Reklama

Wielkanoc 1940. Pierwsza na (nie)ludzkiej ziemi

W 1940 r. Wielkanoc przypadła na 24 marca. Ponad 100 tysięcy Polaków spędziła święta na obcej, nieludzkiej ziemi. Wśród nich byli m.in. przyszli gryfinianie

- Pierwsza wywózka rozpoczęła się w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Sowieci przygotowywali się do niej bardzo starannie. Podczas jednej z narad poprzedzających akcję stwierdzono, że będzie to „ogromna, odpowiedzialna praca wymagająca wielkiej uwagi i poważnego podejścia oraz bezwzględnej mobilizacji sił i możliwości”. Jej celem stali się osadnicy cywilni i wojskowi oraz pracownicy służby ochrony lasów i ich rodziny – w sumie ok. 140 tys. osób. Rozmieszczono ich w 115 osiedlach w 21 republikach, krajach i obwodach Związku Sowieckiego – głównie tam, gdzie przeważał przemysł leśny (obwody: archangielski, swierdłowski, południowe i zachodnie rejony Komijskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej oraz Kraj Krasnojarski). Niespełna miesiąc później, 5 marca 1940 roku, Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) nakazało wymordowanie 14 854 polskich oficerów i policjantów z obozów jenieckich w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz ponad 7 tys. osadzonych w więzieniach na Białorusi i Ukrainie – informuje IPN.

 

Reklama

Zesłani do Kwitoka

W gronie tym znalazła się m.in. rodzina Ireny Wisławskiej.

- Zapamiętałam datę tego wydarzenia: 10 lutego 1940. Było to rano, godzina 5.00, straszne walenie w drzwi, łomotali karabinami: „Otkroj dwieri!”. Mama płakała, a tata zbierał wszystkie możliwe rzeczy mówiąc, że pewnie zabierają nas na Sybir – wspominała zmarła w poprzednim roku gryfinianka, której ojciec był gajowym w województwie białostockim.

Wielkanoc ’40 spędzili w obozie Kwitok w obwodzie irkuckim.

- Zastana rzeczywistość była posępna i przytłaczająca. Baraki otaczały druty kolczaste. Przekroczenie granicy obozu groziło kilkudniową inkarceracją. Na terenie obozu znajdował się szpital i zabudowania gospodarcze. Barak, w którym przebywała rodzina Sawickich, był przeznaczony dla 24 rodzin. Były w nim wydzielone wąziutkie kwatery, jedna dla każdej rodziny, natomiast każde dwie kwatery były oświetlane przez jedną żarówkę. Liczba pryczy w kwaterze odpowiadała liczbie członków danej rodziny. Pościel, pod którą spali Sawiccy, pochodziła z domu w Grzędach. W baraku mieściła się kuchnia, jedna dla wszystkich mieszkańców. Była wyposażona w dużą płytę grzewczą, która służyła do termicznej obróbki żywności, ale miała też jednocześnie za zadanie wydzielić wystarczająca ilość ciepła dla całego baraku – opowiadała Irena Wiesławska.

Reklama

 

Dzielili się jedzeniem

Po jej śmierci, rodzina udostępniła wspomnienia Sybiraczki, jak sama mówiła o sobie przez całe życie.

- Wielkanoc w warunkach obozowych znacznie odbiegała od tych, które zapamiętałam z rodzinnego domu. Mimo to zesłańcy uczcili to ważne święto. Było trudno, ale na szczęście mieliśmy co jeść. Rodziny, które dzieliły z nami barak, były skore do dzielenia się jedzeniem. A nie zawsze chleb był – wspominała.

Święta na Syberii to jednak nie tylko wspólny posiłek.

- W okresie świątecznym, choć nie tylko, bo na co dzień też, zbieraliśmy się po zmierzchu na wspólnej modlitwie, choć było to zakazane. Radzieccy żołnierze pilnowali, zwłaszcza w święta, byśmy tego nie robili. Gdy nas nakryli, rozpędzali takie zbiorowiska – opowiadała.

Reklama

 

W święta było odświętniej

Na nieludzkiej ziemi, tylko nieco później, znalazła się też rodzina Jerzego Romaniuka

- Gdy żyliśmy w skrajnych warunkach często nie wiedzieliśmy, jaki to dzień i jaka data – przyznaje gryfinianin, który został wywieziony z Wołynia do wsi Stiepnoje, na kazachskie stepy.

- Na Boże Narodzenie, czy Wielkanoc składaliśmy sobie życzenia, dzieląc się pokrojonym ziemniakiem i życząc szczęśliwego powrotu do Polski. Jedynym światłem, jakie można było zapalić, było tzw. kopciłka z naftą lub ropą ukradzioną z traktora z zanurzonym knotem, który się podpalało. Dawało to trochę światła, lecz nie na długo, bo to bardzo kopciło i śmierdziało powodując ból głowy. Oczywiście, chcąc zapalić kopciałkę, trzeba było wykrzesać ogień za pomocą krzesiwa. Podpalało się słomę pod płytą kuchenną i można było coś ugotować. Było to kilka zamarzniętych ziemniaków i odrobinę ziaren zboża, bez soli. To najczęstszy posiłek w czasie zimy. Również podczas świąt – zapisał w książce „Przeminęło z czasem”.

Reklama

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 31/03/2024 18:43
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama