Jest powszechnie znany jako utytułowany trener kajakarstwa. Mało kto wie, że przed laty sam był perspektywicznym sportowcem, rozpatrywanym nawet w kontekście udziału w Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. Jako że mamy właśnie „czas olimpijski”, przedstawiamy historię życia Lesława Dumy, opowiedzianą z jego własnej perspektywy
W 1973 r. pojechałem jako rezerwowy na Mistrzostwa Świata do fińskiego Tampere. Opisywany okres był dla mnie ważny także ze względów prywatnych. Gdy skończyłem 20 lat, to dostałem powołanie do wojska. Miałem iść do Zawiszy Bydgoszcz, ale coś się pokręciło między klubami. Ostatecznie trafiłem do Szczecina. Początkowo miałem odbyć tylko unitarkę, ale zostałem na cały okres. Jako zwykły żołnierz artylerzysta zaliczyłem w lutym pierwszy poligon. Potem odnalazł mnie Rysiu Stołek, czyli kolega, który trenował w Czarnych Szczecin. Poznaliśmy się w kadrze, więc gdy usłyszał, że trafiłem do jego miasta, to chciał mnie ściągnąć do swojego klubu.
Powiedział, że załatwi mi przeniesienie, ale major, który w pułku był odpowiedzialny za sport, postawił się okoniem. „Lechu, chętnie pozwolę, ale do każdego innego klubu, tylko nie do Czarnych”, powiedział. Okazało się, że wojsko wynajmowało Czarnym salę sportową. Działacze mieli w zamian kupić jakiś odkurzacz. Nie wywiązali się z umowy, więc major powiedział, że nigdy już im nie pomoże. I słowa dotrzymał.
Nie zostawił mnie jednak na lodzie. Wszyscy w jednostce widzieli, że mam sportowy talent, bo rozwalałem kolegów w biegach i innych ćwiczeniach. Major nie chciał, żebym poszedł na zmarnowanie. Któregoś dnia mój dowódca baterii dostał rozkaz stawienia się wraz ze mną u dowódcy pułku. Przerażony zapytał, co ja nawywijałem. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nic! Staliśmy przed dowódcą wyciągnięci jak struny. Patrzę, a obok niego, z charakterystyczną fajeczką, stoi Kazimierz Kozieras, trener Wiskordu Szczecin. „Wiecie kogo tu macie? Kadrowicza, kajakarza, który szykuje się na igrzyska”. Wtedy dostałem stałą przepustkę, która pozwalała mi od godz. 14.00 do 21.30 przebywać poza jednostką. Moja służba zrobiła się dużo łatwiejsza. Usłyszałem jednak ostrzeżenie: „Kanonierze, pamiętajcie, że jeden wyskok i anulujemy wszystko”. Zostałem w ten sposób zwolniony z części zajęć i oddelegowano mnie do treningów kajakarskich. Tak upłynęła mi reszta służby.
Do cywila wyszedłem w 1975 r. Wróciłem do Tarnobrzegu, ale doszło do ważnej zmiany w moim życiu. Jeszcze jako żołnierz wziąłem ślub. Zamierzałem założyć rodzinę, więc zacząłem starać się o własne lokum. Nie był to już niestety czas wielkiej prosperity siarkowej. Mowa o drugiej połowie lat 70. i czasach kryzysu gospodarczego. Poza tym chwile wcześniej powstało województwo tarnobrzeskie i… wszystkie mieszkania poszły dla urzędników.
Chodziliśmy do prezydenta miasta, klub również starał się coś załatwić. Minęły 3-4 miesiące, podczas których nic nie udało się załatwić. Wróciłem do Szczecina, by rozeznać się jak tam wygląda sytuacja. To było w marcu 1976 r
Cały artykuł znajduje się w aktualnej Gazecie Gryfińskiej, na stronach 30-31.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze