Reklama

Boże Narodzenie 1945. Pierwsze święta w powojennym Gryfinie

Kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej, wycieńczeni konfliktem Polacy stanęli przed kolejnym trudnym zadaniem: przygotowaniem świąt Bożego Narodzenia, nie mając do tego warunków. W mieście brakowało nie tylko ozdób, opału, ale nawet jedzenia. Mimo to wiele osób zapamiętało pierwsze powojenne święta jako niezapomniane i piękne wydarzenie, które zbliżyło ludzi po tragicznym okresie, gdy swastyka unosiła się nad całą Europą. Co jedli gryfińscy pionierzy, jak poradzili sobie przy ozdabianiu choinek oraz kto zorganizował pierwsze jasełka w mieście? Prezentujemy artykuł, który ukazał się w Gazecie Gryfińskiej w grudniu 2016 roku

Pierwsze powojenne miesiące i lata, upłynęły Polsce oraz Polakom na odbudowie zniszczeń, zarówno tych infrastrukturalnych, jak i psychicznych. W tym czasie nad Wisłą nie było bowiem rodziny, która podczas sześcioletniego koszmaru nie doświadczyła cierpień polegających na utracie bliskich, zdrowia, bądź mienia. Dodatkowo, wiele osób musiało przystosowywać się do nowej rzeczywistości na zupełnie obcych ziemiach, kojarzących się głównie z niemieckim okupantem.

Było to związane ze zmianą granic kraju i masowymi przesiedleniami na tzw. Ziemie Odzyskane, w skład, których wchodził również Gryfin, jak do 7 maja 1946 roku nazywało się nasze miasto. Śledząc zarówno relacje osadników, jak i materiały PUR-u (Powiatowego Urzędu Repatriacyjnego), nie cieszyło się ono zainteresowaniem ze strony repatriantów. Jako powód takiego stanu rzeczy wskazywano głównie na bliskość granicy, fatalny stan bezpieczeństwa i aprowizacji oraz trudne warunki mieszkaniowe.

Reklama

- Pamiętam, że jak w lipcu 1945 roku przyjechaliśmy do miasta, to był tam taki major, co nas prosił, byśmy się tu osiedlili. Ale Gryfino się jeszcze paliło, wszędzie leżały trupy i pachniało śmiercią. Te wszystkie mosty, co tam się teraz znajdują były poniszczone. Całe Gryfino było zresztą zniszczone i puste. Widziałem to wszystko, bo często chodziłem do miasta. - relacjonuje Marian Rostowski, który ostatecznie wylądował w pobliskich Mieszkowicach.

Jego wspomnienia nie oddają dokładnie sytuacji w mieście. Zgodnie z badaniami profesora Adama Makowskiego, Gryfino należało do mniej zniszczonych miast naszego województwa. W największym stopniu ucierpiało śródmieście, a łączne straty można szacować na około 30% substancji technicznej. Znacznie większym piętnem na psychice osadników odbiła się jednak przestępcza działalność żołnierzy radzieckich, którzy na co dzień zajmowali się grabieżami i gwałtami, wywołującymi u nowych mieszkańców miasta poczucie zagrożenia. Powodów do radości było niewiele, dlatego tym bardziej cieszono się na pierwsze powojenne święta, licząc, że wprowadzą w życie nieco więcej normalności.

Reklama

 

Różny wymiar świętowania

Boże Narodzenie 1945 było wyjątkowe nie tylko ze względu na fakt, iż były to pierwsze święta po wyniszczającym konflikcie zbrojnym, ale również dlatego, że wielu przesiedleńców spędziło je w nowym miejscu zamieszkania. Jeżeli chodzi o Gryfin, zgodnie ze sprawozdaniem Pełnomocnika Rządu RP na okręg Pomorze Zachodnie Leonarda Borkowicza,

było to dokładnie 1126 osób. Ich odczucia były rozmaite i często uzależnione od miejsca, z którego przyjechali tutejsi repatrianci. Pochodząca z „Centrali” rodzina Stefanii Pomsty, wspominała święta jako smutne i ubogie.

Reklama

- Nie obyło się wtedy bez płaczu, głównie z tęsknoty za swoimi, którzy zostali w centralnej Polsce. Było smutno, ale wspólne śpiewanie kolęd stworzyło świąteczny nastrój – zdradza. Z kolei Jadwiga Osicka z Wołynia, przedstawiała Boże Narodzenie w odmienny sposób, jako pierwsze radosne chwile po wojnie.

- Muszę powiedzieć, że wigilię mieliśmy wspaniałą.  Wojna była dla nas, mieszkańców Wołynia, bardzo ciężka. Po kilku latach tułania się, nareszcie mieliśmy swoje mieszkanie w Nowym Czarnowie. Stało się więc dla nas rajem na ziemi – powiedziała na naszych łamach w 2014 roku.

Reklama

O odbiorze świąt decydował więc czynnik geograficzny oraz to, w jakim gronie dana rodzina trafiła na tzw. Ziemie Odzyskane. W lepszym położeniu znajdowali się osadnicy, mający wsparcie w postaci sąsiadów. Sporą grupę, bo liczącą aż 896 osób stanowili przybysze z Sambora. Wśród nich znajdowała się m.in. ceniona nauczycielka i organizatorka życia kulturalnego, Maria Dobromilska.

- Przypominam sobie, że w czasie świąt przybyli do nas z kolędą inni samborzanie, a wśród nich między innymi członkowie bardzo licznej rodziny państwa Kiszków. Śpiewali kolędy z towarzyszeniem ustnej harmonijki – relacjonowała.

Reklama

Znaczną część ówczesnych Gryfinian cechowała jednak duża powściągliwość, która w dużej mierze wynikła z sytuacji panującej w mieście. Grudzień ‘45 miał bowiem też drugi, mniej uroczysty i świąteczny wymiar. Jak czytamy w piśmie Borkowicza z 28 grudnia 1945 roku, w Gryfinie na porządku dziennym były stale powtarzające się wypadki grabieży, rabunku, podpalenia i zgwałcenia kobiet przez osoby noszące mundur żołnierza radzieckiego. W związku z tym, ludność miasta była się opuszczać swoje mieszkania po zmroku, choć nawet w nich nie mogła czuć się pewnie. W samym grudniu oddziały Armii Czerwonej spaliły osiem zabudowań rolnych.

Dla komfortu, starano trzymać się w większych grupach, takich, o jakich wspomniała Dobromilska, której zdaniem, za sprawą licznych przyjaciół ze Wschodu, święta były niesamowitym doznaniem.

Reklama

- Właściwie na każdym kroku było widać dobro sąsiadów i chęć niesienia przez nich pomocy. Mój brat miał bardzo zniszczone buty. Mama opowiedziała to sąsiadce, a ta niemalże natychmiast przysłała do nas człowieka, który buty naprawił – dopowiedziała.  

 

Skromne, (nie)szczęśliwe święta

Ze względu na wszechobecną biedę i ubóstwo, a także braki aprowizacyjne, polskie rodziny nie mogły pozwolić sobie na to, by w pełni nawiązać do bogatej tradycji przedwojennych świąt, w czasie, których stoły uginały się od nadmiaru potraw. Brakowało nie tylko ozdób świątecznych, ale przede wszystkim jedzenia i opału. Aby zapewnić ciepło, korzystano z opuszczonych budynków, których drewniane bele ogrzały wiele współczesnych rodzin. Znacznie gorzej rzecz prezentowała się w przypadku wigilijnej kolacji. Jak wspomina jedna z pionierek miasta, nie było mowy o dwunastu potrawach, a prezenty, które znalazły się pod choinką, były bardzo skromne. Niekiedy ratunkiem okazywały się paczki z UNRRY, zaspakajające podstawowe potrzeby Polaków.

Reklama

W znacznie lepszym położeniu znajdowali się ludzie ze wsi. Miasta, w tym nawet Szczecin, notorycznie cierpiały głód, przede wszystkim za sprawą braku plonów. Ludzie, posiadający gospodarstwa rolne, mogli więc znacznie lepiej przygotować się do zimy, czyniąc solidne zapasy.

Za wszelką cenę starano się  maksymalnie wykorzystać dostępne składniki. I tak ze zboża przyrządzano chleb oraz ciasto. Rodziny ze Wschodu przyrządzały też kutię, tradycyjną potrawę kresowej kuchni. Jest to słodki deser z ziaren pszenicy, maku, miodu, orzechów, migdałów i rodzynek. Istotne jest, że wigilijny stół różnił się w poszczególnych domach. Przyjezdni z terenów Wileńszczyzny, zamiast pierogów, kutii i mamałygi z kukurydzianej mąki raczyli się blinami oraz śliżykami, wigilijnymi kluskami lub ciasteczkami z makiem. To samo tyczy się geograficznego podziału na zwolenników barszczu i grzybowej, zup, które w praktyce nie pojawiały się wspólnie na jednej wieczerzy. Owe tradycje zatarły się dopiero za sprawą „mieszanych małżeństw” między ludźmi z różnych części kraju.

Reklama

Na wigilijnym stole pojawiała się też kapusta z grochem, gołąbki z kaszy jaglanej i kapusty oraz owoce, zbierane w okolicy wiele tygodni wcześniej i suszone specjalne z myślą o świętach. O bardziej wyszukanych daniach, w tym mięsie w kolejne, niepostne dni nie mogło być jednak mowy.

- W tamtych czasach nie było łatwo, przypominam sobie, że tata jeździł do centrali i stamtąd przywoził jedzenie. W tamtych czasach nie było problemu z ubraniami, ale jeść nie było co – stwierdza Urszula Małecka, która pierwsze święta pamięta przez pryzmat pobytu w szpitalu, gdzie razem z ojcem leczyła się z tyfusu.

Reklama

Ich świąteczny obiad stanowiły… tarte ziemniaki lane na gorącą wodę, a następnie zalane mlekiem.  

 

Nie było typowych prezentów

Wracając do roku 1945, w święta nie mogło oczywiście zabraknąć choinki. O ile mniej trudności dostarczało zdobycie drzewka, o tyle znacznie więcej problemów wynikło z kwestii jej ozdobienia. Radzono więc sobie w domowy sposób, samemu dbając o wygląd świątecznego świerku lub jodły.

- Jeżeli chodzi o ozdoby, były to zrobione ze słomy łańcuszki, a kolorowe papierki po cukierkach zastąpiły bombki, których wtedy nie mieliśmy. Na drzewku zawisły także ciastka oraz prawdziwe świeczki w drucianych oprawkach zrobionych przez tatę. Były te jabłuszka i cukierki powieszone na nitkach. Z kolei wata porozrzucana po choince miała imitować płatki śniegu – zdradza Stefania Pomsta, której tata własnoręcznie ściął choinkę, za górkami w Czepinie. W wielu domach drzewko zastępował substytut w postaci jednej, bądź kilku ściętych gałęzi.

Reklama

- Przypominam sobie, że nie mieliśmy choinki. Stanowiła ją spora gałąź powieszona pod sufitem. Wisiały na niej różne świecidełka – potwierdza Jadwiga Osicka. Jeszcze trudniej było zapewnić prezenty dla dzieci. Jako że były to produkty drugiej, a nawet trzeciej potrzeby, często rezygnowano z obdarowywania się upominkami, bądź decydowano się jedynie na drobne gesty.

- Prezenty pod choinką były bardzo skromne. Znalazłam tam niewielką paczuszkę, a w niej dwie pomarańcze, dwa jabłka, cukierki i kilka pierniczków upieczonych przez mamę – wymienia Pomsta. Jej podarunek od Św. Mikołaja i tak prezentował się luksusowo w porównaniu z tym, co dostały, lub czego nie dostały inne dzieci.

- Typowych prezentów wtedy nie było. Największym prezentem dla nas wszystkich było to, co znalazło się na stole – dopowiada J. Osicka z Nowego Czarnowa.

 

Jednoczące jasełka

Święta Bożego Narodzenia w 1945 roku miały nie tylko rodzinny, ale też państwowo-kościelny wymiar. Służył on nie tylko kultywowaniu tradycji, ale też integracji różnych środowisk. Tak jak zostało już napisane, mieszkańcy Gryfina różnili się nie tylko odmiennymi zwyczajami, ale też językiem, wykształceniem i poziomem życia. Choć brzmi to stereotypowo, inną postawę prezentował Warszawiak, a zupełnie inaczej do otaczającego świata odnosił się repatriant zza Buga, co często doprowadzało do antagonizmów. Problemom miały zaradzić wspólne uroczystości, w tym przypadku msza święta odprawiona przez księdza Jana Palicę oraz jasełka, zorganizowane przez zasłużoną nauczycielkę, Marię Dobromilską. Jak czytamy w jej wspomnieniach „Moja Praca na Ziemi Szczecińskiej”:

- Polacy z różnych regionów Polski i innych krajów spieszą się pokłonić dziecięciu. Szli do niego ludzi z granic Rumunii w pięknych wyszywanych strojach, szli Kałuszanie z solą, Samborzanie z przyśpiewkami w pięknym stroju Samborskim zbliżonym do rzeszowskiego, Krakowiacy i Poznaniacy z tańcami, Poleszucy z rybami, Kaszubi z piosenką kaszubską „Nigdy do zguby nie dojdą Kaszuby”.

Mimo niezwykle mroźnej i srogiej zimy ’45, impreza cieszyła się wielką popularnością, ściągając do miasta również ludzi spoza jego granic. Całości towarzyszyła orkiestra, zorganizowana przez osadników wojskowych, którzy wraz z rodzinami, osiedlili się w powiecie w liczbie około pięciu tysięcy. Wpływ na to miał rozkaz nr 111 Naczelnego Dowódcy Wojska Polskiego, generała Michała Roli-Żymierskiego. Na jego mocy zdemobilizowani żołnierze otrzymali domostwa m.in. w powiatach gryfińskim i chojeńskim. Pozwalało to nie tylko na zapełnienie pustych domostw, ale też zebranie przy granicy wykwalifikowanej zapory przed nowym Niemcami, na wypadek, gdyby upomnieli się o utracone ziemie. Jak widać, życie w powojennym Gryfinie dostarczało dużo więcej trosk i niepokojów, niż tylko związane z aprowizacją. Nad całym miastem unosił się wszechobecny strach przed życiem w strefie przygranicznej, kolejnym konfliktem zbrojnym, a także koniecznością ponownej migracji. W pozytywnym myśleniu nie pomagała też obecność 206 Niemców, którzy pozostali w Gryfinie po zakończeniu wojny.

- W składanych sobie życzeniach najważniejsze było to, by nikt nas z nowego miejsca nie wyrzucił. I byśmy mogli tu pozostać na dłużej – w swoich wspomnieniach potwierdza Stefania Pomsta. Jak pokazał czas, obawy były zbędne. Zgodnie z życzeniem przyszło jej bowiem spędzić tu całe życie.

 

Czas życzliwości i więzi

Jak wynika z relacji pionierów tej ziemi, mimo wielu problemów oraz trosk, rodzinna atmosfera Bożego Narodzenia wzięła górę nad niepewnością czasów, w jakich przyszło im żyć. Tyczy się to zarówno osób wypowiadających się pozytywnie o każdym aspekcie świąt, jak i Stefanii Pomsty, w której domu pojawiły się też łzy.

- Pierwsze święta, mimo, że wiele nam jeszcze brakowało, były jednak radosne, bo były cząstką naszej dawnej rodzinnej więzi. Coraz bardziej rozkwitały więzi sąsiedzkie, wzajemna pomoc i życzliwość ludzi, mimo, że byliśmy przecież zbieraniną z różnych stron – podsumowała pani Stefania. Z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia, każdy z nas powinien wziąć sobie jej słowa do serca, zapominając o wszelkich kłótniach i sprzeczkach. Tak, by zbliżający się okres był pięknym i niezapomnianym czasem.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama