- Cały czas dowiaduję się czegoś nowego a niektóre wspomnienia zapadają mi w pamięć i pojawiają się przed oczami w różnych sytuacjach – mówi Andrzej Krywalewicz, autor książki „Śniadanie na rozstaju torów”
Nową publikacją „pochwaliłeś się” jeszcze w lutym. Czas pokazał, że to pechowy czas na premierę książki.
Andrzej Krywalewicz: Bardzo pechowy. Planowałem spotkania autorskie, proces dystrybucji, a tymczasem czas stanął w miejscu. Musiałem przekreślić wszystkie plany.
Spotkania autorskie to jedno, ale dni mijały, a książki leżały w gminie i czekały...
- Wydawało mi się, że wszystko trwa bardzo długo, ale na szczęście w końcu wydawca podjął decyzję o sprzedaży telefonicznej. Teraz, gdy trzymam w dłoniach swoją książkę czuję, że było warto.
To twoja druga publikacja. Podobnie jak w pierwszej podjąłeś tematykę wojennych i powojennych losów mieszkańców powiatu gryfińskiego. Traktujesz tę książkę jako kontynuację?
- Tak. W książce znalazły się wspomnienia osób, których wysłuchałem po zakończeniu pracy nad pierwszą książką. Gdy została wydana moja pierwsza książka „Tam, gdzie zatrzymał się pociąg”, okazało się, że wiele osób chce podzielić się swoimi wspomnieniami. Rozmawiałem z nimi, słuchałem i w ten sposób udawało się upamiętnić kolejne ludzkie przeżycia, opowieści.
Spisujesz wspomnienia już od kilku lat. Jaka jest twoja motywacja? Ten temat wciąż cię fascynuje?
- Dla mnie to prawdziwe przeżycie, słuchać zapamiętanych wspomnień. W ten sposób smakuje przeszłości, uczestniczę w pewien sposób w przywoływanych zdarzeniach. Później wiele czasu poświęcam, aby zlokalizować miejsca: wioski i miasta przywoływane podczas rozmowy. Poznaję historię tych miejsc. Przecież większość opowieści dotyczy życia na przedwojennych kresach Polski. Tego świata już nie ma. Duże znaczenie przywiązuje do okresu poprzedzającego rozpoczęcie II Wojny Światowej. Ciekawi mnie jak wyglądało życie przed wojną, jakie były relacje z innymi mieszkańcami, czym zajmowali się ludzie. Bardzo ważne jest wszystko to, co związane jest z godziną „0”. Tak określam ten symboliczny moment, gdy dawni mieszkańcy opuszczali swoje domy, małe ojczyzny a przybywali Polacy i zaczynali życie od początku. Proces zasiedlania ziem zachodnich należy uznać za zjawisko precedensowe. Akcja osiedlania przybywających na ten obcy obszar (ziemie zachodnie) rodaków przeprowadzano na niespotykaną dotychczas skalę.
Siedzisz w tej tematyce od dawna.
Czy relacje, których słuchasz, są w stanie cię czymś zaskoczyć?
- Nie tylko zaskoczyć, ale też wstrząsnąć. Cały czas dowiaduję się czegoś nowego a niektóre wspomnienia zapadają mi w pamięć i pojawiają się przed oczami w różnych sytuacjach.
Na przykład?
- Szczególnie w pamięci wyryła mi się historia pani Ewy Kostuś z Gryfina. Na początku wojny jej rodzina została zesłana na daleki wschód Rosji. W czasie transportu przyglądała się śmierci. Najpierw zmarła babcia, później sąsiad, a potem kolejne osoby. W czasie postojów drzwi rozsuwano, wchodziło dwóch Sowietów i jak worki pełne ziemniaków wyrzucano w głęboki śnieg zmarłych a pociąg odjeżdżał dalej. Śmierć towarzyszyła przez cały okres zesłania rodziny. Uczastok to miejsce gdzie na wykarczowanej polanie stało kilka długich baraków. Głód, pluskwy, temperatury poniżej 40 stopni. Ludzka nędza. Tam zmarła mama pani Ewy, a wkrótce po tym jej siostrzyczka. Straciła też ojca, który źle wyraził się o Stalinie. Do obozu przyjechali enkawudziści, zabrali go i nigdy nie wrócił. Pani Ewa, opowiadając mi o tym mówiła szeptem. Ostrzegała, aby
nie mówić nic złego o Stalinie. Sprawiała wrażenie jakby czas cofnął się do 1943. Po dłuższej chwili milczenia zreflektowała się, powróciła do nas. Ta opowieść jest do samego końca przerażająca.
Ile relacji zawarłeś w książce?
- Dwadzieścia osiem.
Teraz odpoczywasz?
- Tak i czekam aż życie wróci do normy. Myślę nad nowymi projektami. Chodzą za mną różne pomysły, które pomału realizuję. Chciałbym znów jeździć po powiecie i zbierać historię, odwiedzać świadków pamiętających coraz odleglejszy czas wojny.
Kilka miesięcy temu napisałeś do mnie w sprawie książki Filipa Springera.
Odniosłem wówczas wrażenie, że chciałbyś odejść od tematyki wojennej i skupić się na życiu w Polsce Ludowej, spisywaniu wspomnień sprzedawców, rolników, urzędników, nauczycieli.
- Filip Springer podróżuje, słucha zwykłych ludzi i przelewa na papier zwykłe ludzkie historie. W tych opowieściach jest coś takiego, co powoduje, że każda utrwalona historia wycisza mnie w środku i daję siłę. Odnoszę wrażenie, że on na początku rozmowy nie ma sprecyzowanego pomysłu, dopiero gdy słucha to rodzi się w nim pomysł na kolejny reportaż. Ulega rozmówcy, niczego nie narzuca. Potrafi słuchać i dobrze pisze. Bliski jest mi taki sposób pracy, upamiętniania ludzi i rozmów z nimi. Dlatego moje plany, by zająć się Polską Ludową są aktualne.
Przed chwilą mówiłeś jednak o tym, że nie zamierzasz porzucić dotychczasowej tematyki?
- Bo to nie takie łatwe. W „Śniadaniu na rozstaju torów” znalazły się rozmowy, które przeprowadziłem po wydaniu mojej pierwszej książki. Duży, dobry oddźwięk utwierdził mnie, że póki żyją wśród nas osoby, które na własne oczy widziały świat wojny a ja znajduję czas na utrwalenie wspomnień to warto kontynuować tę pracę. Co do planów zmiany tematyki, nagrałem już kilka rozmów w różnych częściach naszego powiatu, najczęściej na południu. Między innymi są to rozmowy z przedstawicielami zapomnianych dziś zawodów - pracownikami dawnego PGR, restauracji GS, bazy transportowej i plantacji porzeczek.
Daj znać, gdy będziesz organizował spotkania autorskie.
- Na pewno dam. Korzystając z okazji chciałbym jeszcze raz podziękować Arkowi Augustyniakowi, wójtowi gminy Banie, który od samego początku wobec mojej prośby o pomoc w wydaniu książki wykazał życzliwość i zrozumienie. Bardzo dziękuję. Dodam jeszcze tylko, że książkę można kupić pod telefonem 660-777-106.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze