Kilka lat przed śmiercią dziekan Bronisław Kozłowski nagrał relację o swoim życiu. Dzięki uprzejmości Wiesława Żebiełowicza, dysponenta spuścizny księdza prałata, publikujemy krótkie fragmenty wspomnień śp. proboszcza, które dotyczą świąt Bożego Narodzenia
13 marca 1957 roku przyszło mianowanie na wikariusza kościoła parafialnego p.w. Podwyższenia św. Krzyża w Polanowie, do bardzo zacnego proboszcza Franciszka Kowalczyka. Parafia ta liczyła sześć kościołów filialnych, bardzo zniszczonych, często bez dachów, bez konfesjonałów i szat liturgicznych. Trzeba było też rozpocząć katechezę, która odbywała się w domach prywatnych ze względu na brak sal katechetycznych. Przypadało mi dwadzieścia godzin nauki religii tygodniowo.
Największe trudności z wprowadzeniem nauki religii były w Domu Dziecka w Polanowie, gdzie mieszkało 130. dzieci i młodzieży. Dyrektorka tego Domu Dziecka nie chciała mnie wpuścić do budynku. Kiedy jednak udało mi się tam wejść i spotkać z młodzieżą, zostałem brutalnie wyrzucony. Wówczas młodzież wyszła za mną na dziedziniec. Ja zaintonowałem kolędę „Wśród nocnej ciszy”. Był to okres przed Bożym Narodzeniem. Wszyscy zebrani dookoła mnie śpiewali razem ze mną. Po odśpiewaniu kolędy zaprosiłem ich na pasterkę do kościoła.
Okazało się, że pani dyrektor kazała pozamykać wszystkie drzwi na klucz, aby nikt nie opuścił budynku w nocy. Jednak młodzież po pasach zrobionych z prześcieradeł wydostała się przez okna z budynku i przybyła na pasterkę. Nie potrafię teraz opisać jakie było moje ogromne zdziwienie, kiedy zobaczyłem ich w kościele.
Rano u proboszcza na plebanii pojawili się panowie z UB z Koszalina. Zajął się nimi mądry proboszcz Franciszek Kowalczyk. Ugościł ich po staropolsku. Posądzano mnie, że namówiłem młodzież do zniszczenia nie tylko prześcieradeł, ale również klamek, drzwi i okien. Groziło mi więzienie. Proboszcz poradził mi zniknąć na kilka dni. Wyskoczyłem przez okno i ukryłem się u przyjaciół. Tak mi upłynęły pierwsze święta jako wikariusza. Po pewnym czasie umożliwił mi powrót do parafii.
Pierwsza pasterka w Gryfinie
Gryfinem zawsze jestem bardzo zbudowany, tym jak ludzie od samego początku garnęli się do kościoła i do mnie osobiście. Zawsze tutaj czuję się jak w rodzinie, tutaj zawsze jestem u siebie i jestem w moim domu . Wszystkie święta zawsze byłem z moimi parafianami. Zawsze czekałem na Rezurekcję czy Pasterkę na ludzi w kościele, na te spotkania kolędowe niezapomniane jest co powspominać.
Były też trudne chwile, kiedy w 72r. byłem mianowany przez biskupa do Gryfina a nie zatwierdzony przez władze, to byłem i nie byłem proboszczem. Pamiętam pierwszą pasterkę w Gryfinie, gdzie musiałem otrzymać zgodę, ab ją odprawić.
Ale pamiętam też pasterkę w stanie wojennym, kiedy sam nie wiedziałem co ludziom powiedzieć, jak mogę pocieszyć i uspokoić moich parafian. Na kolanach prosiłem Boga o świtało. Nie mogłem ułożyć kazania, ale jak wszedłem na ambonę, to kazanie powiedziało się samo, ja byłem tylko narzędziem w ręku Najwyższego.
Święta w domu
Najpiękniejsze święta jakie przeżyłem to w domu rodzinnym czy to na Wielkanoc czy na Boże Narodzenie do dzisiaj widzę mego ojca i drobną postać mojej mamy krzątającą się w kuchni. Nigdy w życiu, w najlepszej cukierni nie znalazłem takich placków jak mojej mamy. Muszę powiedzieć, z perspektywy lat jak bardzo mnie ukształtował mój dom rodzinny za co się nigdy nie wywdzięczę.
Pamiętajmy: na nic tytuły, medale, statuetki i dyplomy, u mnie jest cała ściana zawieszona, a tak naprawdę to w życiu najważniejszy jest drugi człowiek i miłość mu okazana. Człowiek patrząc na Chrystusa, który przychodzi jako małe bezbronne dziecko, rodząc się w żłobie, Bóg - Człowiek, taki mały a taki silny miłością.
Kiedy tak wspominam moje życie, to chciałbym być znowu dzieckiem w domu rodzinnym, a potem przeżyć życie jeszcze bardziej kochając innych i nie zmarnować chwil które zmarnowałem. Mówię to jako ksiądz-prałat, ale przede wszystkim jako człowiek.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze