Reklama

45 lat temu w Gryfinie powstały Wolne Związki Zawodowe Pomorza Zachodniego

11 października 1979 roku, dziesiątka działaczy ze środowiska gryfińsko-szczecińskiego złożyła popisy pod Deklaracją Założycielską WZZ. Do miasta przyjeżdżali członkowie KOR, w tym Jacek Kuroń, który spędził… 48 godzin na komisariacie. Czterdzieści pięć lat od tamtych wydarzeń przypominamy historię WZZ, zawiązanych w niewielkim mieszkaniu przy ul. Słowiańskiej

W drugiej połowie lat 70. XX w.  robotnicy nie mieli już złudzeń, że partia z członem „robotnicza” w nazwie, jest nie tylko daleka od ich codziennych problemów, ale nie zawaha się ponownie użyć pałek. Wystarczy, że ich oczekiwania pracownicze pójdą zbyt daleko. Było to kłopotliwe. Nadchodził bowiem okres, w którym aspiracje społeczne nie znajdywały zaspokojenia. Po pierwszych latach rządów Edwarda Gierka, a więc czasów coca-colą płynących,

konsumpcyjny optymizm Polaków poszedł w zapomnienie. Kolejne plany i obietnice nie robiły już na nikim wrażenia. Nastroje uległy dodatkowemu pogorszeniu w drugiej połowie dekady, wraz z nadejściem gospodarczego kryzysu. Uderzył on przede wszystkim w grupę, na której, przynajmniej w teorii, opierał się system Polski Ludowej.

Reklama

Co prawda o interesy robotników dbać miała Centralna Rada Związków Zawodowych, lecz jej działalność była fasadowa. CRZZ w żadnym aspekcie nie była reprezentantem robotników, de facto pełniąc funkcje polityczne.

Organizacje partyjne w zakładach pracy wciąż miały się dobrze, werbując robotników do partii, a nawet do uczestnictwa w kompromitujących masówkach, jak ta potępiająca „warchołów z Ursusa i Radomia”. Działania te coraz rzadziej były dobrowolne. Coraz powszechniejsze stawało się za to zainteresowanie działalnością w ramach powstającej opozycji demokratycznej w Komitecie Obrony Robotników czy Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W 1978 r. zaczęli organizować się także robotnicy.

Reklama

 

Ujawnili swoje nazwiska

Dla pracowników elektrowni pierwszy przejaw obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec systemu stanowił Czerwiec ‘76.

- Był to pierwszy dzień, w którym byliśmy prawdziwą klasą robotniczą. Strajk, który wówczas podjęliśmy, był jedyną możliwą formą sprzeciwu wobec rażącej podwyżki cen artykułów żywnościowych i niesprawiedliwej rekompensaty. Dzięki niemu nie byliśmy białą plamą na mapie strajkowej kraju. W Gryfinie panował jednak wtedy taki klimat, taki nastrój, że nie można było inaczej postąpić. Oceniam Czerwiec ‘76 jako początek czegoś większego, moment konsolidacji środowiska opozycyjnego w regionie – ocenia Jan Witkowski.

Reklama

W krótkiej perspektywie doprowadziło to również do założenia w Gryfinie Wolnych Związków Zawodowych Pomorza Zachodniego, trzecich w kraju, po Śląsku i Gdańsku związków  zawodowych niezależnych od władz. Historyczny dla regionu moment miał miejsce 11 października 1979 roku. Wcześniej dziesięć osób ze środowiska gryfińsko-szczecińskiego złożyło własnoręczne podpisy pod Deklaracją Założycielską.

- To nie było tak, że deklaracja WZZ PZ była podpisana jednego dnia. Wszystko rodziło się powoli i podpisy też zbierano stopniowo. 11 października 1979 r. poszły do Warszawy, by podać je zachodnim mediom. Informację o utworzeniu WZZ PZ przekazano za pośrednictwem Jacka Kuronia do Agencji Reutera i Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa – wspomina Mirosław Witkowski, jeden z sygnatariuszy deklaracji.  Oprócz niego podpisy złożyli:

Reklama

Stefan K. Kozłowski, Danuta Grajek, Bronisław Modrzejewski, Zdzisław Podolski, Kazimierz Dobosz, Tadeusz Kociełowicz, Andrzej Kamrowski, Jan Paprocki i Jan Witkowski.

Nie był to wyłącznie symboliczny gest. Działacze podali wówczas swoje imiona i nazwiska oraz miejsca zamieszkania, narażając się tym na represje ze strony aparatu bezpieczeństwa.

- Wiedzieliśmy jakie mogą być konsekwencje, ale mieliśmy jasno wytyczony cel. Była nim walka o prawa pracownicze w PRL – mówi Mirosław Witkowski.

Jednym ze sposobów działania był

Reklama

kolportaż prasy drugoobiegowej i ulotek w zakładach pracy. Wydawali też własne pismo. 

„Robotnik Szczeciński” ukazywał się od marca 1979 r. do lutego 1981 r. Pismo ukazywało się nieregularnie, miało do 24 stron objętości w formacie A4, drukowanych na powielaczu ramkowym w jednej z podgryfińskich wsi. Na łamach „robotnika” przypominano o wydarzeniach grudnia 1970, zamieszczono kalendarium strajku z sierpnia 1980 r. w Szczecinie, opisano przebieg jednodniowego strajku okupacyjnego w Dolnej Odrze. Autorzy gazety dzielili się ponadto doświadczeniami związanymi z organizowaniem opozycji, współpracą z KPN, ROPCiO, SKS i kolportażem wydawnictw niezależnych.

Reklama

- Władze wiedziały o naszej działalności. Pewnego razu bezpieka przechwyciła farbę drukarską, którą ściągaliśmy z Gorzowa. Ubecy zatruli farbę i zwerbowali człowieka, który miał ją nam dostarczyć. Nic nie wiedząc, używaliśmy jej w najlepsze i nic nam się nie stało. Okazało się, że uratowała nas oszczędność. Dodawaliśmy do farby pasty do prania „Komfort”, w której myliśmy też ręce. Pasta miała właściwości dezynfekujące, zadziałała jak neutralizator, ratując nas od zatrucia. Dowiedzieliśmy się o tym, bo pion Śledczy IPN prowadził śledztwo w sprawie próby zabójstwa członków WZZ PZ – czytamy w książce „Portret miasta. Gryfino 1945-2015”. 

 

Reklama

Wizyty u „Walentynowiczki”

Aktywna działalność gryfińskich opozycjonistów sprawiła, że w niewielkim mieście nad Odrą zaczęli bywać działacze Komitetu Obrony Robotników.

- Między innymi Henryk Wujec, Jan Lityński i Jacek Kuroń, który stawił się na spotkaniu u mojego brata, w trzecim wieżowcu przy ulicy Słowiańskiej. Jego wizyta postawiła ubecję w stan gotowości. Szukano go w całym mieście, a gdy ustalono adres, wkroczyła do mieszkania. W efekcie Jacek Kuroń spędził w Gryfinie jeszcze 48 godzin, tyle że na komisariacie – opowiada M. Witkowski.

Reklama

Delegacje udawały się też w teren.

- Jeździliśmy wtedy często do Gdańska na zebrania u Anny Walentynowicz. Pamiętam, że u „Walentynowiczki” było niewiele krzeseł, nas ze Szczecina przyjeżdżało siedem osób. Dlatego działacze z Gdańska odstępowali nam miejsca siedzące, mówiąc, że jesteśmy gośćmi i mamy ten przywilej – mówi Witkowski.

Na zebraniach ustalano strategię działania, współtworząc projekt Karty Praw Robotniczych.

Po przyjeździe zajmowano się pracą w mieście: rozwieszaniem plakatów z okazji różnych świąt patriotycznych, m.in. uchwalenia Konstytucji 3 Maja czy też 11 Listopada oraz przywracaniem pamięci historycznej i propagowaniem wśród pracowników wiedzy na temat ich praw". Działano nie tylko na terenie Dolnej Odry, ale też w okolicy kościoła, po mszy świętej. Jednocześnie trzymano się zasad konspiracji. Zważając na fakt, że środowisko w Gryfinie liczyło kilkanaście osób, tak wydawało się bezpieczniej.

Reklama

 

Stanowił zagrożenie dla państwa

Skutkiem szerokiej działalności gryfińskich robotników była inwigilacja przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa.

- Wiedziałem, że interesuje się nami SB. Byłem obserwowany i bywało, że pod oknami mieszkania stał samochód, a w środku siedzieli „smutni panowie”. Przywykliśmy jednak, że od chwili strajku byliśmy obserwowani przez ludzi związanych z kierownictwem zakładu i partii. Przyjmowaliśmy to z obojętnością, bo w okresie PRL-u pewne rzeczy po prostu działy się bez naszego wpływu – komentuje Jan Witkowski.

Reklama

Na działaczy bardzo szybko spadły represje. Rewizje, konfiskaty i zatrzymania na 48 godzin, stały się niemal codziennością niektórych z nich. Mirosława Witkowskiego w trybie pilnym powołano do wojska. Zarówno on, jak i Podolski oraz Kozłowski, stracili pracę. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, dzięki ulokowanym w środowisku tajnym współpracownikom, kontrolowali znaczną część działań związkowców, swymi działaniami doprowadzali do podważania zaufania pomiędzy nimi, podejmowali też liczne próby kompromitowania ich w środowisku. W końcu, w grudniu 1981 roku, z mieszkań wyciągnięci zostali Witkowscy oraz Podolski.

- Zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego zawieźli mnie do Wierzchowa a potem do Strzebielinka, gdzie siaedziałem razem z Lechem Kaczyńskim – wspomina Mirosław Witkowski, który siedział przez rok i dwa tygodnie.

- Najdłużej w Polsce. W IPN czytałem swoje akta. Napisano w nich, że jestem osobą szczególnie niebezpieczną dla państwa. Imputowano mi kontakty z przedstawicielami Wielkiej Brytanii i USA. Miałem im oferować informacje o sytuacji w Polsce – dopowiada.

Więcej o późniejszych wydarzeniach w naszym mieście i kraju przeczytasz w tekście poniżej.

Marta Marcinkiewicz (IPN)

Grzegorz Racinowski

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 11/10/2024 11:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama