Dziś (7.09) o godz. 21.00 Polsat News wyemituje reportaż "Śmierć Bartłomieja Miecznikowskiego", w którym rodzina 32-latka ze Swobnicy obwinia o jego nagłą śmierć strażników więziennych. Poniżej prezentujemy wywiad, który przeprowadziliśmy z bliskimi Bartka sześć dni po jego nagłym odejściu
Dlaczego Bartek znalazł się w więzieniu?
Krystyna Miecznikowska (mama): Do syna zadzwonili dwaj koledzy i poprosili, żeby podwiózł ich na dawne lotnisko w Chojnie. Podczas drogi dowiedział się, że jadą do mężczyzny, który chciał zgwałcić dziewczynę.
Bartek uczestniczył w samosądzie?
Krystyna: Siedział w samochodzie, ale popełnił błąd, który zaważył na jego życiu. W pewnym momencie wysiadł, żeby odciągnąć tę dwójkę, bo za bardzo go kopali. Powiedział, że już wystarczy i wtedy, na koniec, sam dwa razy kopnął tego mężczyznę. To okazało się dla sądu decydujące.
Jaki wyrok usłyszał pani syn?
Krystyna: Bodajże sześć lat więzienia. Miał wyjść w 2027 r.
Mężczyzna, którego pobili, doznał trwałego uszczerbku na zdrowiu?
Krystyna: Nie. Został pobity, ale nie stało się mu nic poważnego.
To skąd aż tak surowy wyrok?
Krystyna: W związku z tym, że Bartek był już wcześniej karany. Kilka lat temu odsiadywał wyrok za posiadanie narkotyków i niby rozprowadzanie ich, chociaż nie przedstawiono żadnych konkretnych dowodów. Sędzia uwierzyła świadkowi. Po tym pobiciu Bartkowi zostało odwieszone i dołożone kilka lat. Poszedł do więzienia i już nigdy z niego nie wyszedł.
Jeśli potrzebuje pani chwili, możemy zrobić przerwę.
Krystyna: Już jest dobrze, mogę mówić. Mój synek nigdy nie pogodził się z tym wyrokiem. Sześć lat za współudział i nieudzielenie pomocy, a był kierowcą. Sąd, ze względu na poprzedni wyrok, potraktował go jak recydywistę, a to był dobry chłopiec, który popełnił głupi błąd.
Dawid (brat): Znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie.
ZK W CZARNEM
W którym roku ponownie trafił za kratki?
Dawid: W 2021.
Od razu znalazł się w Zakładzie Karnym w Czarnem?
Wioletta (ciocia): Nie. Najpierw był osadzony w Słupsku, ale sam postarał się o przeniesienie. Bardzo chciał się uczyć, a w ZK Czarne była taka możliwość.
Krystyna: Sześć lat to bardzo długo. Nie chciał, żeby ten czas poszedł na zmarnowanie, a dni mijały bezcelowo. Zamierzał mieć zawód. Ukończył, w tym przeklętym zakładzie, szkołę kucharza. Teraz robił kurs fryzjerski, miał być barberem. Mówił: „Chociaż sobie pofrykam nożyczkami, mamuś”.
Wojtek (brat): Na początku cieszył się ze zmiany więzienia, ale później zaczął żałować.
Narzekał na warunki?
Krystyna: Za każdym razem, choć nie wprost. Każda rozmowa telefoniczna, czy przez Skypa była kontrolowana. Nie mógł powiedzieć dosłownie co się dzieje, ale jako jego matka od razu wiedziałam, po tonie głosu, że jest coś nie tak. Nie mógł mówić dosłownie, bo raz, że podsłuch, a dwa, że nie chciał mnie martwić. A wiem, że musiał być nieraz bity. To nieludzki zakład, a cały system jest skorumpowany.
Wioletta: Niejednokrotnie wysyłaliśmy paczki, żywieniowe i odzieżowe, których władze więzienia mu nie przekazywały.
Krystyna: Gdy odbierałam jego rzeczy, dostałam nierozpieczętowaną paczkę, która znajdowała się w magazynie.
Wojtek: Zaraz przyniosę.
Kiedy ją wysłaliście?
Krystyna: Na Boże Narodzenie.
Wojtek: Tutaj są wszystkie rzeczy Bartka z więzienia. Tu osobiste z celi, a tu paczka z grudnia. Proszę zobaczyć, nierozpieczętowana, jeszcze z metkami.
Krystyna: Minęło pół roku, a Bartuś nie dostał rzeczy, które mu wysłaliśmy. Czy to normalne? Czekał miesiącami, a gdy pytał, kiedy dostanie, to słyszał od strażników: „Ty masz k…a czas, gdzie ci się śpieszy?”. Wiedział, że mu coś wysłaliśmy, bo nieraz prosił nas o pomoc. Błagał kiedyś o majtki, bo nie miał już żadnych. „Chodź z gołymi jajami”, śmiali się z niego strażnicy. Znam to wszystko, bo mi to mówił.
Dlaczego był tak traktowany? Czymś się naraził?
Dawid: Bartek nie tylko się uczył, ale też pracował w magazynie żywności. Wyrok odsiadywał na oddziale zamkniętym, a tam, żeby zostać skierowanym do pracy, należy mieć nieskazitelną opinię.
Wioletta: W styczniu ubiegał się o przedterminowe zwolnienie.
Krystyna: Był wzorowym więźniem i nie mówię tego, jako matka w żałobie. Rozmawiałam z jego wychowawczynią z bloku. Powiedziała, że Bartek nie sprawiał żadnych problemów, nie był awanturnikiem. Określała go jako sympatycznego, miłego, inteligentnego chłopaka, który chciał się uczyć i dobrze funkcjonował w ich środowisku. Mówiła, że zawsze się stara, jest nagradzany, nie bierze narkotyków.
Rozmawialiście z wychowawczynią już po śmierci Bartka?
Krystyna: Powiedziała, że są prowadzone czynności, cela jest zabezpieczona, a sprawę przejęła prokuratura. Zadałam jej pytanie: „Proszę mi powiedzieć, czy ci ludzie, którzy pracowali tego dnia, nadal przychodzą do pracy?”. „Nie jestem w stanie pani tego powiedzieć, bo dopiero po weekendzie przyszłam do pracy. To dla mnie nowa informacja i jestem nią wstrząśnięta”.
Dawid: Powiedz, co jeszcze ci powiedziała. O padaczce.
Krystyna: Zakład karny poinformował nas o nagłym zatrzymaniu serca i krążenia. Mój syn nigdy nie chorował kardiologicznie. Nie miał żadnych przewlekłych dolegliwości. Wychowawczyni powiedziała mi, że „Bartuś miał tego dnia trzykrotny atak padaczki”. Dodała, że zażył jakieś środki. Powiedziała chyba, że dopalacze.
Wioletta: A wcześniej twierdziła, że nie zażywa się tam środków odurzających.
Krystyna: Słysząc to strasznie się oburzyłam. Uderzyłam w stół i zapytałam: „Skąd miał te narkotyki? Jak dostały się na teren więzienia? Ze stołówki z cukru, czy jaskółki mu podrzuciły. Wy tu nimi handlujecie”.
Co odpowiedziała?
Krystyna: Zaprzeczyła wszystkiemu. Powiedziała, że Bartek nigdy nie brał narkotyków i musiała być to pierwsza sytuacja, która wpłynęła na jego stan zdrowia. Dodała, że trzeci atak padaczki był najsilniejszy i doprowadził do zgonu. Lekarz wpisał zawał serca.
OSTATNIE GODZINY BARTKA
Wszystkie trzy ataki miały nastąpić jednego dnia?
Dawid: Tak, w niedzielę 18 maja.
I mimo to, po dwóch pierwszych, nie został skierowany na oddział szpitalny?
Dawid: O to samo zapytaliśmy. Dlaczego po tym, jak rzekomo miał pierwszy, a później drugi atak, to został skierowany z powrotem do celi?
Zgon nastąpił w niedzielę 18 maja, o godzinie 22.33. Kiedy przekazano wam informację?
Wojtek: Przyjechali do naszego domu następnego dnia, w poniedziałek 19 maja. Przekazali mi, że Bartek nie żyje, że zmarł z przyczyn naturalnych. Powiedzieli, żebym po więcej wiadomości kontaktował się pod wskazany numer i że można dzwonić od godz. 7 do 15. A była godz.19.00.
Zatem minęła niemal doba.
Krystyna: Gdy zadzwoniłam do ZK w Czarnem, to zapytałam o to samo. Kobieta, z którą rozmawiała powiedziała: „Na powiadomienie bliskich mamy 72 godziny”.
Dariusz (wujek): Zrobili to nieprzypadkowo. Gdyby poinformowali rodzinę z samego rana, to jeszcze tego samego dnia pojechalibyśmy do Czarnego. To było typowe granie na zwłokę.
Kiedy pomyśleliście, że coś jest nie tak?
Karolina (kuzyna): W poniedziałek wieczorem, gdy po godzinie 21.00 dostaliśmy esemesa od jednego z więźniów, który odbywa karę w Czarnem.
Mogą mieć telefony?
Wojtek: Oficjalnie nie, ale mają. Takie malutkie, by można je było ukryć, np. w bucie. Bartek też miał, jest w jego rzeczach, które wydali nam po śmierci.
W jakich okolicznościach wszedł w posiadanie telefonu?
Dawid: Kupił od… służby więziennej. Bartek przekazał nam numer konta i powiedział, by zrobić przelew. Kosztował 1500 złotych.
Skąd pewność, że to telefon od strażników?
Wojtek: A od kogo? Przecież są przeszukiwani, gdy wracają do celi. Robi się im regularne kipisze. Takich telefonów na terenie więzienia jest dużo więcej. Są przechodnie.
Dawid: Klawisze wiedzą, kto ma komórkę. Po miesiącu lub dwóch znajdują jakiś pretekst i telefon wraca do obiegu. Kupić go może inny osadzony.
Krystyna: Bartek dzwonił po ciszy nocnej. Wchodził do ubikacji i mówił półszeptem. Zawsze powtarzał: „Mamuś, nie pisz, nie dzwoń. Ja sam się odezwę”. Gdy przez kilka tygodni się z nami nie kontaktował, to wiedzieliśmy, że coś się wydarzyło. Został ukarany, stracił telefon.
Wojtek: Wtedy znów musieliśmy przelać 1500 złotych i Bartek odzyskiwał komórkę. Mam potwierdzenie wszystkich transakcji, bo sam robiłem te przelewy.
Dawid: To skorumpowany zakład karny.
Co napisał wspomniany więzień?
WojtekL Napisał do mnie po godzinie 21.00, czyli ciszy nocnej, gdy są już w celach i mogą się kontaktować. Napisał, że mój brat został brutalnie pobity przez „Gada i trzech GiSW-ów” (Grupa Interwencyjna Służby Więziennej – przyp. red.).
Dlaczego miało paść właśnie na niego?
Dawid: Przez to, że był pod wpływem środka odurzającego.
Karolina: To dzięki współosadzonym wiemy, jak wyglądały ostatnie godziny życia Bartka.
Krystyna: Więźniowie napisali nam, że strażnicy wyciągali Bartka kilka razy. W pewnym momencie wrócił do celi i „Był OK”. „Zapalił jeszcze”, skręta chyba. I, że „przyszli po niego drugi raz”. Mieli już potwierdzenie, że zażył narkotyki. I wtedy zaczęła się cała akcja. Bili go od godz. 18.20 do godz. 22.33, gdy stwierdzono zgon.
Czyli we wtorek jechaliście już do Czarnego z tą wiedzą?
Wioletta: Wiedzieliśmy, ale nie powiedzieliśmy tego mojej siostrze.
Krystyna: Dowiedziałam się dopiero, gdy zobaczyłam mojego synka. To, jakie miał obrażenia na całym ciele. Nikomu nie życzę takiego widoku. Zadzwoniłam do siostry i zaczęłam krzyczeć, że zabili mojego Bartusia.
Dawid: Wyjdźmy na chwilę, mamo.
DWA NIEDZIELNE ZGONY
Z kim pojechała pani Krystyna?
Dariusz: Ze mną. Stan, w jakim znajdowało się ciało Bartka był straszny. A on nigdy nie chorował, nie miał schorzeń kardiologicznych. Nie leczył się na serce, ani żadne inne nadciśnienie. Nie przyjmował leków. Ani kardiologicznych, ani nasercowych, a nagle schodzi na zawał w wieku 32 lat. W prosektorium zaniemówiłem. Jestem emerytowanym policjantem. Przepracowałem w służbach 26 lat i byłem na niejednej sekcji. Wiem, jak wyglądają zwłoki wisielców, jak topielców, jak osób, które zginęły na skutek pobicia, a jak tych, którzy zeszli na zawał.
Wioletta: Niech pan sam spojrzy i powie, czy tak wyglądają zwłoki kogoś, kto zmarł na zawał?
Obrażenia są widoczne na klatce piersiowej, ale ma też mocno poobijaną twarz.
Dariusz: Proszę zwrócić uwagę na szyję. Wiem jak wyglądają ślady duszenia. Czy od padaczki miałby też całe sine ręce i dziurę w brzuchu? To rana od wielokrotnych kopnięć. Nie zdołałem uchwycić tego na fotografii, ale miał też mocno poobijane boki. Zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie, proszę zobaczyć.
Karolina: Opowiedz tato o rękach.
Dariusz: Miał też głębokie rany na nadgarstkach. Gdy przyjechaliśmy we wtorek, to były niezabliźnione, całe we krwi. Całe ciało Bartka było zmasakrowane. Dlatego we wnioskach, które złożyliśmy w prokuraturze jeszcze przed sekcją zwłok, napisałem o niezwłoczne zabezpieczenie oryginalnej dokumentacji medycznej. Pewnie już, na tę chwilę, jest ona uzupełniona o ataki padaczki.
Prokuratura wykonała już sekcję zwłok?
Dariusz: To też ciekawa sprawa. We wtorek, gdy zjawiliśmy się pod ZK w Czarnem, usłyszeliśmy, że ciało Bartka zostało przewiezione do zakładu medycyny sądowej w Człuchowie, gdzie w czwartek odbędzie się sekcja zwłok. Została jednak wykonana już dzień wcześniej. Oszukali nas, co do daty sekcji. Zależało im, żebyśmy przyjechali jak najpóźniej.
Krystyna: Kazano nam skontaktować się z prokuratorem. Zadzwoniliśmy w środę i nagraliśmy rozmowę. Sekretarka powiedziała, że przez cały dzień nie będzie prokuratora, bo jest na wokandzie. Szwagier uznał, że nie ma na co czekać i jedziemy.
Dariusz: Prokurator oczywiście nie był na wokandzie, zastaliśmy go w jego biurze.
Krystyna: Wyszedł z dwiema kartkami, nie znał naszej sprawy.
Wioletta: Jakby Bartka w ogóle nie widział. A w dokumentacji było, że wezwano prokuraturę, zespół medyczny i zawiadomiono policję. Mimo to nie wiedział, o co chodzi. Był zaskoczony, nie znał sprawy Bartka.
Krystyna: Poprosił, by dać mu chwilę. Wrócił po jakimś czasie. Powiedziałam, że żądam zobaczenia zwłok mojego syna.
Dariusz: Poprosiłem, by zadzwonił do Czarnego, czy jest już akt zgonu, bo bez tego nie moglibyśmy zobaczyć ciała Bartka. Zadzwonił i zapytał: „Czy jest już akt zgonu tych dwóch z weekendu?”. Okazało się, że śmierć poniósł nie tylko Bartek, ale jeszcze inny osadzony.
ESEMESY OD WIĘŹNIÓW
Byliście też w samym Czarnem. Rozmawialiście z kimś z personelu więzienia, albo z kierownictwa zakładu karnego?
Krystyna: Powiedz Darek, jak nas traktowali.
Dariusz: Powiedziałem, kim jesteśmy i że przyjechaliśmy po kartę zgonu, bo bez niej nie wydadzą zwłok. Nie wpuszczono nas do środka. Kazali czekać przed bramą, gdzie spędziliśmy półtorej godziny. Nikt nie podjął nawet próby rozmowy. Potraktowali nas jak intruzów. Bez krzty empatii, jakiejkolwiek skruchy, że to się u nich stało.
Ostatecznie wpuszczono was do środka?
Krystyna: Tak, ale nie do zakładu, tylko poczekalni. Tam wydali nam jego rzeczy. W tym czasie, w tej poczekalni, siedziało czterech skazanych z oddziału półzamkniętego. Wracali z pracy, czekali na wejście na teren więzienia. Powiedziałam kim jestem, a oni: „Słyszeliśmy, co się stało”. Powiedzieli nam, że nie ma tygodnia, żeby z workami nie wyjeżdżali. Jeden z tych osadzonych zapytał: „Czemu oni nie robią im (strażnikom – przyp. red.) narkotestów? Przychodzą naćpani, nasterydowani”.
Wioletta: Kontaktuje się z nami wiele osób. Rozmawialiśmy wczoraj z osadzonym, który wyszedł na wolność 4 maja. Powiedział, że takie zachowania to codzienność. Pobicia, korupcja, ogromna brutalność.
Od 20201 r. bywaliście zapewne u Bartka w odwiedzinach.
Dawid: Regularnie, gdy było to możliwe.
Podczas widzeń dostrzegaliście niepokojące sygnały? Siniaki, albo jakieś nietypowe zachowania?
Krystyna: Nie. Wizyty są z dużym wyprzedzeniem.
Dawid: Osadzony musi napisać podanie o widzenie. Wskazać liczbę osób i ich dane.
Krystyna: Gdy ma planowane odwiedziny, to wiadomo, że nikt mu nic nie zrobi. Chodzi o zachowanie pozorów. Zdarzało się, że nie mieliśmy z nim kontaktu przez kilka miesięcy. Ani telefonicznego, ani podczas wizyt. Wtedy wiedzieliśmy, że musiało się coś wydarzyć.
Pytaliście o to później Bartka?
Krystyna: Tak, ale mówił, że to nic takiego. Częściej opowiadał o innych. Albo na przykład: „ Wczoraj mieli dobry dzień, bo kogoś wywlekli”. Czyli pobili, wyżyli się i będzie spokój. Mówił, że wybierają sobie cele. „Kipisz robią, pobiją i wychodzą”. To sprawia im frajdę. Nie mówił jednak nigdy o tym, że sam został pobity. Z troski o mnie.
Pewnie nieco więcej opowiadał braciom.
Dawid: Coś tam mówił. Na przykład, że pewnego razu zamknęli z facetem, który odsiadywał dożywocie za zabójstwo.
Wojtek: Mówił, że nie mógł zasnąć. Nie zmrużył oka przez całą noc. Albo kiedyś wspominał, że miał problem z grypsującym, który się na niego uwziął, bo nie spodobała mu się twarz Bartka. Dlatego starał się o przeniesienie na inny blok. Obawiał się, że coś mu w końcu zrobi, gdy „źle się spojrzy”.
Kierujecie poważne oskarżenia wobec strażników. Skąd macie pewność, że Bartek nie został pobity przez współwięźniów z celi, którzy wysłali wam esemesa dla alibi?
Karolina: Wiadomość, którą dostaliśmy w poniedziałek 21 maja, nie pochodziła od nikogo z celi Bartka, tylko od jego kolegi z innego oddziału. Jego śmierć odbiła się echem w całym zakładzie karnym.
Dawid: Nie tylko dlatego, że tak głośno go katowali. Bartek był lubiany. Pracując na kuchni zawsze dorzucał trochę więcej jedzenia współwięźniom.
Krystyna: Mówił nawet: „Gdy wiem, że ktoś jest mordercą, albo zboczeńcem, to daję mu mniej, a normalnym chłopakom zawsze coś ekstra”.
Karolina: Nie jest tak, że pisze do nas tylko jedna osoba. Nie możemy powiedzieć zbyt wiele, by nie zaszkodzić chłopakom, ale w kontakcie z nami jest kilku więźniów. Piszą, żebyśmy nie odpuścili sprawy. Gwarantują, że będą zeznawać, by oprawcy otrzymali karę.
Wojtek: Piszą nam, że „Gruby, to był dobry człowiek” i że musimy nagłośnić sprawę.
Informują was o aktualnej sytuacji „za murami”?
Wojtek: Tak. Jeden z nich pisał, że od kilku dni cała załoga ZK w Czarnem jest postawiona na nogi. Robią kipisze, szukają telefonów.
Karolina: Kolega Bartka napisał nam, że mają tam piekło. Są zastraszani. Nie znamy szczegółów, ale jeden z chłopaków, który do nas pisał, miał zadzwonić po 21.00, a minęło kilka dni i wciąż tego nie zrobił. Albo się wystraszył, albo stracił telefon. Musimy być ostrożni, żeby strażnicy się nie mścili.
Wioletta: Nie spodziewali się chyba, że sprawa może nabrać rozgłosu. Że to będzie kolejna sprawa, którą zamiecie się pod dywan.
ROZBAWIONA EMOTKA
Wy natomiast zwróciliście się do Zbigniewa Stonogi.
Wioletta: W ogóle, do mediów, ale pan Zbigniew jako pierwszy poinformował o sprawie. Gdy pan Stonoga wrzucił na swoją stronę nagranie zrozpaczonej matki sprzed bramy zakładu karnego, pod wpisem na Facebooku pojawiła się „rozbawionna emotka”. Weszłam w profil mężczyzny, który ją kliknął. W rubryce praca miał wpisane: „Zakład Karny w Czarnem”. Proszę zobaczyć, zrobiłam screena, na wypadek, gdyby usunął. Napisałam też do niego komentarz z pytaniem: „Co pana tak bawi? Rozpacz matki, która straciła syna?”. Nie odpisał.
Znacie nazwiska strażników, którzy tego dnia pełnili służbę?
Dariusz: Na pewno jednego z nich. Gdy czekaliśmy pod więzieniem, miała miejsce zmiana pracowników. Stałem ze szwagierką, a mijali nas uśmiechnięci klawisze. Wychodzili z pracy, wiedzieli kim jesteśmy. Patrzyli na nas i się śmiali.
Co zamierzacie zrobić dalej?
Wioletta: Chcemy nagłośnić sprawę. Zależy nam, by trafiła do telewizji. Wczoraj kontaktowali się z nami dziennikarze TVN24 i Republiki.
A jeśli chodzi o procedury?
Dariusz: Czekamy na wyniki sekcji zwłok, którą wykonano na polecenie prokuratury. Mogą być za miesiąc, może dwa, ale zrobiliśmy też prywatną sekcję. Wynik poznamy więc szybciej, bo za dwa tygodnie. Gdy je poznamy, to podejmiemy kolejne kroki.
Wystąpiliście już o nagrania z monitoringu więziennego?
Dariusz: Oczywiście. Zobaczymy, czy kamery dziwnym trafem nie zostały wyłączone.
Krystyna: Mamy prawnika. Pan mecenas Maciej Robaszko, gdy tylko usłyszał o śmierci Bartka, to sam do nas zadzwonił. Bronił Bartka w sprawie o pobicie, więc zna dobrze całą jego historię. Pierwszą sprawę, tę o narkotyki, prowadził mecenas Przemysław Wiaczkis i niewykluczone, że on również nam pomoże.
To bardzo znany szczeciński prawnik. Można wręcz powiedzieć, że gwiazda tutejszej palestry.
Wioletta: Zależy nam na wyjaśnieniu okoliczności śmierci Bartka, bo nie wierzymy w to, co zostało wpisane do aktu zgonu.
Krystyna: Gołym okiem widać ślady po brutalnym pobiciu. Bartek miał śliwę na połowę czoła, poharatane ciało. Gdy go zobaczyłam, jego grymas twarzy. Znam swoje dziecko. To był grymas walki, bo miał zaciśnięte usta. Zawsze tak robił, gdy był zły, albo się siłował. Tutaj nie miał szans na obronę, bo miał skute dłonie. Dlaczego go nie rozkuli? Nie dali mu szans na przeżycie…
Dariusz: Znam ten system i wiem ile spraw jest zamiatanych pod dywan. Ludzie odpuszczają, bo nie wiedzą jak walczyć o swoje prawa. My na pewno nie odpuścimy. Nie może być tak, że Bartek, tylko dlatego, że odsiadywał karę więzienia, nie zasługiwał na ludzkie traktowanie. Należy mu się sprawiedliwość.
Krystyna: Zrobię wszystko, by dowiedzieć się jak zginął Bartek. Mojemu synowi to życia nie zwróci, ale może uratuje kilkadziesiąt innych.
Rozmawiał: Grzegorz Racinowski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze