poradzić sobie w tym czasie bez wody oraz ogrzewania. Luty 1940 r. był wyjątkowo zimny. To oraz ścisk w wagonach czwartej klasy sprawiło, że już po pierwszej dobie odnotowano ofiary śmiertelne. Na stacji w Pile wyciągnięte zostało ciało 60-letniej Ernestine Badenski ze Stettina. Liczba zgonów rosła z każdą godziną. Odnotowywano odmrożenia, przypadki obłąkania, a nawet samobójstwa. Trwająca 690 kilometrów podróż zakończyła się na dworcu w Lublinie. W książce Juden in Vorpommern Wolfgang Wilhelmus wyliczył, że na stacji docelowej doliczono się łącznie 71 zmarłych.
- We wspomnieniach znaleźć można informacje, że wysiedlonych przywitano w przerażający sposób. Do wagonów doskoczyć mieli natychmiast członkowie policji porządkowej i kolejno wywlekać z nich przerażonych pasażerów. Bito ich przy tym kolbami i kopano. Zmaltretowanych trzydniową podróżą, ledwie trzymających się na nogach ludzi, zapędzono czwórkami do obozu przy ulicy Lipowej 7. Podczas upokarzającego marszu przez lubelskie ulice umrzeć miało kolejnych 10 osób – pisze Eryk Krasucki w Historia kręci drejdlem. Z dziejów (nie tylko) szczecińskich Żydów.
Na miejscu rozdzielono przyjezdnych między baraki i dokonano „przeglądu”. Nazistowska „Maszyna Zagłady” w lubelskim dystrykcie Generalnego Gubernatorstwa nie działała jeszcze, jak powinna. Przyjęcie tak dużej liczby osób w jednym miejscu nie było wówczas możliwe. Dlatego też pomorscy Żydzi zostali rozdzieleni między kilka miejscowości okręgu: 525 osób trafiło do Piast, 245 do Bełżyc, zaś 69 do Głuska. W każdym z nich znaleźli się dawni mieszkańcy Kreis Greifenhagen, stając się pierwszymi ofiarami.
Wspomnianego 16 lutego 1940 r. w Bełżycach zmarła Taubchen Brenner, 76-latka pochodząca z Bienenwerder, czyli Łubnicy. Być może zginęła podczas marszu z Lublina, gdy kilkudziesięciostopniowy mróz, w połączeniu ze skrajnym wycieńczeniem, podwyższyły i tak wysokie statystyki śmiertelności.22 lutego w Głusku śmierć poniosła natomiast Hedwiga Pincus, wychowana w Woltinie (Wełtyń) a mieszkająca w Greifenhagen siostra Otta – przewodniczącego miejscowej gminy żydowskiej.
RÓŻNICE KULTUROWE
Jeśli wierzyć liście osób deportowanych z rejencji szczecińskiej do Generalnego Gubernatorstwa oraz danym z lubelskiego Judenratu, w gronie 1120 pomorskich Żydów znalazła się zaledwie jedna osoba pochodząca z Greifenhagen. Nie jest to prawdą. Wspomniane spisy opisywały stan z 12/13 lutego 1940 r. Tymczasem, jak zostało już napisane, po wydarzeniach Kristallnach (Nocy Kryształowej), w obawie przed dalszymi aktami agresji ze strony nazistów, żydowscy mieszkańcy Pomorza wyjeżdżali do większych ośrodków, bądź organizowali się w „solidniejsze” grupy. Tak uczynili m.in. bracia Jacobsohn, którzy w 1938 r. przenieśli się z Greifenhagen do Altdamm (dziś Szczecin-Dąbie), gdzie mieszkała rodzina ich siostry – Rosy Nathanson. 72-letni Gustav (dawny przewodniczący gminy żydowskiej w Greifenhagen) i starszy od niego o dwa lata Max liczyli zapewne, że w szerszym gronie rodzinnym grozi im mniejsze niebezpieczeństwo. Deportacja okazała się jednak nieunikniona i to nie adres zamieszkania był w jej przypadku decydującym czynnikiem.
Miejscowości, do których rozdzielono ich w Lublinie, były położone w bliskiej odległości. Wspólny mianownik stanowiła panująca w nich bieda i niezbyt wysoki poziom cywilizacyjnego rozwoju. To o tyle istotne, że niemieccy Żydzi, którzy zaznali życia w „nowoczesności”, musieli stworzyć społeczność z obcymi im kulturowo, polskimi Żydami.
- W tych trzech miejscowościach deportowani początkowo nie trafiali ani do gett, ani do obozów. Zostali po prostu dokwaterowani do domów i mieszkań zajmowanych przez miejscowe rodziny żydowskie. Część zmuszona została do tego, aby zamieszkać w stodołach i szopach przydomowych. Jeśli uwzględnić, że już przed wojną deficyt lokali mieszkalnych był jednym z najbardziej palących problemów w miasteczkach Lubelszczyzny, nietrudno wyobrazić sobie, jakie kłopoty nastręczyć musiało przybycie czasem setek, czasem dziesiątek nowych lokatorów – tłumaczy prof. Krasucki, który w swojej książce przytacza fragmenty niemieckich listów, mówiących o przerażających warunkach toaletowych, ogromnej biedzie, czy konieczności życia w dużej grupie z obcymi ludźmi.
Polscy Żydzi mieli z kolei pretensje o to, że przyjezdni zabierają im chleb oraz pracę (jako że znali język niemiecki, łatwiej było im nawiązywać „współpracę” z niemiecką administracją).
Analizując sytuację na przestrzeni miesięcy wydaje się jednak, że początkowe tygodnie, mimo lęku związanego z życiem w nieznanym miejscu, były relatywnie spokojne i bezpieczne. Najtrudniejsze miało przyjść pod koniec roku, wraz z procesem gettoizacji obszaru. Nie zmienia to jednak faktu, że już pierwszy okres pobytu w dystrykcie lubelskim GG przyniósł krwawe żniwo. Tylko do 12 marca 1940 r. śmierć poniosło 230 osób.
- Gdy do tej statystyki doda się tych, którzy nie wytrzymali trudów podróży ze Szczecina do Lublina, okaże się, że w ciągu niespełna zmarła ponad 1/4 wszystkich deportowanych. W ten sposób, bez mordowania i specjalnych zabiegów, na głębokiej polskiej prowincji dokonywała się powolna zagłada żydowskiej społeczności Szczecina i okolic – komentuje profesor Eryk Krasucki.
OSTATNIA ŻYDÓWKA Z GREIFENHAGEN
Chociaż znamy ostatnie miejsca pobytu członków interesującej nas społeczności, tylko w pojedynczych przypadkach odnotowano dokładną datę śmierci poszczególnych jej członków.
Joel Marcuse zmarł 18 marca 1940 r. w Lublinie. 84-latek wywodził się z Greifenhagen, ale dorosłe życie związał z Altdamm skąd pochodziła jego żona, Röschen Nathansohn. Razem ze szwagrem prowadził tam przedsiębiorstwo handlowe. Paul Nathansohn był z kolei mężem wspomnianej Rosy z d. Jacobsohn. Więzy między tymi trzema familiami zacieśniły się jeszcze bardziej, gdy młodszy z synów Joela i Röschen – Albert Marcuse – wziął za żonę Phillipine z d. Lewin. Jej matka Martha (zm. 1916 r.) była bowiem siostrą Rosy, Gustava i Maxa Jacobsohnów. Członkowie połączonych rodzin stanowili sporą grupę, większość z 21 altdammczyków, którzy zostali wywiezieni do Lublina. Na miejscu nie pozwolono im jednak pozostać razem.
- Max, starszy syn Joela Marcuse, jego żona Martha oraz ich synowie 10-letni Alfons i 13-letni Horst trafili do getta w Piaskach, tak jak Paul i Rosa Nathansohnowie. Albert Marcuse z żoną Philippine natomiast do getta w Bełżycach, które z czasem przemianowano na obóz zagłady. Wszyscy zostali zamordowani prawdopodobnie w roku 1942 – wylicza Andrzej Kotula, który zainteresował się historią Żydów z Altdamm.
Patrząc na spisy poszczególnych miejscowości dystryktu lubelskiego GG, podczas podziału pozwalano „łączyć” się tylko najbliższym członkom rodziny: małżonkom i ich dzieciom. Z tego powodu, gdy 25 marca 1940 r. Max Jacobsohn umierał w Bełżycach, nie było przy nim rodzeństwa. Brat Gustav przebywał w Głusku, gdzie sześć dni wcześniej zmarła jego żona Martha. Do końca roku odeszli też pozostali Żydzi z Kreis Greifenhagen, którzy znaleźli się w tym miejscu: 14 maja Max Steinhard z Lindow (dzisiaj Lubicz), 20 maja Adolf Lippmann, a 16 października Mathilde Lippmann (oboje z Kolow).
W Bełżycach wylądowali natomiast: Otto i Erna Pincusowie, Egon Samuel (student muzyki) wraz z rodzicami Gustawem i Else z d. Fuchs, a także Else Meyer z d. Pincus, z mężem Leopoldem i córką Margot. Do Piask, poza wspomnianymi Marcusami i Nathansonami skierowane zostały ponadto: Emma Cohn z Greifenhagen, Therese Braun z Heinrichsdorf (Babinka), Jenny Rosenberg z Bienenwerder (Łubnica, zm. 12.03.1941 r.) oraz Wally i Gertrud Marcuse, matka z córką, które mieszkały w centrum Gryfina, gdzie ich rodzina prowadziła manufakturę.
Właśnie 25-letnia Gertrud, jako jedyna z grona deportowanych ze szczecińskiej rejencji, miała zapisaną przy nazwisku nazwę naszego miasta. Czyni to z niej ostatnią Żydówkę z Greifenhagen, co ma symboliczne znaczenie. Wszak, to od przedstawiciela rodziny Marcuse, na początku XVIII w., rozpoczęło się żydowskie osadnictwo w mieście.
Nie wiadomo jaki dokładnie spotkał ją los. Ślady życia Gertrud, podobnie jak większości opisanych osób, urywają się w wymienionych miejscowościach Generalnego Gubernatorstwa. Jeżeli komuś udało się wytrwać w głuskim gettcie do października 1942 r., zostawał przeniesiony do Piask, gdzie działało getto tranzytowe. Żydów – nie tylko pomorskich, gdyż do tego czasu kierowano tam również osoby pochodzenia żydowskiego z Czech, Słowacji, innych części Niemiec i całego dystryktu GG – wysyłano stamtąd do obozów zagłady w Bełżycach i Sobiborze.
Z kolei w Treblince znalazła się Else Meyer. Siostra Gustava Pincusa i Käthe Löwy oraz córka Amalie Pincus została zamordowana w październiku 1942 roku. Nie ulega wątpliwości, że ten sam los spotkał niemal wszystkich, którzy opuścili szczecińską Łasztownię w lutym 1940 r.
Ostatni akord ich tragedii rozegrał się już po wojnie. 22 lutego 1946 r. wójt gminy Bełżyce, ogłosił, że: „Rozkopywanie grobów osób pomordowanych przez Niemców w poszukiwaniu kosztowności jest przestępstwem, stanowi bowiem usiłowanie przywłaszczenia przedmiotów stanowiących własność Państwa”. W żaden sposób nie powstrzymało to miejscowych przed przeczesywaniem okolicy, co w znakomitych Płuczkach opisał Paweł Piotr Reszka. „Gorączka złota” na terenie dawnych gett i nazistowskich obozów zagłady na Lubelszczyźnie, trwała w najlepsze jeszcze do lat 60. XX wieku.
PRZODKOWIE BEZ TWARZY
W wielu przypadkach śmierć Żydów z Greifenhagen była nieodnotowana, przez co anonimowa. Co do Emmy Cohn nie ma najmniejszych wątpliwości. Odeszła 30 lipca 1940 r. w Piaskach. Choć przy jej nazwisku pojawił się dopisek „Stettin”, większość życia spędziła w Greifenhagen, gdzie legitymowała się trzema adresami. Początkowo zamieszkiwała kamienicę przy Baustrasse (dziś Niepodległości) z widokiem na słynną cukiernię Albrechta. W latach 30. przeniosła się na Fischerstrasse (dziś 1 Maja), a po Kristallnacht przepędzono ją do baraków miejskich przy rzece.
- Mieszkała tam w porzuconym wagonie kolejowym. Dla poczucia bezpieczeństwa zdecydowała się wyjechać do większego miasta. Moja babcia przeniosła się wtedy do Stettina, gdzie mieszkała jej kuzynka, Helene Levy – opowiadał nam Günter Unger, wnuk Emmy Cohn.
Liczący ponad 80 lat mężczyzna nigdy nie poznał swoich bliskich. Poświęcił jednak wiele lat, by dowiedzieć się jaki los spotkał członków jego rodziny.
- Babcia zginęła w Piaskach, a ciocia Levy niedługo później, 20 października 1940 r. w Bełżycach. W tym momencie nie było przy nich innych członków rodziny. Moja ciocia Irma nie zamieszkała w Stettinie, tylko przeniosła się z Greifenhagen do Isenburga. Podczas prześladowań narodowosocjalistycznych została wysłana do kobiecego obozu koncentracyjnego Lichtenburg w Saksonii, ale nie udało mi się ustalić dokładnego roku. Na pewno jednak, po rozwiązaniu tego obozu w maju 1939 r., wraz z innymi więźniarkami została przeniesiona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück – relacjonuje jej bratanek.
Irma Cohn była przetrzymywana w kobiecym obozie przez niemal trzy lata. Nie doczekała wyzwolenia.
- Wiosną 1942 r. w obozie Ravensbrück wybrano 1600 kobiet i zamordowano gazem w ośrodku zagłady w Bernburgu. Wśród nich była ciocia, Irma Cohn. Zmarła 13 lutego 1942 r. – dopowiada Unger.
Paradoksalnie najmniej dowiedział się na temat ojca. Max Cohn również wyjechał z Greifenhagen przed wybuchem II wojny światowej. W maju 1939 r. przebywał w więzieniu w miejscowości Brandenburg nad rzeką Havelą. Jedenaście miesięcy później znalazł się zapewne w Stuttgarcie. Świadczy o tym dokument ze zbiorów waszyngtońskiego Holocaust Memorial Museum. W piśmie, wysłanym 1 kwietnia 1940 r. przez policję w Stuttgarcie do komisariatu w Stettinie, pada pytanie o Maxa Cohna, „rozwiedzionego krawca”, urodzonego 29 grudnia 1908 r. w Greifenhagen in Pommern.
- W toczącym się śledztwie przeciwko ww. Cohnowi w sprawie podejrzenia o przemyt ludzi szczególnie ważne jest udowodnienie jego pochodzenia w urzędzie stanu cywilnego w Greifenhagen. Cohn twierdzi, że jest żydowskiej rasy mieszanej pierwszego stopnia. Proszę o zbadanie tego oświadczenia telefonicznie w urzędzie stanu cywilnego w Greifenhagen i jak najszybsze przesłanie wyników – napisano w dokumencie.
Wkrótce po tym 32-latek został zamknięty w obozie koncentracyjnym niedaleko Berlina.
- Zginął 4 lipca 1940 r. w Sachsenhausen, poprzez rozstrzelanie – dopowiada jego syn, Günter Unger.
Chociaż dowiedział się jaki los spotkał jego bliskich, nie znalazł spokoju. Nie posiada żadnych pamiątek rodzinnych, w tym ani jednej fotografii babci, ojca i cioci. Nie znaleźliśmy ich również w Archiwum Państwowym Szczecinie, w którego zbiorach zgromadzone są dokumenty Żydów z Provinz Pommern.
- Zbiór kenkart obywateli niemieckich pochodzenia żydowskiego obejmuje łącznie 1781 jednostek archiwalnych. Być może nie wszystkie dokumenty osobiste z tego zbioru się zachowały lub wskazane przez pana osoby oddały karty innym władzom policyjnym w III Rzeszy. Nie ma ich bowiem obecnie w zasobie szczecińskiego archiwum – poinformował nas prof. Paweł Gut ze szczecińskiego AP.
Na prośbę Güntera Ungera wykonaliśmy fotografie gryfińskich miejsc, z którymi związana była jego rodzina. Niestety, żadna z dwóch wymienionych kamienic nie przetrwała do naszych czasów. Dziś pod wspomnianymi adresami znajduje się sklep motoryzacyjny oraz trawnik przed jednym z wieżowców.
Więcej o losach Żydów z Greifenhagen przeczytasz w naszym cyklu historycznym, który znajduje się poniżej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze