- Był silnym, ale także wesołym i nielubiącym przegrywać mężczyzną. Nie odpuszczał, nawet wtedy gdy nie miał już szans. Mirosław Żeglin. Mąż. Ojciec. Przyjaciel. Brat. Dla kolegów z boiska Mysza. W ubiegły wtorek minęło dziesięć lat od jego śmierci, która była szokiem dla całego gryfińskiego społeczeństwa. Tego dnia odszedł bowiem nie tylko piłkarz, ale też wspaniały mężczyzna. Mężczyzna, który miał zaledwie trzydzieści dwa lata i całe życie przed sobą - pisaliśmy dziesięć lat temu. Dzisiaj, z okazji dwudziestej rocznicy śmieci Mirka, przypominamy archiwalny tekst z 2010 roku o jego życiu i walce z chorobą
Przygodę z piłką, jak większość jego rówieśników zaczął w wieku dziesięciu lat w Energetyku. Na lewej stronie obrony przeszedł w nim wszystkie szczeble dziecięcej i młodzieżowej piłki, by tuż przed ukończeniem osiemnastego roku życia zadebiutować w dorosłym zespole. Nie zakotwiczył w nim na dłużej, gdyż po ukończeniu wieku juniora, „upomniało” się o niego wojsko. Jako, że stacjonował w Pile, działacze zdecydowali się na wypożyczenie go do 3-ligowego Lubuszanina Trzcianka. W jej szeregach dwukrotnie mierzył z Energetykiem, przegrywając 1:2 w Gryfinie i 0:4 w Trzciance.
- Przyjaźniliśmy się, ale mecz był meczem. Nie było taryfy ulgowej - wspomina Mirosław Stelmach.
Po dwóch latach i zakończonej służbie Żeglin powrócił do domu i przywdział barwy macierzystego klubu. Występował w nim aż do sezonu 1993/94, gdy wraz z Pawłem Nikitińskim odszedł do Polonii Gryfino. Było to efektem pewnych zawirowań w Energetyku
- Obaj pracowali w Elektrowni i przez to, że grali w trzeciej lidze traktowano ich z przywilejami. Zostawali zwalniani na wszystkie treningi - zarysowuje Blumka.
Odejście do Polonii spowodowane było utratą owych atutów.
- Obrazili się i zrezygnowali z gry w klubie. Przez odejście tej trójki (zespół opuścił też Kasprzyk -przp.red.) skomplikowała się moja sytuacja. Straciłem kluczowych graczy - przyznaje trener.
Żeglin występował w Polonii przez cztery lata, czyli aż do momentu zakończenia działalności klubu. Potem zawiesił piłkarskie buty na kołku, skupiając się na pracy zawodowej i życiu rodzinnym.
Pięć miesięcy z wyrokiem
O swojej chorobie dowiedział się przypadkiem, podczas rutynowych badań pracowników Elektrowni Dolna Odra.
- Przy osłuchiwaniu pani doktor „puknęła” go delikatnie w plecy dwoma palcami, a on wygiął się z bólu. Dorosły facet. Skierowała go więc na specjalistyczne badania - relacjonuje trener Marek Blumka.
Diagnoza była wielkim szokiem: zaawansowany rak nadnercza.
- A na nic się nie uskarżał! Na żadne bóle. Gdyby nie badania, pewnie dłużej nie wiedziałby o chorobie - zauważa Blumka.
Inne spojrzenie na tę kwestię ma brat zmarłego, Artur, który jeszcze przed „ujawnieniem się” choroby, był świadkiem pewnego zdarzenia.
- Nie zapomnę, gdy pewnego razu szliśmy do rodziców i Mirek na trzecim piętrze musiał przystanąć, bo dostał zadyszki. Stwierdził wtedy, że chyba jest na coś chory - wspomina Artur Żeglin, dodając, że zbagatelizował wówczas ten problem, sądząc, że brat przesadza.
- Uznałem, że jest przemęczony, no bo co mogło być młodemu, wysportowanemu i aktywnemu chłopakowi? - pyta retorycznie.
Tym „czymś” był ogromny guz.
- Lekarze powiedzieli, że jest szósty co do wielkości w Polsce. Miał bodajże sześć na dwanaście centymetrów. Mimo to dawali mu szanse na wyzdrowienie - dodaje. Wieści o chorobie szybko zaczęły się rozchodzić. Ludzi związanych z gryfińską piłką ogarnęła panika.
- Wszyscy byliśmy w szoku. Jego choroba była nagła, a Mirek taki młody. Ogarnęło nas przerażenie - przypomina sobie trener Blumka.
Strach nie związał im jednak rąk. Z miejsca zaczęto organizować pomoc jego rodzinie. Jednym z pomysłów było rozegranie meczu charytatywnego, z którego wpływ miał pokryć operację i leczenie. Odbył się on na początku czerwca.
- Zrobiliśmy turniej czterech drużyn, z których każda wpłaciła wpisowe. Kibice dorzucili też jakąś symboliczną kwotę. Ponadto w przerwie odbyła się aukcja - opowiada Stelmach, jeden z pomysłodawców i organizatorów przedsięwzięcia. Suma jaką udało im się wtedy zebrać, wystarczyła na drogie leki. Wyniki jego badań zostały wysłane do specjalisty z Krakowa. Ten nie zdecydował się jednak podjąć leczenia.
- Stwierdził, że nie ma już nadziei i szkoda cierpień. Dał mu pół roku życia - wyjaśnia Stelmach.
Zdecydowano się więc na leczenie w Szczecinie. Wkrótce po tym Żeglin przeszedł udaną operację.
- Wyglądał bardzo dobrze. Lekarze powiedzieli nam, że jak nie będzie przerzutów, to szanse znacznie na wyzdrowienie wzrosną- mówi brat.
Remisja choroby była znakiem, że nic więcej nie da się już zrobić. Mirosław nie mógł chodzić. Było po nim widać, że jest coraz gorzej. Sam wiedział, że nie będzie lepiej.
- Walczył jednak do końca. Nie był przerażony, w ogóle się nie poddawał. Gdy przyjeżdżaliśmy do szpitala, to on podtrzymywał nas na duchu i uspakajał, a powinno być odwrotnie - łamiącym głosem opowiada brat.
Mirosław Żeglin zmarł dwudziestego szóstego października 2000 roku, zaledwie pół roku po usłyszeniu wyroku. Zostawił żonę oraz osierocił dwójkę dzieci, dziesięcioletniego wówczas Dawida i czternastoletnią Kamilę. Miał trzydzieści dwa lata.
Reaktywacja Memoriału?
- Jego śmierć była dla rodziny ciosem. Szczególnie dla mnie, bo był wspaniałym bratem. Takim od serca. Miał świetny charakter i był dobrym człowiekiem - wspomina ze łzami w oczach Artur, który często „wykorzystywał” brata.
- Jako, że był ode mnie o pięć lat starszy, zawsze pomagał mi w lekcjach, głównie z fizyki. Był lubiany, zarówno przez kolegów, jak i nauczycieli, przez co miałem luzy w szkole. Zawsze można było na niego liczyć - dodaje po chwili.
W podobny sposób postrzegali go również jego przyjaciele. Wszyscy oni zaznaczają, że Żeglin był nie tylko świetnym piłkarzem, ale także bardzo dobrym człowiekiem.
- Był wesołym, odważnym facetem, który walczył i nie lubił przegrywać. Był silny i kochał to co robił - dodaje Mirek Stelmach, przytaczając pewną historię.
- Gdy był już przykuty do wózka, żona często przywoziła go na mecze. Wspominaliśmy wtedy nasze najlepsze chwile. Pewnego razu przypomniał nam o swoim najlepszym meczu - zdradza.
Energetyk mierzył się w Poznaniu z rezerwami tamtejszego Lecha. Trener „Kolejorza”, Wojciech Łazarek ściągnął jednak na mecz kilku graczy z pierwszego zespołu.
- Tak wiec przyszło rywalizować nam z takimi tuzami jak Okoński, Jakołcewicz, czy Dembiński. Gdy wyszliśmy na rozgrzewką, byliśmy załamani. Nie wiedzieliśmy co robić - wspomina Stelmach.
Szykowała się rzeź, tym bardziej, że do przerwy przegrywali 3:0.
- Kto by wtedy pomyślał, że ostatecznie zremisujemy? Szybko zdobyliśmy bramkę, a potem Mirek na 3:2 uderzył z główki wprost w okienko bramki. To był jego mecz - podsumowuje.
Gra głową była największym atutem „Myszy”. Według Bogdana Stasiaka, który prowadził Żeglina jeszcze w czasach juniorskich, był on najlepiej grającym głową zawodnikiem w historii klubu.
- Trochę bym się z tym nie zgodził, bo byli jednak lepsi. Nie zmienia to jednak faktu, że miał ten element opanowany niemal do perfekcji - weryfikuje Mieczysław Stelmasik, wspólnie z „Polem” wymieniając kolejne atuty kolegi.
- Był bardzo dobrym piłkarzem. Takim rzemieślnikiem, bo nie urodził się jako talent. Doszedł do wszystkiego ciężką pracą. Był też uniwersalny, bo mógł zagrać i na obronie i w pomocy. Zarówno prawą, jak i lewą nogą - chwalą,
wspominając skąd wzięła się ksywa „Mysza”.
- Od jego fizjonomii. Gdy ogląda się nasze stare zdjęcia, rzuca się w oczy to, że był podobny do takiej myszy - uśmiecha się Stelmasik, wskazując na jedną z leżących na stole starych fotografii zespołu.
- Mówili na niego też „Ucho”, ale nie wiem dlaczego - dopowiada zapatrzony w zdjęcie, na którym Żeglina rozpoznać można po charakterystycznych dla niego długich włosach.
- Mieliśmy w tamtych czasach naprawdę dobry zespół. Byliśmy też świetnymi znajomymi, dobrze czuliśmy się we własnym gronie. Dogadywaliśmy się na boisku i poza nim - przerywa melancholijną ciszę Stelmach, który wraz ze Stelmasikiem, Żeglinem i Nikitińskim tworzył trzon ówczesnego Energetyka
- Byliśmy przyjaciółmi. Takimi najlepszymi. Gdy już stan Mirka zaczął się pogarszać, dopuszczał do siebie tylko nas. Każdego innego nie wpuszczał do domu - przyznaje Stelmach, dodając, że
w ostatnich dniach przed śmiercią, ciężko było zachować spokój.
- Wyglądało to nieciekawie. Łzy same cisnęły się do oczu patrząc na niego - przyznaje z bólem.
Ze względu na chęć zachowania pamięci przyjaciele wpadli na pomysł organizacji Memoriału na cześć Żeglina. Pierwszy odbył się dokładnie w rocznicę jego śmierci.
- Zaprosiliśmy na niego chłopaków z Pyrzyc. Dlaczego ich? Zawsze mieliśmy do nich sentyment, a Mirek ich lubił. Ponadto oni także mieli podobny Memoriał na cześć zmarłego kolegi. Odwiedzaliśmy się, co zresztą robimy do tej pory - opowiada Stelmach, któremu udało się zorganizować cztery edycje.
- Potem wszystko poszło w zapomnienie - komentuje ze smutkiem, wyraźnie pobudzając się na myśl o możliwej reaktywacji
- Musiałby zaangażować się klub, a nie tylko poszczególni ludzie. To świetny pomysł, ale wymagający nakładu sił i czasu - zasępia się, jeszcze raz przypominając sobie „Myszę”. Przyjaciela, który miał mniej szczęścia niż on. I który pomimo ciosu od życia, do końca pozostał sobą.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze