Reklama

To był (prawie) zwyczajny dzień. Tak wyglądał 13 grudnia 1981 r. w Gryfinie

Mijają czterdzieści dwa lata od wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Tego dnia do obozów internowania wysłano 29-letniego Jana Witkowskich i jego 26-letniego brata Mirosława oraz 43-letniego Zdzisława Podolskiego. Całą trójkę uznano za wrogów systemu. Gdy przemówił generał Jaruzelski, wśród gryfinian zapanował niepokój. Obawiano się wybuchu wojny i bratobójczego przelewu krwi. Z dala od centrum kraju życie zawsze płynęło jednak innym tempem. Dziś nie brak takich, którzy twierdzą, że stan wojenny panował w Gryfinie tylko z nazwy. Prezentujemy archiwalny tekst, który został opublikowany dwa lata temu w Gazecie Gryfińskiej

Pewne wydarzenia pozostają w zbiorowej świadomości na zawsze.

- Takim dniem był w moim przypadku 13 grudnia 1981 r. – mówił dziesięć lat temu Antoni Anweiler.

Powyższy cytat pochodzi z ostatniego wywiadu, którego udzielił w życiu. Gryfiński związkowiec zmarł 29 grudnia 2011 r., szesnaście dni po 30. rocznicy wydarzeń, o których opowiadał na naszych łamach. 

- Pamiętam, że po godzinie szóstej rano zadzwonił do mnie syn: „Tatusiu, jest stan wojenny”, powiedział. Zaskoczyło mnie to, a pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to udać się do kościoła. Na porannej mszy było może dziesięć osób. Atmosfera była podła, wszyscy się bali. Ksiądz Kozłowski zaprosił nas później na plebanię, gdzie podzieliliśmy się opłatkiem i dobrym słowem  – przytaczał przewodniczący NSZZ Solidarność w Elektrowni Dolna Odra.

Reklama

Syn przekazał informację, którą sam usłyszał w radiu. Wbrew obiegowej opinii, o uchwale Rady Państwa społeczeństwo nie zostało  poinformowane za pośrednictwem TVP. O stanie wojennym już o godzinie 6.00 zakomunikowało Polskie Radio. Postać generała Wojciecha Jaruzelskiego, zamiast „Teleranka”, pojawiła się na ekranach teleodbiorników dopiero kilka godzin później.

- Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego. Zwracam się do was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią – mówił generał w pierwszych słowach 9-minutowego nagrania, które zapowiadało początek nowej rzeczywistości.

Reklama

Trzynastego grudnia, o poranku, niewielu potrafiło ją sobie wyobrazić.

- Najpierw ekran zrobił się ciemny. Nie było jeszcze obrazu, ale zaczął już dobiegać głos generała. Miałem poczucie, że właśnie zaczyna się wojna – przyznaje Józef Figlarz, zdradzając odczucia, jakie czterdzieści lat temu towarzyszyły milionom Polaków. 

 

Od 1976 do 1981

Nie wszyscy dowiedzieli się o stanie wojennym z radia, telewizji, bądź od członka rodziny. Do Jana i Mirosława Witkowskich oraz Zdzisława Podolskiego (zmarł w 2016 r.) informacja dotarła znacznie szybciej, bo krótko po północy.

Reklama

- Gdy weszli do domu, spałem w swoim pokoju. Nie musieli wyważać drzwi, bo mieli własne klucze. Dorobili je podczas któregoś z zatrzymań na 48 godzin. W takich sytuacjach, których w moim przypadku nie brakowało, klucze zawsze wędrowały do depozytu. Było po północy. Obudzili mnie, świecili latarkami i kazali wstawać. W tym czasie mieszkałem w Żabnicy. Za ścianą spali rodzice, więc starałem się głośno zachowywać. Chciałem ich obudzić, by zobaczyli, kto mnie „zabiera”  – mówi Mirosław Witkowski, jeden z łącznie siedmiu internowanych gryfinian.

To sporo, jak na prowincjonalne, 15-tysięczne miasteczko. W tym przypadku statystyka nie została jednak zawyżona. Gryfino, mimo swojej wielkości, było silnym ośrodkiem opozycyjnym Pomorza Zachodniego. Pierwszy objaw nieposłuszeństwa wobec systemu nastąpił tutaj w 1976 r., gdy pracownicy Dolnej Odry zaprotestowali przeciwko drastyczne podwyżce cen. Zdanie Instytutu Pamięci Narodowej, trwający kilkanaście godzin strajk w Nowym Czarnowie uchodzi za najlepiej zorganizowany punkt oporu wobec władzy podczas wystąpień robotniczych w Czerwcu ‘76. Katarzyna Rembacka z IPN pisała w jubileuszowym artykule o dojrzałości przewodniczącego Jerzego Nowaka i 23-osobowego Komitetu Robotniczego. W trakcie jednodniowego strajku zadbano o kwestie techniczne, w tym o bezpieczeństwo pracowników i samej elektrowni. Było to zdarzenie o tyle niezwykłe, że wydarzyło się w młodym, dopiero oddanym do użytku zakładzie.

Reklama

- Był to pierwszy dzień, kiedy byliśmy prawdziwą klasą robotniczą. Strajk, który wówczas podjęliśmy, był jedyną możliwą formą sprzeciwu wobec rażącej podwyżki cen artykułów żywnościowych i niesprawiedliwej rekompensaty. Dzięki niemu nie byliśmy białą plamą na mapie strajkowej kraju. W Gryfinie panował jednak wtedy taki klimat, taki nastrój, że nie można było inaczej postąpić. Oceniam Czerwiec ‘76 jako początek czegoś większego, moment konsolidacji środowiska opozycyjnego w regionie – komentował na naszych łamach Jan Witkowski.

11 października 1979 r. opozycjoniści z Gryfina i Szczecina założyli WZZ Pomorza Zachodniego. Były to trzecie po Śląsku i Gdańsku, niezależne od władz związki zawodowe (o ich powstaniu poinformowały m.in. Agencja Reutera oraz Radio Wolna Europa). Witkowscy, którzy podobnie jak Z. Podolski byli sygnatariuszami Deklaracji Założycielskiej WZZ,  jeździli do warszawskiego mieszkania Witolda i Heleny Łuczywo lub Anny Walentynowicz do Gdańska. W Gryfinie stawili się natomiast Henryk Wujec, Jan Lityński i Jacek Kuroń. Ten ostatni spędził 48 godzin w tutejszym komisariacie. Kontakty z członkami Komitetu Obrony Robotników sprawiły, że na terenie Elektrowni Dolna Odra kolportowano podziemne wydawnictwa, w tym „Robotnika”, do którego artykuły pisali Jan i Mirosław Witkowscy. Gdy w listopadzie 1979 r. z pracy zwolniono Zdzisława Podolskiego, załoga 80 pracowników wystosowała apel do dyrekcji zakładu o cofnięcie decyzji, wywalczając powrót kolegi na dawne stanowisko. W sierpniu 1980 r., w odniesieniu do wydarzeń, które miały miejsce na Wybrzeżu, podjęto próbę strajku w Dolnej Odrze, zaś we wrześniu 1980 r. zawiązano struktury NSZZ Solidarność. Mimo początkowych ustępstw, które przyniósł „karnawał Solidarności” im bliżej było stanu wojennego, tym atmosfera gęstniała. 24 września i 23 października 1981 r. odbyły się w Nowym Czarnowie kolejne „masówki”, czyli przygotowania do strajku, zaś 28 października przeprowadzono godzinny strajk ostrzegawczy (12.00-13.00), na którego czele stanął Antoni Anweiler, przewodniczący „S”.

Reklama

- Służba Bezpieczeństwa regularnie nami się interesowała. Przywykliśmy do rewizji, konfiskat i zatrzymań na 48 godzin. Gdy pod koniec 1981 r. nasiliły się, więc wiedzieliśmy, że zaraz się zacznie. Pod znakiem zapytania stało tylko, kiedy wprowadzą stan nadzwyczajny: 13 czy 20 grudnia – kwitują bracia Witkowscy. 

 

Komisarz u ks. Kozłowskiego

Ogłoszenie stanu wojennego przypadło na niedzielę. Mimo że był to jedyny dzień wolny od pracy, nie każdy wylegiwał się do późnych godzin w łóżku.

- Wstałem bardzo wcześnie, by o godzinie 6.00 otworzyć kościół i przygotować wszystko na poranną mszę – opowiada kościelny z parafii na Starym Mieście.

Reklama

Gdy szedł samotnie przez pustą ulicę Niepodległości, podjechała do niego milicyjna „nyska”.

- Z samochodu wysiadł milicjant, zatrzymał mnie i poprosił o dokumenty, których przy sobie nie miałem. Zapytał, gdzie tak wcześnie idę i zaproponował, że mnie podwiozą. Opierałem się, mówiąc, że to niedaleko. Milicyjna „nyska” nie kojarzyła się dobrze, miałem pewne obawy, ale nie było dyskusji. W środku znajdowało się pięciu zomowców. To od nich dowiedziałem się, że w Polsce wprowadzono stan wojenny – przyznaje Wiesław Żebiełowicz.

Reklama

Funkcjonariusze wysadzili go przy kościele od strony zakrystii, mówiąc, by od teraz zawsze nosił dokumenty. Gdy otworzył kościół, przy plebanii dostrzegł drugi radiowóz.

- Chciałem wejść do budynku, ale przy drzwiach stało dwóch zomowców. Zagrodzili mi drogę bronią. Powiedzieli, że w środku znajduje się komisarz i odbywa ważną rozmowę z proboszczem – relacjonuje Żebiełowicz.

Dziekana regularnie wzywano na przesłuchania do „białego domu” przy Grunwaldzkiej.  Tym razem sytuacja była o tyle niezwykła, że funkcjonariusze postanowili sami pofatygować się do prałata. Bronisław Kozłowski często wspominał poranną wizytę z 13 grudnia 1981 r.

Reklama

- W tym dniu, o godzinie piątej rano obudziło mnie przerażające walenie do drzwi. Stał w nich komisarz, tak mi się przedstawił, podając też nazwisko, którego już nie pamiętam. Był w towarzystwie sekretarza partii i pięciu żołnierzy uzbrojonych w kałasznikowy. Komisarz ów przekazał mi, co mam mówić na dzisiejszym kazaniu i jak wyjaśnić parafianom przyczynę ogłoszenia stanu wojennego. Odpowiedziałem mu na to: „Komisarz, to brzmi brzydko, przypomina mi rosyjską rewolucję i zbrodnie”. Oznajmiłem również, że: „To, co ja mam mówić na kazaniu – to ja wiem. A moim przełożonym jest ks. biskup Kazimierz Majdański. Nikt inny nie może dawać mi poleceń”. Zwróciłem się także do żołnierzy: „Chłopaki, opuśćcie broń, wasze matki płaczą, martwią się o was, a kościół i kapłani są wam przyjaźni”. Udzieliłem im błogosławieństwa i przyniosłem opłatek, który żołnierze przyjęli, natomiast komisarz odmówił i powtórzył wcześniejsze polecenie – zapisał w niepublikowanych dotąd wspomnieniach śp. ksiądz Bronisław Kozłowski.

Dziekan niewiele zrobił sobie z sugestii funkcjonariuszy służb.

Reklama

- Podczas porannej mszy niektórzy płakali. Prałat, w swoim stylu, nie wprost opowiedział o tym, co się dzieje w kraju. Starał się dodać wiernym otuchy. Pamiętam modlitwę na kolanach przed naszą Matką Bożą. Ks. Kozłowski prosił o jej wstawiennictwo, by w Gryfinie i w Polsce nie polała się bratobójcza krew. Na koniec mszy wszyscy odśpiewali, prosto z serca, „Boże coś Polskę” – wspomina Wiesław Żebiełowicz.

 

Śnieżyca

13 grudnia 1981 r. był niezwykle charakterystycznym dniem także z innego powodu. Opisywanej nocy  kraj pokrył śnieżny puch. Było pięknie, choć mroźnie i groźnie. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Służba Bezpieczeństwa w środku nocy wyciąga z ciepłego mieszkania.

Reklama

- Zanim weszli do środka, najpierw długo walili w drzwi. Mówili, żebym otwierał, bo inaczej je wyważą. Wtedy wiedziałem, że sprawa jest poważna. Inaczej nie przyszliby w nocy. Byli uzbrojeni. Miałem małe dzieci, które były przerażone tą sytuacją. Gdy zacząłem się ubierać, powiedziano mi, że jest bardzo zimno i bym ubrał się ciepło – opowiada Jan Witkowski.

Podobną rozmowę odbył jego brat.

- W momencie internowania, oprócz esbeków stawili się u mnie też milicjanci. Ich zachowanie zdradzało, że nie uczestniczą w tradycyjnym zatrzymaniu. Bardzo często zachowywali się wyniośle i arogancko. Znałem ich z widzenia, czasem uczestniczyli w rewizjach mojego mieszkania. Tym razem stali przede mną niemal przestraszeni. Po raz pierwszy zobaczyłem u nich strach i pewne odczucie empatii. Powiedzieli, że jest śnieżyca, więc zasugerowali, żebym ubrał się ciepło. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to i było nieco niepokojące. Można powiedzieć, że był to mój pierwszy szok stanu wojennego - przyznał po latach Mirosław Witkowski.

Moment zatrzymania zupełnie inaczej zapamiętał śp. Zdzisław Podolski.

- Po północy bestialski i bandycki napad, wyłamanie drzwi, 20-30 zamaskowanych bandytów? Morderców? Gliny? SB? Z długimi bagnetami trójkątnymi na broni gotowej do strzału wdarło się do mojego mieszkania, obstawiając okna, balkon, drzwi, pod balkonem na zewnątrz, pod oknami całe mrowie ich. Wyciągnęli mnie jak najgorszego zbrodniarza, nie pozwalając mi się ubrać, w piżamie i wykręcając ręce do tyłu, założyli kajdanki. Żona zażądała nakazu. Tam było napisane „internowanie Nowogard Wyspa” – zapisał w relacji z grudnia 1987 r., którą przed śmiercią przekazał Towarzystwu Miłośników Historii Ziemi Gryfińskiej.

Gdy miasto powoli budziło się do życia, trzech opozycjonistów nie było już na terenie Gryfina.

- Najpierw zawieźli nas na posterunek, gdzie chcieli, byśmy podpisali lojalkę. Przedarłem ją i rzuciłem przesłuchującemu w mordę, za co dostałem w twarz. Jan i Mirosław Witkowscy też nie podpisali. Razem zawieźli nas do więzienia w Goleniowie – kontynuował Z. Podolski.

Ze względu na opady, podróż przeciągała się w nieskończoność.

- Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Śnieg sypał gęsto, więc jechaliśmy bardzo wolno. Żartowaliśmy, choć nie było nam do śmiechu, że chyba wiozą nas na Syberię. Tak długo trwał nasz przejazd do Goleniowa – dopowiadali Witkowscy.

W ciągu następnych miesięcy przerzucano ich  kilkukrotnie, na początku 1982 r. do Wierzchowa, a później do Strzebielinka.

- Nikt nie wiedział, ile potrwa uwięzienie. Żyliśmy w ciągłej niepewności, również co do tego, gdzie nas wiozą - mówi Mirosław Witkowski, który miał w tym względzie pecha. Ze wszystkich 10 131 internowanych przesiedział najwięcej, bo rok i dziesięć dni. Na wolność wyszedł jako ostatni w kraju, dopiero 23 grudnia 1982 r.

 

Konspiracja na plebanii

Powiedzenie „jak trwoga, to do Boga” bardzo dobrze oddaje atmosferę, która panowała przed czterdziestoma laty w Gryfinie.

- Ogłoszenie stanu wojennego. Na wszystkich mszach, poza poranną, większa niż w inne niedziele frekwencja wiernych. Widoczny nastrój niepokoju i przygnębienia. Są też w mieście internowania. Na każdej mszy świętej modliliśmy się za ojczyznę i śpiewaliśmy „Boże coś Polskę” – odnotowano w kronice parafialnej pod datą 13 grudnia 1981 r.

Tak jak w wielu wcześniejszych momentach kryzysu, Polacy szukali oparcia w wierze.

- Wokół naszego kościoła i śp. ks. Kozłowskiego grupowały się środowiska konspiracyjne. Na plebani odbywały się spotkania robotników z Solidarności, dla których ksiądz prałat odprawiał potajemne msze święte. Już w stanie wojennym jeździliśmy wspólnie z proboszczem żukiem po dary do Szczecina. Później rozwoziliśmy je do poszczególnych parafii dekanatu. Wsparcie otrzymywały też rodziny internowanych oraz wyrzuconych z pracy – wylicza kościelny Żebiełowicz.

Do plebani zapraszani byli też przedstawiciele innych grup.

- Dziekan Kozłowski organizował też spotkania dla nauczycieli. Uczyłem wtedy wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 2 w Gryfinie i byłem trenerem lekkoatletyki w Hermesie. Gdy jechaliśmy na zawody do NRD, poszedłem do komisariatu milicji po paszport. Wydawał mi go rodzic mojego ucznia. Był dobrze zorientowany, wypytywał, o czym rozmawiamy na tych spotkaniach w kościele. Odpowiedziałem, że o życiu, niczym politycznym. Nie chciał wierzyć, że ksiądz proboszcz tylko podtrzymuje nas na duchu – opowiada Jan Podleśny. 

Gryfinianie szli do kościoła po otuchę, ale też po informację. Wystąpienie gen. Jaruzelskiego nie wyjaśniało bowiem, jak wyglądać będą najbliższe godziny i dni. Spodziewano się najgorszego, na co wpływ miało również położenie miasta przy samej granicy z NRD.

- W tym czasie pracowałam w Szkole Podstawowej nr 1 w Gryfinie, ale studiowałam zaocznie bibliotekoznawstwo. Weekendy spędzałam w akademiku, więc stan wojenny zastał mnie w Szczecinie. Pamiętam olbrzymi strach o bliskich. Nikt nie wiedział, co będzie, wszyscy bali się, że zaraz wybuchnie wojna. Moja rodzina mieszkała w Chojnie. Nie miałam jak do niej zatelefonować, więc pobiegłam przez śnieg, z dzisiejszej alei Papieża Jana Pawła II na dworzec. Pociągi jeździły różnie, niektóre wcale nie przyjeżdżały. W końcu wsiadłam do jednego i pojechałam do mamy – relacjonuje Elżbieta Macuk, która przez 46 lat pracowała w bibliotece SP 1.

W szkole przy ul. Łużyckiej pracował wówczas młody nauczyciel Józef Figlarz.

- Usłyszałem głos Jaruzelskiego, później zobaczyłem jego postać. Najchętniej zostałbym w domu, ale nie mogłem. Ubrałem się i pojechałem do Szczecina na zajęcia. Studiowałem wtedy zaocznie w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Dojechałem do uczelni przy ul. Wielkopolskiej i zastałem drzwi zamknięte na kłódkę i łańcuch – opowiada.

Na przyspieszone ferie świąteczne wysłano nie tylko studentów zaocznych, ale również dziennych. Do końca roku kalendarzowego, do szkolnych ław nie wrócili też uczniowie podstawówek, techników, zawodówek i liceów.

 

Biało-czerwone opaski

Normalnie funkcjonowały za to sklepy i zakłady pracy. Jako że dwóch z trzech internowanych pracowało w Elektrowni Dolna Odra (M. Witkowski był natomiast zatrudniony w Teatrze Lalek Pleciuga w Szczecinie), władze miały prawo obawiać się reakcji robotników. Gdy Z. Podolski i J. Witkowski trafiali uprzednio do więzień, koledzy z pracy wstawiali się za nimi, walcząc o uwolnienie i ponowne zatrudnienie. Komitetowi Powiatowemu PZPR w Gryfinie zależało, by tym razem obyło się bez demonstracji. Służby, razem z Julianem Kukurowskim, komisarzem stanu wojennego w gminie, wolały zabezpieczyć się na taką ewentualność.

- W niedzielny poranek zostałem przewieziony z mieszkania do komisariatu. Często tam bywałem, bo jako uczestnik Grudnia ’70 w Szczecinie i Czerwca ’76 w Gryfinie, „esbecja” na okrągło się mną interesowała. 13 grudnia mówili, że jak podpiszę lojalkę, to wyjdę wcześniej, ale tego nie zrobiłem i spędziłem w komisariacie cały dzień. Około godziny 17 straciłem przytomność. Gdy zbadał mnie lekarz, okazało się, że mam wielkie nadciśnienie. Wtedy puścili mnie do domu. Następnego dnia nie poszedłem do pracy w elektrowni, bo dostałem kilka dni lekarskiego zwolnienia – opowiada Jerzy Minkwitz, członek NSZZ Solidarność.

Anweiler został zatrzymany, gdy wracał z porannej mszy.

- Niedaleko mojego mieszkania przy ul. Bałtyckiej zobaczyłem czarną wołgę. Zostałem zabrany do komendy. Przesłuchanie trwało dwie godziny, ale potem zostałem wypuszczony – przytaczał przewodniczący Solidarności, bardziej szczegółowo opowiadając o poniedziałku 14 grudnia.

- Następnego dnia poszedłem do pracy, gdzie zaraz na początku usłyszałem wezwanie do dyrektora. Tak jak inni założyłem biało-czerwoną opaskę na ramię i poszedłem do jego gabinetu. Siedział tam w towarzystwie trzech wojskowych, dwóch z marynarki wojennej. „Co pan ma na ręku”, zapytał jeden z nich. Odpowiedziałem, że jestem na służbie. Rozmowa była dość ostra, dlatego gdy wróciłem do kolegów, ostrzegłem ich, że mogą nas spotkać jakieś sankcje. Ustaliliśmy, że wyjdę z zakładu. Zaraz przed bramą udało mi się złapać jeden ze związkowych autobusów. Miał zamarznięte szyby, co okazało się szczęśliwym trafem, bo kolejny raz miałem być zatrzymany, ale po prostu nikt mnie nie zauważył. Szczęście trwało krótko, bo zanim doszedłem do domu, zostałem aresztowany i resztę dnia spędziłem w komendzie. Nazajutrz doprowadzono mnie do sądu, gdzie dostałem dość wysoką grzywnę, 4,5 tys. zł za noszenie tej opaski. Alternatywą były trzy miesiące więzienia – wspominał Anweiler z okazji 30. rocznicy tamtych wydarzeń.

Pobyt za kratkami i tak go nie ominął.

- Został aresztowany 30 kwietnia 1982 r., a następnie osadzony w szczecińskich aresztach. 9 lipca 1982 r. zwolniono go ze względu na stan zdrowia. Został wyrzucony z pracy w elektrowni. W latach 1982-89 znajdował się bez zatrudnienia, zajmując się pracami dorywczymi – czytamy w Encyklopedii Solidarności.

 

Spokojne ulice

Po pierwszej fali niepewności i strachu, gryfinianie spostrzegli, że „niedziela stanu wojennego” nie różni się szczególnie od poprzedniej. Miasto żyło swoim powolnym życiem. Zmiany nie zaszły też w otoczeniu. Idąc  do kościoła, mieszkańcy nie widzieli rogatek przy wyjazdach z miasta, ani wojska i czołgów na ulicach.

- To różniło Gryfino od Szczecina – mówi Podleśny, który 13 grudnia przebywał w obu miastach. - Też nie było rogatek i również było raczej pusto, ale spotkać można było zdecydowanie więcej mundurowych. Jechałem do szwagra i żołnierze zatrzymali mnie w Podjuchach. Zostałem wylegitymowany i puszczony dalej. Przez tę śnieżycę ledwo dojechałem. W pewnym momencie musiałem zatrzymać się, by sprawdzić, gdzie dokładnie jestem – dopowiada trener Hermesa.

Jak wspominał natomiast Witold Grabowski, wówczas 35-letni inżynier, a od 1 kwietnia 1982 r. naczelnik miasta, „nyska” kręciła się po ulicach, ale nie częściej niż dotychczas. Okres ten przebiegł spokojnie, również w elektrowni.

- Jak każdy obserwujący tamte wydarzenia w kraju czułem oczywiście, że coś może się stać. Jednak Gryfino to nie Warszawa czy Kraków. Tutaj nic specjalnego się nie wydarzyło. 13 grudnia był zwyczajnym dniem. Nazajutrz normalnie udałem się do pracy. Podobnie we wtorek i kolejne dni. Życie w Gryfinie praktycznie toczyło się normalnie. Oczywiście w środowisku kolegów w Dolnej Odrze komentowaliśmy fakty i zastanawialiśmy się, co będzie się działo dalej. Nie ukrywam, że więcej się wtedy rozmawiało niż pracowało – opowiadał na naszych łamach przed dziesięcioma laty.

Jedyną zmianą, którą dostrzegł, było wprowadzenie godziny policyjnej. Ze względu na to część pracowników dostała przepustki, które pozwalały przemieszczać się po mieście po godzinie 22.

„Magiczne kartki” otrzymało więcej grup pracowniczych. W pewnych przypadkach wypisywano je też uczniom.

- Miałem 18 lat i uczyłem się w Technikum Elektrycznym przy ul. Łużyckiej. Wtedy szkoła nie miała jeszcze pracowni z prawdziwego zdarzenia, więc raz w tygodniu jeździliśmy do Szczecina, na ulicę Racibora. W styczniu 1982 r., gdy znów otwarto szkoły, dostaliśmy przepustki. Przydawały się, bo często nas legitymowano – opowiada Dariusz Żołnowski,

Zapamiętał zwłaszcza jedną sytuację ze szczecińskiej ulicy.

- Przy pl. Hołdu Pruskiego, niedaleko Zamku Książąt Pomorskich znajdował się świetnie wyposażony sklep. To był taki dzisiejszy Empik, do którego kolejki ciągnęły się kilometrami. W 1981 r. wyszła pierwsza płyta Perfectu. Poszliśmy po zajęciach i czekaliśmy w długim ogonku. Obok nas znajdywali się sami młodzi ludzie, licealiści i studenci. W pewnym momencie podjechał milicyjny radiowóz i zaczął rozpędzać zebranych. Była godzina 13, więc funkcjonariusze uznali, że młodzież powinna znajdować się w szkołach. Cześć osób postawiła się, więc dostali pałkami po głowach. Niektórych milicja zabrała ze sobą. Nas uratowało to, że na przepustkach mieliśmy napisane godziny zajęć, od 8.00 do 12.00 – opowiada Żołnowski, dziś nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 3 w Gryfinie.

Jak dodaje, nie pamięta podobnej sytuacji w rodzinnym mieście.

- W Gryfinie nie było takich „obrazków”. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek był tutaj publicznie bity przez milicję za to, że czeka w kolejce – komentuje.

 

„Niektórzy wyolbrzymiają swoją rolę”

- Bo to był w Gryfinie zwyczajny dzień – komentuje wspólnym głosem kolejna grupa naszych rozmówców.

To przedstawiciele „drugiej strony”, funkcjonariusze służb i działacze partyjni, którzy w większości przypadków otwierają się dopiero przy wyłączonym dyktafonie i zapewnieniu, że pozostaną anonimowi.

- Nie wstydzę się tego, że byłem w partii i nosiłem mundur, ale czasy są, jakie są i niektóre opinie mogą wywołać wściekłość u współmieszkańców. Osoby, które piszą o tamtym okresie powinny jednak mieć całościowy ogląd sytuacji, wiedzieć, jak wyglądało to z „drugiej” perspektywy – słyszeliśmy wielokrotnie.

Nikt z tego grona nie neguje zbrodni systemowych z lat 80.: pacyfikacji kopalni Wujek, zabójstwa księdza Popiełuszki czy sprawy Grzegorza Przemyka. W ich odczuciu, w wielu miejscach, w tym w Gryfinie, doszło jednak do mitologizacji tego okresu.

- Niektórzy starają się udowodnić, że w naszym miasteczku panował terror i zamordyzm, a nie była to przecież Warszawa, Gdańsk czy Kraków. Tutaj każdy każdego znał. Obie „strony” piły ze sobą wódkę, spotykaliśmy się podczas rodzinnych imprez, a ci „źli milicjanci, esbecy i partyjniacy” niejednokrotnie pomagali załatwić jakąś sprawę. Dziś obie „strony” także utrzymują kontakty. To małe miasto – tłumaczą.

Mówić pod nazwiskiem nie obawia się Czesław Turkiewicz.

- Nie mam czego się bać, bo nikomu nie zrobiłem krzywdy. Do dziś żyję w Gryfinie i nikt nie ma do mnie żadnych pretensji – mówi przewodniczący gryfińskiego koła Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów Policyjnych.

Do 1989 r. był funkcjonariuszem milicji, a następnie, po pozytywnej weryfikacji,  do 1992 r. pracował jako policjant. To między innymi on dokonał słynnego zatrzymania Kuronia.

- Takie mieliśmy polecenie służbowe. Sytuacja przebiegła w kulturalnych okolicznościach. Nie było żadnych kajdanek, a późniejszy minister Kuroń był świadomy tego, że tak musi być. Mówił: „panowie, róbcie swoje”. W komisariacie normalnie z nami rozmawiał. Mówił, że to dla niego dzień jak co dzień. „Potrzymacie mnie 48 godzin, wsiądę do pociągu, a w Kostrzynie znów zostanę zatrzymany przez MO i odsiedzę swoje” – przytacza Turkiewicz.

W ramach obowiązków zawodowych zatrzymywał też i przeszukiwał („jakieś dwadzieścia razy”) mieszkania braci Witkowskich oraz innych działaczy.

- W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. zostaliśmy nagle wezwani do komisariatu. Otrzymaliśmy dyspozycje na najbliższe godziny. Część funkcjonariuszy została wysłana, by zatrzymać braci Witkowskich i Podolskiego. Rano mieliśmy zabrać natomiast na przesłuchanie grupę działaczy Solidarności i dodatkowo kilku… kryminalistów – opowiada, dodając, że nie chodziło jednak o zdyskredytowanie związkowców.

- Nikt nie wiedział, co oznacza stan wojenny. Władze miasta obawiały się, że miejscowy element będzie chciał wykorzystać sytuację i zakłócić porządek. Zatrzymaliśmy m.in. znanych w okolicy złodziei, by nie dokonywali włamań do sklepów. Teraz jest im to na rękę, bo dostają dodatki kombatanckie ze względu na to, że 13 grudnia spędzili w areszcie. Dorobiliśmy im legendę – tłumaczy Czesław Turkiewicz.

Zapamiętał też kolejne dni.

- Szczerze mówiąc, niewiele ciekawego się tu działo. Po wprowadzeniu stanu wojennego zabezpieczono strategiczne zakłady. Razem z kolegą z MO przydzielono mnie do Zakładu Handlu w Gryfinie. Siedzieliśmy tam po 24 godziny na dobę, by pilnować żywności. Nie odnotowaliśmy żadnych ekscesów. Spokojnie było też w elektrowni. Miały tam miejsce pojedyncze incydenty, np. ktoś zbił gablotę z informacjami o stanie wojennym albo raz wywiesili prześcieradło z napisem „NSZZ Solidarność”. Więcej nie mogli zrobić, bo Dolna Odra była solidnie obsadzona od początku powstania. Z ramienia SB „opiekował się” nią Eugeniusz Frasoński, późniejszy komendant policji w Nowogardzie, a poza nim dodatkowo Zdzisław Osmolak i Michał Zwolak oraz grupa milicjantów, w której też się znajdowałem – wspomina.

Podobne głosy płyną z dawnego komitetu partii.

- Braci Witkowskich darzę ogromnym szacunkiem. Po prostu mieli inne poglądy i inną wizję niż choćby ja. Zostali internowani, bo decyzje o tym zapadały znacznie wyżej niż w Gryfinie. W mieście żyje jednak kilka osób, które wyolbrzymiają swoją rolę i znaczenie. To oni krzyczą dziś najgłośniej. Wypinają pierś z orderami, przypisując sobie rzeczy, których nie zrobili, albo które nie miały istotnego znaczenia, jak zbicie gabloty czy wywieszenie flagi na 1 maja. Gdy czytam niektóre ich wypowiedzi, to kręcę głową z niedowierzaniem, bo większość spraw jest przejaskrawiona – uznaje dawny członek KP PZPR.

 

Kolejni internowani

13 grudnia trwał przez 24 godziny. Jego wydarzenia oddziaływały jednak na kolejne dni i tygodnie. Ze względu na sytuację społeczno-polityczną, gryfińskie restauracje i lokale zrezygnowały z organizacji sylwestrowych balów. Do skutku nie doszły też studniówki oraz inne cykliczne wydarzenia. Znacznie trudniej było odwołać święta.

- Mimo stanu wojennego, pasterka została odprawiona o północy. Kościół nie pomieścił wiernych, wielu stało na zewnątrz. Uroczystość była nacechowana powagą i przygnębieniem zaistniałych w kraju wydarzeń – odnotowano w kronice parafialnej.

Lakoniczny wpis nie do końca oddaje emocje, które towarzyszyły uczestnikom liturgii.

- Kościół wypełniony był do granic możliwości. W słowie głoszonym na kazaniu zachęcałem parafian do modlitwy w intencji ojczyzny i internowanych. W ich intencji odprawiłem też 7 stycznia 1982 r. uroczystą sumę. Kościół był wypełniony w większości mężczyznami. Nigdy nie zapomnę ich gromkiego śpiewu: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” – napisał we wspomnieniach z tamtych lat dziekan Kozłowski.

- Co do pasterki, była wyjątkowa. Pierwszy i jedyny raz ksiądz prałat w podniosłym kazaniu nie życzył ludziom „wesołych świąt”, a słowo „pokój” zostało odmienione prze wszystkie przypadki. Pamiętam, jak prosił, aby wracali do domu w spokoju i bezpiecznie, by nie dali się sprowokować. Każdy wiedział, że na tej i innych mszach znajdują się esbecy. Panowie w „czarnych skórach” stali pod filarem i spod płaszczów nagrywali na magnetofon kazania. Gdy w Wielkanoc ’82 powiesiłem na krzyżu Polskę, a w niej napis „I my zmartwychwstaniem”, zaraz na drugi dzień ktoś to zwalił i połamał, a dziekan miał wezwanie do urzędu, by się tłumaczyć. Takie to były czasy – mówi Żebiełowicz.

Nawet po wybuchu stanu wojennego i uwięzieniu trzech „ikon gryfińskiego podziemia”, istniała grupa osób, która kontynuowała działania wobec rządzących i systemu. Cały czas kolportowano „bibułę”, którą zdobywano w Warszawie i Wrocławiu, a następnie kopiowano na miejscu. Od maja 1982 r. na terenie elektrowni zaczęto wydawać niezależne pismo „Krawędź” pod redakcją Wojciecha Nicpana, Zbigniewa Brockiego i Edwarda Skurskiego. Prasą zajmowała się też Jadwiga Boral, mieszkanka Szczecina, w latach 1975-1983 pracownik administracji w Dolnej Odrze. Była współzałożycielką elektrownianej Solidarności (wrzesień 1980), znajdowała się też w Prezydium Zarządu Porozumiewawczej Komisji Krajowej Energetyków. Jej przykład – tak jak Bogdana Zarzyckiego, Waldemara Rolirada i Edwarda Skurskiego - pokazuje, że na internowanie można było zapracować też po Grudniu ‘81.

- Nie zaprzestałam działań, a nawet je zintensyfikowałam. Długo szukali na mnie haków, raz niemal wpadłam z matrycą nielegalnego pisma „Feniks”, którego byłam współorganizatorka i redaktorką. W końcu jednak, w sierpniu 1982 r. przyszli do mojego mieszkania i zabrali mnie do Ośrodka Odosobnienia w Darłówku. Wypuścili mnie wprawdzie, ze względu na zły stan zdrowia, po dwóch miesiącach, ale nie dali spokoju. Uderzyli w mojego syna. Dali nam spokój dopiero, gdy wyjechaliśmy do Szwecji, z paszportem w jedną stronę – opowiada w wywiadzie, który opublikujemy za tydzień.

 

Proza więziennego życia

Boże Narodzenie zorganizowano również w obozach internowania.

- Nie minęły dwa tygodnie od naszego uwięzienia, ale parę rodzin zdążyło już odwiedzić bliskich w więzieniu. Przynieśli kilka rzeczy, udało się im też przemycić opłatek. Nie było mowy o świętowaniu ani o uroczystej kolacji, ale dyrekcja ośrodka w Goleniowie pozwoliła nam na chwilę wyjść z cel, by przywitać się z kolegami, złożyć życzenia. Nie zabronili też śpiewać w celach, więc śpiewaliśmy kolędy. Świętowaliśmy na tyle, na ile mogliśmy – wspomina 66-letni dziś Mirosław Witkowski.

Atmosfera daleka była od rodzinnej, lecz i tak lepsza niż w kolejnych tygodniach. Bracia Witkowscy nazywają je „prozą więziennego życia”. Poranek rozpoczynał apel. Każdego dnia odbywały się łącznie dwa „zebrania”, podczas których sprawdzano stan osobowy: jeden z wyznaczonych więźniów musiał poinformować, czy liczba osadzonych w celi się zgadza. Między porannym a wieczornym apelem następował czas wolny. Osadzeni poświęcali go głównie na czytanie, pisanie listów i rozmowy.

- W więzieniu nie jest źle, o ile nie biją i nie siedzi się wespół ze zwyrodniałą grupą kryminalną. O ile ktoś lubi nicnierobienie. Po prostu się siedzi. Każdy może to sobie wyobrazić. Byliśmy odizolowani od zwykłych więźniów i mieliśmy o tyle lepiej, że wywalczyliśmy prawo do leżenia na łóżkach nawet w dzień – przytacza M. Witkowski.

Wszystko zależało od nastawienia. Zdzisław Podolski od pierwszych dni zamknięcia zdecydował się na szereg radykalnych posunięć.

- Podjąłem głodówkę, siedząc non stop na stołku, starym zwyczajem. Po Nowym Roku 1982 zapadłem na nogi, pod presją lekarza Zdanowicza, Mariana Jurczyka i kolegów przerwałem głodówkę, a wielka szkoda, już byłbym na wolności lub w niebie. 17 stycznia, podczas przewożenia do więzienia w Wierzchowie, zostałem pobity do nieprzytomności, wyrwali mi ręce ze stawów, wybili zęby, kopiąc mnie, gdzie popadło, wrzucili do suki jak worek kartofli czy jak psa. W Wierzchowie odbywały się często tzw. ścieżki zdrowia, czyli zomowcy z długimi pałkami stali w dwuszeregu, a środkiem musieli przechodzić więźniowie bici tymi pałkami. Kipisze cel i rozbieranie do naga były na porządku dziennym. Co noc odbywała się strzelanina, wybuchy granatów czy petard i ujadanie psów. Szykowali się do naszej likwidacji – zapisał w swoich wspomnieniach.

Jak mówią bracia, używano wobec nich siły (np. każdego 13. dnia miesiąca, gdy internowani, dla uczczenia miesięcznicy, uderzali miskami o kraty), lecz poważne bicie zostawiali na ważne okazje.

- Jak słynnego 13 lutego 1982 r. Protestowaliśmy przeciw rygorowi i podejściu, jakie wykazywali  strażnicy. Wymagaliśmy, by traktowali nas z szacunkiem. Gdy tego brakowało, stosowaliśmy bierny opór. Nie odliczaliśmy podczas apeli, nie reagowaliśmy, gdy strażnicy do nas się odzywali. Doszło do eskalacji i pobicia 45 z 88 uwięzionych w Wierzchowie. Sprawa szybko wyszła jednak na światło dzienne. Dowiedziało się o tym Radio Wolna Europa. Funkcjonariusze, którzy dali zgodę na pobicie nas, musieli odpowiedzieć za to przed zwierzchnikami, a my mieliśmy spokój. Tak jak mówi Mirek, przez większość czasu nudziliśmy się, bo ile można czytać, rozmawiać, czy pisać listy – komentuje Jan Witkowski.

3 lipca 1982 r. skierowano go do Strzebielinka, skąd 19 listopada 1982 r. został zwolniony do domu. Od momentu wyjścia wznowił swoją działalność opozycyjną. Pisał artykuły do „Krawędzi”, kolportował podziemne wydawnictwa i brał udział w manifestacjach patriotycznych. Podczas obchodów trzeciej rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych został pobity przez ZOMO (utracił 30% słuchu), a następnie ponownie uwięziony i skazany na rok więzienia.

Podolski nie dotrwał natomiast do Strzebielinka. Ze względu na stan zdrowia wyszedł na wolność w marcu 1982 r. Najdłużej przesiedział Mirosław Witkowski.

- Obóz opuszczałem razem z nieżyjącym już Jerzym Zimowskim. Tego dnia wyszedł jeszcze Józef Taran z Warszawy i solidarnościowa historia obozu w Strzebielinku dobiegła końca.

Zastanawiam się do dziś, dlaczego trzymali mnie tak długo, bo chyba nie zasługiwałem na specjalne traktowanie. Władza musiała mnie nie lubić. Może to dlatego, że w Warszawie chodziłem na spotkania do British Council? W IPN czytałem swoje akta i napisali tam, że jestem osobą szczególnie groźną dla bezpieczeństwa państwa oraz że wrogą działalność rozpocząłem w 1977 r., kontaktując się z przedstawicielami dyplomacji USA i Wielkiej Brytanii! Miałem ofiarować im swoje usługi w przekazywaniu informacji o sytuacji w Polsce. Jest to oczywiście nieprawda – uśmiecha się młodszy z braci.

 

Donosy kolegów do SB

Gdy w 1989 r. upadł system, bracia Witkowscy nie zdecydowali się wykorzystać opozycyjnej karty. W odróżnieniu od wielu internowanych żaden z nich nie poszedł w politykę.

Mirosław Witkowski, który w pewnym momencie dzielił cele z Lechem Kaczyńskim, pytany o ocenę „tamtych lat”, nie kryje rozgoryczenia.

- Po wyjściu z internowania pisałem jeszcze do podziemnego „Feniksa”, byłem też członkiem ruchu Wolność i Pokój. Po 1989 r. nie zaangażowałem się w żadne działania. Kiedy teatr historii uobecnił swój epilog, poczułem się bardzo zmęczony. W nowej rzeczywistości nie potrafiłem już działać. Koniec tamtego systemu uzmysłowił mi, że właściwie nie mam już nic do roboty. Należało zająć się własnym rozwojem. W pewnym momencie zgubiłem zresztą poczucie wartości swojego życia. Przyszłość niespodziewanie wydawała się kurczyć, a wszystko jakby szybciej biec. Poczytuję tamten okres w jakiś sposób za czas stracony. I gdybym miał drugą szansę, wybrałbym inaczej. Rzeczy, którymi się zajmowałem, nie miały tyle znaczenia, by poświęcić im całe to życie. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na to, co dzieje się teraz w Polsce. Jestem rozczarowany sytuacją i tym, co z krajem zrobiło PiS. Nie o takie wartości walczyliśmy - gorzko podsumowuje M. Witkowski.

Od wydarzeń sprzed lat odciął się również jego brat.

- To przeszłość, do której od dawna nie wracam myślami. Przez wiele lat nie opowiadałem też o swoich doświadczeniach. Wpływ na to mają pewne sytuacje, które wypłynęły stosunkowo niedawno – komentuje starszy z braci, który w 2009 r. zwrócił się do IPN z prośbą o kwerendę i udostępnienie materiałów na swój temat.

- Większość została zniszczona, ale zachowało się kilkanaście stron donosów. Są bardzo szczegółowe i pokazują, w jakim stopniu byliśmy infiltrowani. Co istotne, donosy pisały na mnie osoby z najbliższego otoczenia. Mam na myśli kolegów z opozycji solidarnościowej, a wśród nich m.in. Zygmunta Kąkolewskiego. Został zarejestrowany jako TW Sum, co można powiązać z faktem, że był zapalonym wędkarzem). Materiały SB, które znajdują się w IPN-ie pokazują, że donosił na mnie też Zdzisław Foremski (TW Tomasz i Lex), co jest szczególnie bolesne. Gdy nie mogłem znaleźć pracy, podał mi rękę i zatrudnił w swojej firmie. Po latach poznałem powód tej decyzji, chciał mieć mnie blisko, bo taki dostał rozkaz. Fakt, że koledzy byli tajnymi współpracownikami SB stanowił dla mnie spore przeżycie. Muszę przyznać, że w znacznym stopniu wykazywałem się naiwnością, nie dopuszczając wówczas do siebie takiej myśli. Sądziłem, że kolega, ktoś z kim dzielę ten sam los, nie  może być kimś innym niż jest  – kwituje J. Witkowski.

Obaj bracia nie planują wziąć udziału w obchodach z okazji 40-lecia wprowadzenia stanu wojennego w Polsce.

 

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Zbyszek - niezalogowany 2025-12-13 08:02:23

    Witam. Piszę ten komentarz 13grudnia 2025r. Gdy wracam myślami tej tragicznej nocy, mam wrażenie jakby było wczoraj. Nie będę pisał o naszej drukarni, która kolportowaliśmy ulotkę "Krawędź ". Te pracę włożyliśmy, dużo trudu, I wysiłku. Gdy dziś spoglądam na, naszą Polskę widzę podziały. Ja byłem, I będę Koserwatysta do końca moich dni. Te wspomnienia dedykuję mojej, Mamie Janinie, w większości dostarczałem, do pisania, która odeszła do Pana. Również dedykuję śp. Edkowi Skurskiemu. Niech Żyje Prawdziwa Polska, Chrzescijanska. Pozdrawiam. Zbigniew Brocki.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama