- Zawsze prowadziłem intensywny tryb życia. Nie zamknąłem się też w czterech ścianach po śmierci żony. Starałem się być wśród ludzi i jak najczęściej zajmować czymś myśli. Mam wielu przyjaciół, więc długo się udawało. Syndrom samotności dopadł mnie nagle i w niespodziewanym momencie, dopiero po półtora roku. Pojechałem sam nad morze. Przez cały dzień spędzałem miło czas, ale wieczorem wróciłem do pustego pokoju hotelowego i coś mnie „złapało”. Świadomość, że jestem sam, że nie mam do kogo się odezwać - mówi Zdzisław Obst, 71-letni gryfinianin, którego w każdą niedzielę możemy oglądać w „Sanatorium Miłości”
Podobno od kilku tygodni trudniej jest się z tobą umówić.
Z. Obst: Moje życie całkowicie się zmieniło. Nigdy bym nie pomyślał, że sprawy potoczą się w taki sposób. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony do udziału w „Sanatorium Miłości”, ale z perspektywy czasu jestem bardzo wdzięczny moim przyjaciołom za to, że mnie wkręcili.
Bardzo długo nie wiedziałeś o zgłoszeniu, które wysłali do TVP.
- To była ogromna tajemnica, plan który przygotowywali od niemal roku! Grupa moich przyjaciół, że powinienem wziąć udział w „Sanatorium Miłości”, ale znają mnie i wiedzieli, że sam bym się nie zdecydował. Dlatego wzięli sprawy w swoje ręce. Zgłosili mnie, ale to nie wszystko. Mariusz Żeglin, który był głównym pomysłodawcą, wypełnił za mnie również cały kwestionariusz dotyczący mojego życia i tego jaki jestem! Mariusz od dawna mówił, że nadawałbym się do „Sanatorium Miłości”, ale całą akcję przeprowadził w konspiracji. Wszystko trzymali w największej tajemnicy, niczego się nie domyślałem.
----------------------------
Nie możesz mówić o szczegółach niewyemitowanych odcinków. A o tym co dzieje się aktualnie? Uczestnicy programu zachowali ze sobą kontakt po tym, gdy kamery zostały wyłączone?
- Cały czas ze sobą rozmawiamy i się widujemy, choć w niepełnym gronie. Połowa uczestników się oddzieliła, nie piszą nic na naszej grupie i nie spotykamy się. Ale to jest naturalne, że z niektórymi ma się bliższe relacje a z innymi gorsze. Najważniejsze jest dla mnie, że zyskałem w programie przyjaciół. Piszemy ze sobą, ale też się spotykamy. Dwa razy byłem na spotkaniu w Warszawie. Widzieliśmy się nawet ostatnio. Marek mieszka w Toruniu. To 20 km od Ciechocinka, więc podzwonił po „naszej ekipie” i zrobili mi niespodziankę. Gosia, Ania, Marek i jeszcze jedna osoba. Spędziliśmy cały weekend. Jesteśmy przyjaciółmi i będziemy nimi do końca życia.
Zaprosisz ich do Gryfina?
- Zamierzam to zrobić. Na razie jednak sam jeżdżę po Polsce. W ten weekend (rozmawialiśmy 8 kwietnia – przyp. red.) przyjeżdża do mnie koleżanka z programu i jedziemy nad morze.
------------------------
Odbiór, zarówno ten ogólnopolski, jak i gryfiński jest pozytywny. Ludzie piszą, że Dziniu jest fajnym, normalnym facetem.
- Jest pozytywny, ale miałem też kilka przykrych sytuacji.
W Gryfinie?
- Tak. I to ze strony osób, które bym o to nie podejrzewał.
Usłyszałem jakieś nieprzyjemne słowa od kogoś bliskiego?
- Od bardzo bliskich sąsiadów. Kilka dni przed emisją programu, gdy napisaliście w gazecie, że gryfinianin wystąpi w „Sanatorium Miłości”, podeszła do mnie sąsiadka.
Więcej w aktualnej Gazecie Gryfińskiej. Wywiad z Dziniem prezentujemy aż na czterech stronach. Kupisz ją również TUTAJ
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Tylko w Gryfinku może być problem.Miałem przyjemność poznać pana.Fajny człowiek.

Tylko w Gryfinku może być problem.Miałem przyjemność poznać pana.Fajny człowiek.