Reklama

Boże Narodzenie na zesłaniu. Tak gryfinianie wspominają święta na Syberii

- Zdrowia i powrotu do domu – życzyli sobie Polacy-towarzysze niedoli, którzy w latach 40. zostali zesłani na nieludzką ziemię. Wśród nich znajdowało się wielu przyszłych gryfinian

Życie setek tysięcy Polaków zmieniło się 10 lutego 1940 r. Tego dnia rozpoczęła się pierwsza, przeprowadzona przez NKWD, masowa deportacja na Sybir.

Jak informuje Instytut Pamięci Narodowej, w głąb Związku Sowieckiego wywieziono wówczas ok. 140 tys. obywateli polskich. Wielu umarło już w drodze, tysiące nie wróciły do kraju. Wśród deportowanych były głównie rodziny wojskowych, urzędników, pracowników służby leśnej i kolei ze wschodnich obszarów przedwojennej Polski.

Na Syberii i w Kazachstanie przyszło im spędzić kilka lat życia.  Setki dni tak do siebie podobnych, że czasami trudno było odróżnić jeden od drugiego.

Reklama

- Gdy żyliśmy w skrajnych warunkach często nie wiedzieliśmy, jaki to dzień i jaka data – przyznaje Jerzy Romaniuk.

Jego rodzina została wywieziona z Wołynia do wsi Stiepnoje, na kazachskie stepy. Kraj ten leży w klimacie umiarkowanym, suchym, kontynentalnym. Lata są upalne, z temperaturami dochodzącymi do plus 40 stopni Celsjusz, podczas gdy zimy równie skrajnie mroźne.

- Nasze domy, lepianki w czasie zimy i zamieci śnieżnej były całkowicie zasypane śniegiem tak, że nie wiadomo było czy to noc, czy dzień. Zza śniegu wystawały tylko kominy. Najczęściej sąsiad odkopywał sąsiada – odnotował Jerzy Romaniuk w swoich wspomnieniach.

Reklama

W momencie zsyłki miał cztery lata. Niewiele, ale jak przyznaje, zapamiętał wiele. To dlatego, że „rozkoszne życie szybciej umyka z pamięci, podczas gdy tragiczne chwile pozostają na zawsze”. Czasami jednak było nieco bardziej odświętnie.

- Na Boże Narodzenie, czy Wielkanoc składaliśmy sobie życzenia, dzieląc się pokrojonym ziemniakiem i życząc szczęśliwego powrotu do Polski. Jedynym światłem, jakie można było zapalić, było tzw. kopciłka z naftą lub ropą ukradzioną z traktora z zanurzonym knotem, który się podpalało. Dawało to trochę światła, lecz nie na długo, bo to bardzo kopciło i śmierdziało powodując ból głowy. Oczywiście, chcąc zapalić kopciałkę, trzeba było wykrzesać ogień za pomocą krzesiwa. Podpalało się słomę pod płytą kuchenną i można było coś ugotować. Było to kilka zamarzniętych ziemniaków i odrobinę ziaren zboża, bez soli. To najczęstszy posiłek w czasie zimy. Również podczas świąt – zapisał w książce „Przeminęło z czasem”.

Reklama

 

Nie było „Opowieści wigilijnej”

Chociaż w Kazachstanie (ale także na Syberii) zimy wyglądały, jak z bożonarodzeniowego obrazka, trudno było mówić o świątecznej, ciepłej atmosferze.

- Świadomość Wigilii oczywiście istniała, ale świętowania nie było – przyznaje Roman Grzegorek, gryfinianin od 28 czerwca 1946 r.

Jego ojciec – Piotr Grzegorek – był starszym posterunkowym Polskiej Policji Państwowej we wsi Uzdrygołowicze (powiat Wilejka, pod Wilnem). Z racji pełnionej funkcji, w 1940 r. został aresztowany a następnie zamordowany przez NKWD. Jego żonę Marię, wraz z 6-letnią Wiktorią i 4-letnim Romkiem, przetransportowano natomiast na wschód. W kwietniu 1940 r. trafili do Pietropawłowska, skąd zostali wywiezieni do Kazachstanu.

Reklama

- W moim ukradzionym dzieciństwie nie było cudownej „Opowieści wigilijnej”, bo w warunkach, w jakich znalazła się moja rodzina, nikt się tym nie zajmował. Dzienna racja żywieniowa wynosiła 0,5 litra wodnistej zupy i 400-600 dag ciemnego chleba, co powodowało, że każdego dnia trwała walka o przetrwanie. Każdy myślał o tym, czy dożyje… - tłumaczy 86-latek.

Obawiano się też represji. Świętowanie, w jakiejkolwiek formie, było bowiem surowo zabronione.

- Nawet gdy kobiety siadały na dwóch łóżkach i starały się odmawiać różaniec czy śpiewać – były podejrzewane  o to, że „uczestniczą w nielegalnym zebraniu”, więc lepiej było nie ryzykować. Jedyne święta, które jakoś się wyróżniały podczas 6-letniego zesłania, to święta Rewolucji Październikowej i 1 Maja. Wówczas można było liczyć na 0,5 litra alkoholu, a dla dzieci białą bułkę i cukierki (landrynki) dzielone po około sześć sztuk, poprzez rąbanie ich tasakiem z dużej tafli – opowiada gryfinianin.

Reklama

 

Potajemna modlitwa

W pierwszym rzucie, tj. 10 lutego 1940 r., na syberyjską katorgę zesłani zostali również Sawiccy.

- Było to rano, godzina 5.00, straszne walenie w drzwi, łomotali karabinami: „Otkroj dwieri!” – zapisała w swoich wspomnieniach Irena Wisławska.

Zmarła niedawno gryfinianka przyszła na świat w leśniczówce Grzędy Choszczewo, znajdującej się w województwie białostockim, niedaleko miast Grajewo i Rajgród. Jej ojciec Jan Sawicki był tamtejszym gajowym, co sprawiło że całą rodzinę, w tym 11-letnią Irenę, 7-letniego Ryszarda, 4-letnią Halinę, 2-letniego Lucka oraz 8-miesięczną Jankę objęła deportacja w nieznane. W kwietniu 1940 r., znaleźli się w obozie Kwitok w obwodzie irkuckim. Jesienią przeniesiono ich natomiast do Toporok w obwodzie kurskim. Właśnie tam Sawiccy spędzili Boże Narodzenie ’40.

Reklama

- Warunki były bardzo ciężkie. Nie przeżyła ich nasza najmłodsza siostra. Janka miała nieco ponad rok, gdy odeszła. Nasz obóz znajdował się w Tajdze. Zimą pełno było śniegu, a mróz sięgał -50 stopni Celsjusza. Boże Narodzenie na obczyźnie kojarzy mi się z głodem. Nie było co jeść, bo jedyne co dostawaliśmy, to chleb z przydziału. Resztę musieliśmy sobie zorganizować sami – mówiła śp. Irena Wisławska, opowiadając o przemycaniu kłosków pszenicy i pieczeniu placków ziemniaczanych ze zmiażdżonych ziarenek.

W baraku, który zajmowało kilkanaście rodzin, brakowało świątecznych symboli.

Reklama

- Nie było choinki, dwunastu potraw, a czasami nawet chleba, którym moglibyśmy się podzielić. Choć było to zabronione, Polacy zbierali się po zmroku na wspólnej modlitwie, do której wykorzystywano świece. Każdej rodzinie przysługiwała jedna – wspominała zmarła jesienią gryfinianka, dodając że tak samo było w Wielkanoc.

Wtedy łatwiej było jednak o zorganizowanie jedzenia. Można było zebrać je w lesie.

- Boże Narodzenie miało jednak to do siebie, że ludzie myśleli o ojczyźnie. Tęsknota za swoim miejscem na ziemi była tak przejmująca, że udzielała się wszystkim, którzy tam przebywali. Od najstarszych do najmłodszych.

Reklama

Piękne chwile magii Świąt Bożego Narodzenia z Polski pozostawały w pamięci jak bajka, podczas gdy obczyzna była surowa, biedna, bez podstawowych środków do życia. Dlatego na zawsze pozostał żal i smutek – dopowiadała.

 

Zapach choinki w baraku

Również 10 lutego wywieziono rodzinę Stanisławy Janiszewskiej. Jej ojciec był żołnierzem, który w 1920 r., jako osadnik wojskowy otrzymał kawałek ziemi na terenie województwa wileńskiego.

- Wybudował dom, budynek gospodarczy, wykopał studnię. Tatuś pracował w wileńskich lasach. Znał tam każdą ścieżkę i każdą drogę leśną – opowiedziała w rozmowie z Andrzejem Krywalewiczem.

Reklama

Gdy przyszli radzieccy żołnierze, miała niespełna rok. Moment ten zna nawet z drobnymi szczegółami. To jedno z tych wydarzeń, które przytaczane przez starszyznę, stało się ważnym elementem pamięci zbiorowej całej rodziny. Jako że dni na zesłaniu były identyczne, w ich pamięci zapisały się też – mające nieco inną odsłonę - dni świąteczne

-  Już w Mętnie, gdy przyszedł czas Bożego Narodzenia, nasz tata i starsza siostra wspominali święta na zesłaniu. Tata pracował w lesie. Pamiętam, jak przyniósł zasypany śniegiem świerk. Ładny, pachnący. Przed zaśnieżonym drewnianym barakiem potrząsnął drzewem, wniósł, ustawił w pokoiku. Zapach choinki rozszedł się szybko. Ten codzienny smutek nagle nas opuścił. Odszedł, w miejsce jego pojawiła się nadzieja. Na stole ułożony obrus, a na nim leżał obrazek święty i krzyżyk z drzewa. W metalowych miskach barszcz z białych buraków, wrzątek, po pajdzie czarnego chleba, gorzka herbata – czaj, suszone śliwki zamiast cukru. Płomienie z pieca i świecy ocieplały, oświecały pomieszczenie. Myśli nasze były blisko mamy, aby pokonała chorobę, bo chorowała na gruźlicę. Gdy kolejny rok upływał na zesłaniu, myślało się o tym, że kiedyś to w końcu minie. Ktoś głośno odmawiał pacierz, słychać było cichy śpiew kolędy. Przyszli sąsiedzi, zaczęliśmy nieśmiało kolędować, a śnieg tej nocy sypał i sypał, jakby tym puchem chciał ocieplić barakowe ściany z drewnianych desek. Tak po wojnie wspominaliśmy święta czasu syberyjskiego zesłania – przytacza mieszkanka gminy Chojna.

Reklama

 

Powrót normalności

Nie każdy Polak miał szczęście wrócić do ojczyzny. Ci, którym się udało, starali się ruszyć do przodu, ku normalności. Na to potrzeba było jednak sporo czasu.

- Po wojnie i powrocie z zesłania też było trudno, ale przynajmniej działała tzw. stołówka powszechna, gdzieś w okolicy nieistniejącej ul. Marchlewskiego w Gryfinie. Dochodzenie do normalności trwało jeszcze kilka lat po wojnie, ale nie chodziłem już chociaż z kartką zawieszoną na szyi na chleb i zupę … - podsumowuje Roman Grzegorek.

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 23/12/2025 21:40
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama