Marcin Krzemiński (rocznik 1982) jest gryfinianinem od urodzenia. Od piętnastu lat tuż przy placu Księcia Barnima I naprawia telefony komórkowe i komputery. Przy okazji rozmowy o jego pracy zahaczyliśmy o kilka ciekawych spraw. Chociażby tej, jak wbrew ogólnie deklarowanej trosce o środowisko, producenci elektroniki wprowadzają rozwiązania, w których trudno dopatrzyć się logiki
Wywiad pt. "Najczęściej uszkadzane są ekrany" opublikowaliśmy na łamach Gryfińskiej 12 października 2021 r.
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Piętnaście lat w tej branży to długo?
Marcin Krzemiński: Dosyć sporo, biorąc pod uwagę, że początki telefonów komórkowych w Polsce, to lata 1995-1996. W 2000 roku premierę miała słynna Nokia 3310.
PRAKTYK
Wcześniej komórki miały powab cegłówki, ta Nokia była chyba pierwszym takim kompaktowym telefonem?
- Tak, ale też bardzo łatwym w obsłudze. Do dziś chętnie korzystają z niego starsze osoby. Na marginesie warto zauważyć, że ta marka wraca jak bumerang.
Pana rocznik wchodził w dorosłość już w czasach internetu i telefonii komórkowej, prawda?
- Zgadza się, chociaż były to czasy telefonicznych połączeń z siecią. Kosztowało to majątek.
Pana profesja to pochodna pasji, czy raczej konsekwencja kierunkowej edukacji?
- Ukończyłem Technikum Elektryczne w Gryfinie, ale to raczej efekt pasji. Moja wiedza opiera się na wieloletniej praktyce, a nie na książkach.
Czy to jest trudna do przyswojenia wiedza?
- Im więcej się czegoś robi, tym z czasem mamy do czynienia z takimi samymi zagadnieniami. Gromadzić informacje i doszkalać się należy samodzielnie.
Zwłaszcza, że mamy taką różnorodność sprzętu i różnych nowinek. Jak w tym kontekście ocenia pan kroki Unii Europejskiej, żeby ujednolicać niektóre rozwiązania, np. gniazda ładowarek?
- Ciężko powiedzieć, czy chodzi o ułatwianie życia, czy może o to, by ludzie kupili tych kabli jeszcze więcej? (śmiech) Jedyny plus, że rzeczywiście kabelki USB typu C mają mieć zastosowanie wszędzie. Z tym że to również może nastręczać kolejnych problemów.
Jakich?
- One są przystosowane do telefonów i do tabletów. Tymczasem już słyszymy, że te wejścia mają być montowane także w laptopach. Pobór prądu jest tam dużo większy i skutkować to może większą awaryjnością, przy takich samych pinach takiej wtyczki. Spotkałem się już z głosami, że producent Lenovo, który w niektórych laptopach wprowadził to rozwiązanie, ma z tym pierwsze problemy.
Ale co do zasady kierunek jest chyba słuszny? Każdy zna chyba sytuację, gdy na czterech domowników każdy ma inny telefon i inną ładowarkę.
- W przypadku telefonów i mniejszych urządzeń jest to super sprawa.
CHINY OD RAZU
Jak ocenia pan rynek, pytam o liczbę producentów sprzętu, który trafia w pana ręce?
- Zdarzają się telefony producentów niszowych, których na dobrą sprawę nie widać na rynku. Z czasem okazuje się, że w szerszym ujęciu są to całkiem duzi producenci, tylko nieznani u nas. Mówię głownie o produktach z Chin.
Niszowość w Chinach może oznaczać potencjał, który u nas pasowałby do miana potentata (śmiech).
- To prawda. Przykładem niech będzie firma Oppo, która na naszym rynku funkcjonuje od niedawna. W Chinach to bardzo znana marka.
Słyszałem, że Oppo ma bardzo fajne aparaty fotograficzne.
- Z reguły nowe chińskie telefony maja bardzo dużo ciekawych dodatków, których nie ma u producentów takich, jak dajmy na to Samsung czy LG.
Jak to?
- Uznani producenci z reguły długo testują coś, zanim wypuszczą to na rynek w najnowszych modelach. Chińczycy od razu wrzucają to robią, byle mieć przewagę nad konkurencją.
Czy za różnymi szyldami nowoczesnego sprzętu idą w parze odmienne rozwiązania techniczne?
- Telefony są do siebie bardzo podobne konstrukcyjnie. Problemy rodzi jedynie dostępność części w przypadku mniej popularnych producentów.
Najlepszy producent to ten, z którym ma pan najmniej do czynienia?
- Nie, trafiają do mnie wszystkie marki. Najczęściej uszkadzane są ekrany, wyświetlacze. Inne usterki zdarzają się coraz rzadziej, bez względu na firmę. Psują się też wejścia. Zanim pojawiły się kable USB typu C, ten element był wymieniany chyba w co drugim telefonie, z jakim ktoś do mnie przychodził.
Co było z nimi nie tak?
- Uszkodzenia mechaniczne. Te typu C są już znacznie masywniejsze, trwalsze. W nowych telefonach gniazd typu micro USB już praktycznie nie ma.
Zdarzało się, że rodzaj uszkodzenia telefonu wprawiał pana w zadumę?
- To zdarza się zwłaszcza, odkąd weszły złącza typu C. Często ludzie potrafią wciskać do gniazd nie te kable co trzeba. Czasami nawet, gdy kabel był właściwy, ze złączem starszego typu, wtyczka wciskana była niewłaściwą stroną. W przypadku złącz typu C ten problem znika, bo są z każdej strony takie same.
NIEZAWODNE
Porozmawiajmy o niezawodnych modelach smartfonów.
- Dla mnie taką marką jest LG. Miałem swój telefon wiele lat, raz uszkodziłem ekran, ale tam nigdy mi się nic nie działo, zarówno w przypadku mechanizmu, jak i oprogramowania.
A nie jest trochę tak, ze przyzwyczajamy się do marek i na tej podstawie wydajemy sądy?
- Myślę, że tak jest. Na ogół ludzie, kupując nowy telefon, sięgają po markę, którą znają i przy niej zostają. Czasami jest jednak tak, że marki wycofują się z danego rynku, zanikają. Weźmy na przykład Motorolę, której u nas praktycznie już nie ma.
Na gruncie wykonania można mówić, że jeden producent jest lepszy od drugiego?
- W większości przypadków wady są pochodną nieumiejętnego obchodzenia się ze sprzętem, ale nie powiem… czasami niektóre rozwiązania są tak delikatne, że trzymają się kupy na słowo honoru. Wtedy nawet idealne podejście nie ustrzeże nas przez ich uszkodzeniem.
No to jaki telefon określiłby pan mianem pancernego, którego wykonanie robi na panu wrażenie?
- LG. Teraz mam Samsunga, bo w okresie, gdy go kupowałem, akurat ciekawych modeli LG nie było. Tamten stary, właśnie przez tą bezawaryjność, postanowiłem sobie jednak zostawić.
Wspomnieliśmy o szybkach czy też wyświetlaczach - jak to woli. To najczęściej uszkadzany element telefonu, a jednocześnie jeden z droższych.
- Niestety. Ceny ekranów znanych producentów są bardzo wysokie. Przykładowo dla telefonu o wartości 2 tys. zł, koszt nowego ekranu z wymianą wynosi 1 tys. zł. To na tyle dużo, że często ludzie nie decydują się nawet na naprawę. Wolą wziąć nowy telefon na abonament, chociaż w jego ramach będą de facto spłacać jego wartość. Jakby nie patrzeć, to jednak jest 1 tys. zł więcej.
Więc właśnie, tyle czasu już bawimy się z tym sprzętem. Dlaczego producenci fabrycznie nie wprowadzą rozwiązania, które zapobiegłoby takim sytuacjom?
- To celowe działanie. Pamiętam model telefonu Motoroli sprzed pięciu lat. Robili specjalne testy, zrzucając go z dużej wysokości, uderzając i ten ekran praktycznie był nienaruszony. Dopiero końskie kopyta z nim sobie poradziły. Przez tę trwałość producent chyba przestraszył się spadku sprzedaży części lub nowych telefonów i realizację pomysłu zaniechano.
Smutna konkluzja. Tyle się niby mówi o ekologii…
- Tak powstają tony elektrośmieci, których nie musiałoby być. Obserwuję to codziennie i nie jest to jedynie problem ekranów. Unia Europejska nakazała też wycofanie ołowiu stosowanego w elektronice. W przypadku laptopów, które generują więcej ciepła, cyna bez ołowiu charakteryzuje się mniejszą odpornością, co z kolei prowadzi do częstszych uszkodzeń, przerw w obwodach i tak dalej. Kierowano się szkodliwością ołowiu, a w rezultacie tony szybciej zużytego sprzętu mogą mieć gorszy wpływ na środowisko, niż gdyby ten ołów tam zostawić.
To tak, jak w ogóle ze sprzętem, który kiedyś się naprawiało, a teraz wymienia się tylko na kolejny z przedrostkiem „eko”.
- Z lodówkami posunięto się do tego, że zamiast - tak jak w starych modelach - umieszczać układ chłodzący lodówkę z tyłu, montuje się go w obudowie. Jakakolwiek nieszczelność wiąże się więc z koniecznością wymiany. W telefonach też widać to podejście. Te nowsze, praktycznie wszystkie są klejone, co znacznie utrudnia ich naprawę, czy choćby wymianę baterii, która zużywa się po dwóch czy trzech latach. Dotyczy to praktycznie każdego producenta.
PODGIĄĆ BLASZKĘ
To poniekąd jest odpowiedź na kolejne pytanie, czy współcześnie zwykły użytkownik-majsterkowicz jest w stanie samodzielnie dokonać drobnych napraw?
- Już nie. Kiedyś jeszcze jakimś śrubokrętem, nożem można było coś poprawić, podgiąć blaszkę, bo coś nie stykało (śmiech).
To jest trudna praca? Długo pan pracuje?
- Kiedyś zdarzało mi się zostawać po godzinach. Teraz staram się już tego nie robić. To nie ma sensu, a tylko zabiera życie.
Jak wielu klientów odwiedza pana codziennie?
- Teraz akurat ruszyły szkoły i ludzie mają na głowie inne problemy. Normalnie bywa, że petentów odwiedza mnie kilku na godzinę. Część to klienci z prozaicznymi sprawami - ktoś nie potrafi prawidłowo wprowadzić numeru telefonu, inny skonfigurować smartwatcha. To akurat nie jest jeszcze dobrze dopracowany sprzęt.
Kiedyś, w czasach Nokii 3310, taki sprzęt nastręczał ludziom mniej problemów.
- Tak, a niebawem starsze osoby staną przed kolejnym dużym problemem. W ciągu kilku lat operatorzy sieci będą wyłączać nadajniki, które obsługiwały starsze modele telefonów, z których w większości korzystają właśnie seniorzy. Podobno w dalszych miejscach, na obrzeżach aglomeracji ten proces już się zaczyna. Ci ludzie będą zmuszeni przejść na nowsze telefony.
I ktoś zarobi.
- Tak. Możliwe też, że chodzi o coś innego. Te stare telefony były trudne do namierzenia. Z nowymi nie ma takich problemów (śmiech).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze