Gdy 13 grudnia 1981 r. wprowadzono stan wojenny, w Polsce życie zatrzymało się. Obawiano się najgorszego, w tym wojny domowej i wkroczenia radzieckich czołgów na polskie ulice. W takiej atmosferze nastały święta Bożego Narodzenia
- Mimo stanu wojennego, pasterka została odprawiona o północy. Kościół nie pomieścił wiernych, wielu stało na zewnątrz. Uroczystość była nacechowana powagą i przygnębieniem zaistniałych w kraju wydarzeń – odnotowano w kronice parafialnej.
Lakoniczny wpis nie do końca oddaje emocje, które towarzyszyły uczestnikom liturgii.
- Kościół wypełniony był do granic możliwości. W słowie głoszonym na kazaniu zachęcałem parafian do modlitwy w intencji ojczyzny i internowanych. W ich intencji odprawiłem też 7 stycznia 1982 r. uroczystą sumę. Kościół był wypełniony w większości mężczyznami. Nigdy nie zapomnę ich gromkiego śpiewu: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” – napisał we wspomnieniach z tamtych lat dziekan Kozłowski.
Wyjątkową noc doskonale zapamiętał też kościelny.
- Co do pasterki, była wyjątkowa. Pierwszy i jedyny raz ksiądz prałat w podniosłym kazaniu nie życzył ludziom „wesołych świąt”, a słowo „pokój” zostało odmienione prze wszystkie przypadki. Pamiętam, jak prosił, aby wracali do domu w spokoju i bezpiecznie, by nie dali się sprowokować. Każdy wiedział, że na tej i innych mszach znajdują się esbecy. Panowie w „czarnych skórach” stali pod filarem i spod płaszczów nagrywali na magnetofon kazania. Gdy w Wielkanoc ’82 powiesiłem na krzyżu Polskę, a w niej napis „I my zmartwychwstaniem”, zaraz na drugi dzień ktoś to zwalił i połamał, a dziekan miał wezwanie do urzędu, by się tłumaczyć. Takie to były czasy – mówi Wiesław Żebiełowicz.
Boże Narodzenie zorganizowano również w obozach internowania, do których 13 grudnia trafiło troje gryfinian: bracia Witkowscy i Zdzisław Podolski.
- Nie minęły dwa tygodnie od naszego uwięzienia, ale parę rodzin zdążyło już odwiedzić bliskich w więzieniu. Przynieśli kilka rzeczy, udało się im też przemycić opłatek. Nie było mowy o świętowaniu ani o uroczystej kolacji, ale dyrekcja ośrodka w Goleniowie pozwoliła nam na chwilę wyjść z cel, by przywitać się z kolegami, złożyć życzenia. Nie zabronili też śpiewać w celach, więc śpiewaliśmy kolędy. Świętowaliśmy na tyle, na ile mogliśmy – wspomina 66-letni dziś Mirosław Witkowski.
Atmosfera daleka była od rodzinnej, lecz i tak lepsza niż w kolejnych tygodniach.
Powyższy fragment pochodzi z artykułu napisanego z okazji 40-lecia wybuchu stanu wojennego w Gryfinie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze