W podróż do „zimowego Greifenhagen” zabierze nas Anna Luise Meschke, przedwojenna mieszkanka naszego regionu
Na początek jednak kilka słów wyjaśnienia, kim była autorka. Sęk w tym, że sami… nie do końca wiemy.
Ze spisanych przez nią wspomnień wynika, że była greifenhażanką, ale nigdzie nie napisała tego wprost. W poniższych wspomnieniach opowiada niemal wyłącznie o przyjazdach do miasta w okresie zimowym. Z drugiej strony wspomina mieszkającą tu mamę.
Nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć tej zagadki. Pewną podpowiedź daje informacja, którą znaleźliśmy na Pommerscher Greif. Blog ten opublikował wspomnienie o pomorskich rytuałach pogrzebowych autorstwa Anny Luise Meschke.
Z notki dotyczącej autorki wynika, że przyszła na świat 19 marca 1872 roku w Pyritz (dzisiaj Pyrzyce), jako córka Karla Friedricha Moritza i jego żony Auguste Wilhelmine Seefeld. Nazwisko zmieniła 26 grudnia 1908 roku, gdy wyszła za mąż za Augusta Hermanna Carla Meschke, malarza dekoracyjnego urodzonego w Pobanz, powiat Bublitz. Ślub miał miejsce w Marwitz (Marwice),w urzędzie stanu cywilnego Brusenfelde, jak niegdyś nazywała się Dębogóra.
- Akt małżeństwa poświadcza, że w chwili zawarcia małżeństwa Anna Luise mieszkała w Stettinie, przy König Albertstraße 35 i była właścicielką sklepu. W księdze adresowej Szczecina z 1909 r. podano, że prowadziła sklep z wełną i wyrobami pończoszniczymi, a także oferowała wyroby gobelinowe – czytamy na Pommerscher Greif.
Istnieją więc przesłanki, że mowa o „naszej” Anne Luise Meschke, choć nie ma pewności.
Wspomnienie, które publikujemy dotyczy jednak życia w naszym mieście, zanim stało się polskie. Autorka zatytułowała je „Zimowe rozkosze na Pomorzu”, choć sam początek stanowi ogólny rys o przedwojennym miasteczku i jego specyfice.
Zimowe rozkosze na Pomorzu
Greifenhagen było miastem powiatowym. Leży przyjaźnie i spokojnie na prawym ramieniu Odry. Zgodnie z tym co mówi mapa nad: „Große Reglitz”, ale mieszkańcy mówili po prostu: „die Oder”. Centrum stanowił rynek z kościołem i ratuszem z czerwonej cegły. Otaczające go ulice były proste. Przecinały się ze wspomnianym rynkiem pod kątem prostym, idąc w kierunku pobliskiej rzeki. Od wschodu Greifenhagen otoczone było pasem zieleni. Z biegiem lat stary dziedziniec kościelny stał się miejscem spokoju i relaksu, z aleją bzów i pięknymi grupami drzew. Tamtejsze tulipany zachwycały spacerowiczów pysznymi zestawieniami kolorów.
Ze Wzgórza Wisielców
Stamtąd ścieżka prowadziła w górę, przez most kolejowy na Galgenberg. Wzgórze wisielców (dzisiejsza Górka Miłości – przyp. red.) była jak tarcza i ochrona przed miastem. Dawniej jałowy stok wzgórza, został z czasem ozdobiony zielenią, krzewami i drzewami.
Wytyczono tu ścieżki promenadowe i place zabaw. Ze szczytu roztaczał się wspaniały widok. Można było zajrzeć do miasta, w którym wciąż stały resztki starego muru miejskiego i kolorowo pomalowane domy z wysokimi, spiczastymi szczytami, które pokazywały już swój czcigodny wiek. Inne budynki lśniły w blasku nowości. Przyjazne wille i zagrody leżały w zadbanych ogrodach, gdzie w pełni kwitły lilak, czerwonokrzew, złotokap i śnieżnik.
W oczy rzucają się liczne rozległe sady, które w porze kwitnienia stanowią urokliwą, roześmianą świetność. Brzozy, olchy i lipy zdobią się w lśniące liście. Kasztany wykiełkowały swoje biało-różowe świece kwiatowe, które wspaniale wyróżniają się na tle błękitu nieba. Słońce świeci nad stalowym szkieletem nowowybudowanego mostu na Odrze, który śmiałymi, pięknymi łukami wygina się nad potężną rzeką. Daleko, daleko leży dolina Odry. Żyzne, bujne łąki ciągną się aż do Gartz i Mescherin…
Szeroka rzeka o wielu ramionach wodnych meandruje błyszczącymi wstęgami przez niziny Odry. Kawki i wrony latają w piskliwych stadach wokół Bahner Tor (Brama Bańska – przyp. red.) Jerzyki gonią się nawzajem w żywiołowym krzyku na mieniącym się srebrnym błękicie nieba. Łagodny wiatr niesie aż tutaj silny zapach wielu wód, zapach bujnie kiełkujących łąk, kwitnących ogrodów, nasyconych kiełkowaniem i wzrostem.
„Melodie ludowych pieśni, nad wiecznymi wodami Odry”
Greifenhagen utrzymywało ożywiony ruch ze stolicą województwa. Do Stettina można szybko i łatwo dotrzeć pociągiem, parowcem i samochodem. Miasto rozkwitło. Posiadało wiele fabryk, w tym fabryki filcu, fabrykę kiełbasy, fabrykę pantofli, fabrykę maszyn, fabrykę powideł, fabrykę parkietów oraz fabryki skór i wiele więcej. Wyrastały nowe dzielnice. Osiedla na wzgórzu Bergweg (dziś 9 Maja – przyp. red) stały w sadach i ogrodach pełnych kwiatów, emanując spokojem i kameralnym zaciszem.
Wody wokół Greifenhagen są bardzo bogate w ryby. Dlatego też wędkarstwo było tam bardzo aktywne. Na nadburciu zabawnie kołysały się niezliczone łodzie rybackie i małe barki z włokami do połowu ryb. Dzięki swoim proporcom statki te oferują obserwatorom malowniczy widok od strony wody.
Liczne statki towarowe ożywiały potężną rzekę. Były one załadowane produktami z kopalń i hut. Drewnem, zbożem i wieloma innymi towarami handlowymi. Holowniki ciągnęły jedną, dwie, trzy, cztery barki odrzańskie, schodzące ze Śląska, załadowane ładunkiem. Przy nabrzeżu cumowały białe parowce pasażerskie, regulujące ruch między Schwedt a miastami nadodrzańskimi aż do Stettina.
Widziano również drewniane tratwy. Ciekawe było obserwowanie drewnianych flisaków przygotowujących wieczorny posiłek, na złożonych przez siebie kłodach, nad migoczącym ogniem. Nastrojowo - gdy skądś zabrzmiała harmonijka ręczna - melodie naszych pięknych ludowych pieśni szybowały nad wiecznymi wodami Odry, pogłębiając spokój wieczoru.
Na zabawach nikt nie siedział
Później przyjechałam do Greifenhagen na kilka zim. Miałam jeszcze wielu znajomych i drogich przyjaciół z czasów szkolnych. Często byłam zapraszana na wiele zimowych balów. Albo rodzice koleżanek brali mnie pod swoje skrzydła, albo matka emerytka wyciągała mnie z domu.
Zgodnie z ówczesnym zwyczajem, każdy bal rozpoczynał się polonezem, a krótko przed północą contrą. Po tym wydarzeniu nastąpiła przerwa kawowa. Trzeba było mieć partnera na te dwa wielkie tańce. Kiedy dziewczyna która szła na bal, ale nie miała jeszcze prawdziwego chłopaka, tak jak się to nazywało w mojej młodości, to bardzo się wtedy obawiano. Pamiętam wewnętrzne drżenie, gdy tylko zaczynała grać muzyka do poloneza…
Jakże często stary wujek, lub dobroduszny ojciec litował się nad zaściankową dziewczyną koleżanki siostrzenicy lub córki, tylko po to, by nie stała się ona „pośmiewiskiem” całego miasteczka. Kotyliony i kwadryle były również wspaniałymi tańcami, ale w żadnym wypadku nie tak widowiskowymi jak polonez i contre.
Muszę przyznać, że byłam przerażona każdym balem, ale było to zupełnie bezpodstawne. Nigdy nie znałem nikogo –dziewczyny ani chłopaka - kto podczas zabawy pozostałby w pozycji siedzącej. Pewnego razu na balu siedmiu panów próbowało wyciągnąć mnie do tańca contre.
Greifenhaska królowa łyżwiarstwa
Przy lekkim mrozie łąki w okolicach Greifenhagen, zalewane przez coroczne wysokie wody, były wspaniałym lodowiskiem. Podczas zimowych miesięcy w mieście ćwiczyłam i maksymalnie wykorzystywałam okazję do jazdy na łyżwach, tym bardziej, że sport ten był w Greifenhagen bardzo kultywowany. Mieszkało tam wielu zdolnych, dobrych łyżwiarzy.
Ale królową łyżwiarstwa została młoda dziewczyna - Elise Margendorff! Płynęła po lodowisku z werwą i elegancją. Wykonywała swoje pokazy na łyżwach z zadziwiającą pewnością siebie. Najtrudniejsze skoki przychodziły jej z taką łatwością, że zdawała się unosić nad lodem, jak ważka. Jej delikatne ciało było sprężyste, oddychało rytmem, bujnością i temperamentem. Zachwycające było obserwowanie tej łyżwiarki, jej gracji i wdzięku.
W tym małym mieście wszyscy się znali, każdy znał każdego innego. Na lodzie spotykaliśmy się zawsze grupą. Gry były zabawne. Tańczyliśmy poloneza, robiliśmy długi łańcuch, albo bawiliśmy się w „węże”. Trzeba było uważać, żeby nie zgubić ogona. Zdarzyło się, że koniec ogona „odpadł”, gdy „głowa” poruszyła się zbyt pospiesznie! Dziewczęta, gdy upadły na lód, pozwalały pomagać sobie w podnoszeniu przez panów. W takich sytuacjach uśmiechało się, choć upadek powodował czasem ból. Jakby nic się nie stało, gra zaczęła się od nowa.
Wycieczki do Mescherin
Zdarzyło się, że ktoś z nas wpadł na fajny pomysł, aby pojechać na łyżwach do Zollkrug, miejsca wycieczkowego w pobliżu Mescherin, na kawę i domowe Schürzkudien. Nie byłam aż tak dobrą łyżwiarką, więc miała zastrzeżenia co do wyjazdu na tę kuszącą wycieczkę. Ale cała korona zaprosiła mnie na zewnątrz. „Mała rzecz ... to nie jest wycieczka . . ...nie możemy zrobić nic lepszego. . . oczywiście, że pojedziesz!”, słyszałam wtedy od wszystkich dookoła.
Następnego dnia poszliśmy na łyżwy, przez Odrę do Zollkrug. Za kilka groszy delektowaliśmy się tam kawą i ciastkiem. W pokoju znajdowała się również skrzynka z majstersztykami. Ktoś usiadł, szybko odsunięto stoły i krzesła i zaczęły się wspaniałe tańce.
Było pięknie!!! Zaskoczył nas bajkowy widok urzekająco pięknego zimowego krajobrazu! Otoczona jasnym światłem księżyca, szeroka, lśniąca srebrem powierzchnia lodu leżała przed nami. Liliowe niebo usiane było miliardami mieniących się gwiazd. Wszystko wokół nas wydawało się być jak z bajki! Ustawiliśmy się w jednym rzędzie, tak aby osoba z tyłu położyła ręce na ramieniu osoby z przodu, i ruszyliśmy!
W rytmie dowodzenia: „Raz - dwa, raz – dwa”, mknęliśmy po lśniącej tafli lodu w pięknej zimowej nocy. Zbyt szybko znaleźliśmy się z powrotem w Greifenhagen. Te piękne wycieczki na łyżwach do Mönchkappe (dzisiejsza Żabnica – przyp. red.), Zollkrug, czy Mescherin pozostaną pysznymi wspomnieniami do końca mojego życia!
„Z pieśni o ojczyźnie”
Jeśli nie było mrozu, chodziliśmy na krótkie wycieczki do Wintersfelde (dziś Czepino – przyp. red.), do młyna w Damerow, gdzie mieściła się knajpa „Polnischen Krug". W okresie zimowym można było czasem przeczytać w gazecie Greifenhagener Kreiszeitung następujące ogłoszenie:
Przebiśniegi i świeże pieczone naleśniki w Młynie Damerow oferujemy w niedziele. Zapraszamy serdecznie do odwiedzin!
Cudowne są takie radosne dni niezakłóconej młodości. Lśnią jak gwiazdy przez długie życie.
Anna Luise Meschke
Relacja A. L. Meschke ukazała się pierwotnie w 1963 r. w Pommerschen Heimatbuches.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze