Podłaźniczka to czubek jodły, świerku lub sosnowa gałąź, wieszana pod sufitem jako ozdoba w czasie Bożego Narodzenia. Rok temu na naszych łamach pisał o tym profesor Bogdan Matławski. Przypominamy jego archiwalny tekst
Pierwsi polscy osadnicy pojawili się w Żabnicy już w maju 1945 roku. Z tego względu pierwszymi religijnymi świętami przeżywanymi przez repatriantów było Boże Narodzenie. Mowa o trudnym czasie. W polskiej tradycji święta te mają charakter rodzinny i wspólnotowy. Owa wspólnotowość stanowiła wówczas jeszcze jeden wymiar, mianowicie refleksji nad rzeczywistością.
Święta obchodzone były w zupełnie nowych warunkach, w nieznanych wcześniej domach, z obcymi jeszcze sąsiadami, jeśli w ogóle tacy byli. Wszak mowa o 1945 r. Kościół też nowy, nieznany, oddalony od wsi prawie 5 kilometrów, bo w Gryfinie, do którego można było dostać się tylko pieszo, chyba, że ktoś ze wsi miał już konia, wóz lub bryczkę i zabrał po drodze. Z drugiej strony, były te święta ważną formą identyfikacji współmieszkańców-osadników, w niektórych przypadkach zamanifestowania swojej odrębności, ale wszyscy czuli bezinteresowność i związaną ze świętowaniem radość.
Ubój świń i własne kiełbasy
Pierwsze powojenne święta Bożego Narodzenia w Żabnicy były biedne, trudno było o podstawowe produkty spożywcze, nikt nie myślał nawet o dwunastu daniach, ale bogate były rodzinną tradycją, która nadal czyniła je wyjątkowymi. Pierwsza gwiazda gromadziła całą rodzinę przy stole, przy migocącym płomyku świecy lub lampy naftowej. Skromna, ale wspólna wieczerza wigilijna, modlitwa, opłatek a jeśli go nie było – to chleb łamany między sobą z życzeniami zdrowia i lepszego jutra, wspólny śpiew kolęd słychać było prawie w każdym domu.
Z biegiem lat ludzie dorobili się własnych zwierząt gospodarskich, mieli krowy, świnie, konie, dróg, własne zbiory z pola. Żyli nadal skromnie i pracowicie, ale święta mogli wyprawić bardziej godnie i w zgodzie z tradycją, chociaż z postępującą jej modyfikacją. Święta było coraz bogatsze i jak dawniej, ogólnym zjawiskiem występującym we wsi w okresem przedświątecznym było zwiększenie zająć. Przedświąteczne zabiegi miały sprawić, że gdy nadejdzie niezwykły czas świąt, mieszkańcy będą do nich całkowicie przygotowani. Trwał więc ubój świń, przygotowywano wyroby mięsne, przy czym osadnicy przybyli z Kresów, np. państwo Ciepły, którzy zamieszkali przy ul. Długiej, preferowali tzw. opalanie słomą sierści ubitych świń, podczas gdy osadnicy z centralnej Polski sparzali je gorącą wodą i skrobali. W tych czynnościach wspomagali się najbliżsi sąsiedzi.
W stanie wojennym i później wykonywano je w ukryciu nawet przed sąsiadami. Ci z mieszkańców, którzy z różnych powodów nie wykonywali tych czynności, korzystali z usług mieszkającego w pobliskim Czepinie rzeźnika. On też robił wyroby, kiełbasę, salceson, kaszankę, pasztetową, wędził szynki i boczki. Rzadko korzystano z usług istniejącej we wsi rzeźni-masarni. Teraz jest inaczej. We wsi nie ma już tej formy ubijania świń, prawie wszyscy kupują mięso i jego przetwory w sklepach, chociaż coraz więcej mężczyzn stara się zrobić kiełbasę własnoręcznie i samemu uwędzić szynki i boczek.
Kobiety dbały, by mężczyźni dokładnie się wykąpali
Nastawał czas ogólnego sprzątania mieszkań i obejść gospodarskich, prace w domu wykonywały kobiety, a w obejściach mężczyźni. Gospodynie prały, zmieniały bieliznę pościelową, dbając, aby wszyscy domownicy porządnie się wykąpali. Kąpano się w przenośnej, blaszanej wannie, po kolei, od najmłodszego do najstarszego. Wodę zmieniano nie za często, bo trzeba ją było grzać w kotle na kuchni, co było dość kłopotliwe. Domy był i nadal pozostawał królestwem kobiet, one przed świętami robiły i nadal robią w nim generalne porządki. Obecnie jest o tyle łatwiej, że w każdym domu jest łazienka, a czystość utrzymywana jest przez cały rok. Rzadziej, ale nadal kobiety pieką ciasta i to jest ich największe zmartwienie, czy ciasto wyrośnie, czy nie przypali się lub, co uchowaj Boże, nie będzie zakalca.
Mężczyźni i starsi chłopcy natomiast zamiatali podwórze i ulice, odśnieżano podwórka, ścieżki do pomieszczeń ze zwierzętami oraz chodnik i ulicę, które często bywały zasypane i zawiane śniegiem. Narażona na zaspy była ulica Długa pomiędzy obecną szkołą a domem Matławskich, tam była wolna przestrzeń i od zachodu Odry mocno zawiewało ulicę śniegiem, głównie nocą. Dość częsty był widok, gdy samochód ciężarowy z fabryki utknął z rana w tych zaspach i trzeba było wyciągać go fabrycznymi końmi, a jeśli te nie dały rady, to traktorem.
Ostatnimi pracami, które również należały do mężczyzn, było dokładne sprzątanie całego obejścia gospodarskiego. Wtedy nie pozostawało nic innego, jak ubrać choinkę.
„Podłaźniczka” pod sufitem
Choinkę przystrajano w każdym żabnickim domu. Niemal wszystkie ozdoby wyrabiano ręcznie, a choinkę, co też było swoistym rytuałem, ojciec przynosił z najbliższego lasu, czyli z okolic Starych Brynek. W niektórych domach dawnym zwyczajem choinkę zawieszano pod sufitem. Tak było m.in. w domu Lucjana i Nowakowskich, tak właśnie zapamiętał pierwszą choinkę ich syn, Stanisław.
- Pamiętam swoją pierwszą choinkę, która wisiała na suficie. Obudziłem się w nocy i patrzę, wisi choinka na suficie – mówi Stanisław Nowakowski.
Była to tzw. podłaźniczka, jej historia nie jest do końca znana, jednak obyczaj ten zachował się we wsiach Polski południowej do lat 20. XX wieku. Okazało się, że w połowie XX wieku znany był również w Żabnicy. Podłaźnikami nazywano również osoby przychodzące z życzeniami w dniu św. Szczepana i tych, którzy zawodowo zajmowali się bartnictwem.
W latach siedemdziesiątych minął czas żywych choinek i świeczek, które stanowiły realne zagrożenie pożarem. Zastąpiły je choinki sztuczne z elektrycznymi lampkami i kupnymi ozdobami. Po jakimś czasie powróciła jednak moda na choinki żywe. Dzisiaj są one kupowane z plantacji. Zdobią je elektryczne lampki, które mrugają coraz wymyślniej.
Gorzałka z rana, dla pewności
Niemal wszyscy osadnicy byli głównie katolickiego wyznania. Wierzyli – wielu wierzy nadal – w magiczną moc wieczoru wigilijnego, stąd też nie pominięto żadnej wróżby, która dawała nadzieję na życie lżejsze i szczęśliwsze. Boże Narodzenia, rozpoczynała jak dawniej Wigilia. Niecierpliwie czekano pierwszej gwiazdy, głównie dzieci. Gdy ta ukazała się na firmamencie, dzielono się opłatkiem, a gdy go nie było – to chlebem. Celebrowano ten rytuał uroczyście. Wieczerza wigilijna była podobna u wszystkich mieszkańców, różniła się tylko zestawem potraw, zawsze postnych, ale innych, takich, jakie obowiązywały w dawnych stronach rodzinnych. W różni sposób przystrajano też pokój, w którym spożywano wigilijną wieczerzę. W niektórych domach wnoszono do pokoju całe, niewymłócone snopy zboża i ustawiano je w kątach. Śpiewano kolędy na melodię, jaką znali z rodzinnych stron.
Wśród mieszkańców Żabnicy istniało przekonanie, że jaka Wigilia, taki cały rok. Tę myśl powtarzano i nadal powtarza się niemal w każdym domu. Od dawna widziano w Wigilii dzień pełen różnoraki, szczególnych znaczeń, które swą moc rozpoczynały już o świcie. Zatem właśnie tego dnia, zanim jeszcze koguty przypomniały sobie o pianiu, budziły się większe i mniejsze śpiochy, aby oddać się rozlicznym zajęciom wigilijnym. Wierzono, że kto zerwie się dzielnie z łoża, ten potem przez cały rok nie będzie przeżywał kłopotów ze wstawaniem. Gospodarz, który przezornie z rana chlapnął sobie okowity (inaczej gorzałki – przyp. red.), nie musiał się martwić, że w przyszłości grozi mu przymusowa abstynencja. Był to trudny dzień dla dzieci, bowiem ewentualne lanie wigilijne było zarazem zapowiedzią jego całorocznej, systematycznej kontynuacji. Starano się też, by żadnej rzeczy nikomu nie pożyczyć, bo mogło to przyczynić się do odejścia z domu szczęścia.
„Nie karmi się już dziś bydła opłatkiem”
Z upływem lat wieczerze wigilijne były coraz wystawniejsze. Zazwyczaj było dwanaście potraw i wolne miejsce przy stole, ale mniej pozostało z dawnej magii tej wieczerzy, gdy wróżby dawały nadzieję na lepszy czas. Dziś już mało kto wie, że zielone ździebełko wyciągnięte z siana na stole wróżyło ożenek w karnawale, żółte znaczyło, że trzeba poczekać, wyschłe i poczerniałe – samotność do końca życia. Dziewczęta już nie wybiegają na dwór, żeby z psiej szczekaniny poznać, z której strony nadejdzie kawaler chętny do ożenku, a gospodynie nie wypatrują gwieździstego firmamentu, który dawał gwarancję, że kury nie poskąpią jajek.
Gospodarze pewnie też już nie straszą siekierą drzew w sadzie, żeby lepiej owocowały i nie stukają w ule, by obwieścić pszczołom, że Chrystus Pan się narodził. Pewnie niewielu gospodarzy daje bydłu opłatek i resztki wigilijnego stołu, być może dlatego, że o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, ale słyszeć go mogą tylko ci, co nigdy nie popełnili grzechu.
Nikt już dzisiaj nie stoi przy studni z wiarą, że o północy woda zmieni się tam w najprzedniejsze widno, bo trzeba być człekiem o anielskiej duszy. Do dzisiaj pielęgnujemy jednak zwyczaje związane z zapewnieniem sobie bogactwa. Pamiętamy, by mieć w kieszeni portfel lub wkładamy do niego łuskę ze świątecznego karpia.
Kolęda jako wyznanie wiary
Niezmienne pozostało to, że wigilijnej wieczerzy towarzyszą kolędy, przez pierwsze powojenne lata śpiewane gromadnie przy stole, w okresie późniejszym odsłuchiwane z płyt, megafonów, radia, bądź telewizji. Rzadziej w domach wiejskich na Pomorzu Zachodnim śpiewano pastorałki, te stały się modne w ostatnich dziesięcioleciach. Ich nazwa wywodzi się od łacińskiego słowa „pastor”, czyli pasterz.
Co do pasterki, była i nadal jest oczekiwaną mszą, na którą często udają się całe rodziny. Po raz pierwszy podziwiają szopkę bożonarodzeniową zbudowaną w kościele, po mszy składają napotkanym sąsiadom, znajomym życzenia świąteczne. Ta wyjątkowa msza święta ma dla mieszkańców Żabnicy szczególnie znaczenie.
Od czasu, gdy wybudowano we wsi kościół, mogą oni bez większych problemów do kościoła dojść i wrócić bez używania samochodu. Jest to szczególnie ważne dla starszych wiekiem. Z kolei w styczniu, jak dawniej, odbywa się w Żabnicy kolęda, czyli odwiedzanie parafian przez kapłana, zawsze poprzedzone wizytą ministrantów, którzy przyjmują zgodę domowników. Przyjęcie księdza z kolędą jest dla mieszkańców wsi przejawem ich więzi z Kościołem, a z uwagi na wzajemną znajomość publiczną, także wyznaniem wiary.
Zmiany w rytuale obrzędowości
Jak ukazałem w swoim tekście, z biegiem lat następowały nieuchronne zmiany w tradycji i wynikającej z niej obrzędowości. Wcześniej były one wynikiem migracji ludności, a następnie daleko idącej modyfikacji życia ludzkiego. Zmiany dokonywały się pod naporem przemysłu, ekonomii, środków komunikowania i obowiązujących wszystkich ideologii. Poza tym odchodzili ludzie starsi, znający rytuał obrzędowości i zasady jego interpretacji. Obecnie wiele zwyczajów i obrzędów bożonarodzeniowych, upowszechnionych przez Kościół, szkołę i media ma wspólne dla całego kraju cechy. Mimo to, wiele jeszcze dawnych form obrzędowości, przeniesionych z dawnych regionów pozostało w tradycjach rodzinnych.
Do dzisiaj Godne święta – w wielu domach w Żabnicy wciąż o świętach mówi się Gody lub Godne, co jest starą, ludową nazwą Bożego Narodzenia – dla większości mieszkańców pozostają czasem spędzanym w gronie rodziny. Wielu jej członków zjeżdża z całej Europy, to czas przebaczenia i deklarowanej miłości. I choć wiele barwnych obrzędów związanych z tymi dniami odeszło w zapomnienie, to jesteśmy świadkami rodzenia się nowych zwyczajów, jak choćby żywe szopki, które ku uciesze dzieci powstają przy wielu kościołach. Być może taka powstanie też w Żabnicy, bo niektóre żywe zwierzęta są już dla najmłodszego pokolenia żabniczan nie do zobaczenia w swojej wsi.
Bogdan Matławski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze