Reklama

Rzeź wołyńska widziana oczami gryfinian

Dzisiaj przypada 80 rocznica rzezi wołyńskiej. Po 1945 r. do Gryfina przyjechało wielu mieszkańców Wołynia, którzy widzieli "tamte wydarzenia" na własne oczy. Ich wspomnienia ukazały się m.in. w książce "Pionierzy Gryfina". Przypominamy jej fragmenty

Maria Bugaj

 

rocznik 1932

 

25 sierpnia 1944 r. wróciliśmy ostatecznie z wygnania do domu. Nie zabawiliśmy tam długo, bo jedynie do marca 1945 r. Wtedy to okazało się, że banderowcy zrobili zebranie we wsi i postanowili, że za moment wymordują tu wszystkich Polaków. Przygotowali sobie bimbru i zaczęli go pić. Ukrainiec, u którego odbywało się to spotkanie miał za żonę Polkę. Gdy to usłyszała, to po cichutku wstała z łóżka, założyła buty i okryła się chustą, bo to jeszcze zimno było i przybiegła do swojej matki. Opowiedziała jej o wszystkim i szybko wróciła do siebie, by nikt się nie zorientował. Jej matka przyszła za kilka chwil do domu córki pod pretekstem, że bolą ją zęby i szuka na to lekarstwa. Ci Ukraińcy dali jej najpierw bimbru, potem kazali jej wkładać tytoń między zęby. W końcu powiedziała do nich po ukraińsku: Bóg z wami, a wy nie macie żon i dzieci? Dlaczego nie śpicie? Chcecie moczyć ręce w czyjejś krwi? Żyliście tu razem, mieszkaliście, pracowaliście, tańczyliście, a teraz chcecie ich mordować?

Reklama

Tak naprawdę te dwie kobiety ocaliły nam życie. Na kościele i każdym słupie telefonicznym znalazły się jednak wywieszki, że w ciągu 24 godzin we wsi nie ma być ani jednego Polaka. Moja ciotka miała za męża Ukraińca. Ich wspólni synowie też więc byli Ukraińcami. Jeden z nich powiedział, że zacznie mordować Polaków od swojej matki. Przyszła zmartwiona tym do nas, usiadła na łóżku, mama dali jej stolik pod nogi, by odpoczęła. Powiedziała wtedy do nas: jak wam jest dobrze, że będziecie stąd wyjeżdżać. Ja będę musiała tutaj zostać.

 

Reklama

Henryk Cielecki

rocznik 1929

 

Innym razem schroniło się u nas sześć rodzin z niedalekiej wsi spalonej przez banderowców. Wielu Polaków toczyło z nimi walki o swoje wsie i domy. Często musieli uciekać na noce do lasu. Zawiązali więc kilkudziesięcioosobową samoobronę przed ukraińskimi watahami. To było wtedy, gdy banderowcy dostali rozkaz definitywnego niszczenia polskich wiosek i mordowania ich mieszkańców. Mieli jednak wielki problem z bronią. Posiadali jej jedynie tyle, ile znaleźli w lasach lub zdobyli w ramach potyczek z bandami ukraińskimi. Zresztą jedynie w lasach mogli stacjonować. Handlowali z rosyjskimi partyzantami, by zaopatrywać się w broń. To z kolei nie podobało się Rosjanom, którzy nie byli zadowoleni ze zbrojenia się Polaków. W sumie mieliśmy też problem z rosyjskimi partyzantami, bo często siedzieli w polskich wioskach. Siedemnastka z  ich mieszkała u nas przez kilka miesięcy. Spaliśmy wtedy w łóżkach w poprzek z nogami na ławach. Trzeba było gotować dla wszystkich, prać im. Zabierali nam dosłownie wszystko, czy było im potrzebne, czy jedynie się podobało. Nie mogliśmy zaprotestować. Bali się jedynie świerzbu lub tyfusu. Często ich w ten sposób oszukiwaliśmy.

Reklama

W sumie zarówno Polacy, jak i Rosjanie walczyli przeciw banderowcom., którzy wyniszczanie polskich wsi zaczęli po drugiej stronie rzeki Słucz. Pan Bóg chyba czuwał nad nami, bo tylko dlatego przeżyliśmy. Musieliśmy też uważać na Niemców, którzy wtedy wyłapywali ludzi na wywózkę na roboty. Któregoś razu cudem uszedłem wojsku niemieckiemu w czasie, gdy pasłem krowy. Nazajutrz rano przyszli do naszego domu. Zabrali wtedy szwagra, bo potrzebowali przewodnika po tutejszych lasach. Na szczęście go w końcu wypuścili. Potem z banderowcami walczyli także Niemcy. Ci ostatni pacyfikowali i mordowali całe wioski w odwecie za strzelanie do nich.

 

Reklama

Kazimierz Dulak

rocznik 1932

 

Urodziłem w się w mieście Tłumacz na Ukrainie. Moi rodzice Stefania i Adolf wyjechali w poszukiwaniu pracy za granicę, gdy miałem 2 lata. Ja zostałem z dziadkami. W końcu przyszły do nas papiery i wszystko, co miało mi umożliwić wyjazd do rodziców, ale plany pokrzyżował wybuch wojny.

Przez pewien czas chodziłem do szkoły w Tłumaczu. Po przejściu frontu nauka nie była jednak możliwa. Najbardziej jednak w czasie wojny dały nam się we znaki ukraińskie bandy, które mordowały Polaków. Musieliśmy więc co jakiś czas opuszczać dom i ukrywać się przed nimi, spać nawet w dziurach w ziemi, żeby ocalić życie.

Reklama

To było za Niemca, pamiętam jak dzisiaj. Bawili się w przegląd najładniejszych krów hodowlanych. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że Ukraińcy zabili 28 chłopa. Wśród nich był i mój kuzyn. Poszliśmy tam. To był straszny widok. Na początku wsi stał dom. Przeszliśmy przez sad. Było tam mnóstwo ludzi. Podeszliśmy bliżej i zobaczyliśmy kuzyna leżącego na ziemi. Głowę miał roztrzaskaną siekierą na pół. Gdy był już w domu i usłyszał, że ktoś idzie, to schował się za drzwiami. Pomyślał, że jak wejdą do środka, to uda mu się uciec. To się jednak nie udało. Próbował więc uciec przez okno. Wyskoczył, ale niestety go dopadli.

Przed płotami każdego z domów w tej wsi rosły kwiaty. Tam, gdzie były połamane i zniszczone, to znaczy, że tam banderowcy już byli. W innym domu było kilku chłopów. Spotykali się tam, by pograć karty. Banderowcy wpadli do domu i wszystkich wytłukli. Po zabiciu mieszkańców mieli w zwyczaju demolowanie domów, wybijanie okien i łamanie płotów. Zdarzało im się też palić ludzi żywcem. Niedaleko nas, jakieś pięćset metrów, mieszkał pewien Ukrainiec. Często u niego chowali się Polacy. Na podobnej zasadzie jak Żydzi u nas. Banderowcy dowiedzieli się o tym i spalili wszystko. Ludzi i zwierzęta.

Reklama

W naszym miasteczku raz w tygodniu odbywał się targ, na który zjeżdżało się mnóstwo ludzi z okolicznych wiosek. Wtedy odbywały się swoiste pokazówki, które miały uświadomić okolicznej ludności, że bandyci nie są bezkarni. Przy drodze na targ stały szubienice, na których wieszano bandytów z tabliczkami na piersiach. Podjeżdżał samochód, czytano wyrok i odbywała się egzekucja. To jednak ludzi nie uspokajało. Nadal bardzo baliśmy się banderowców.

 

Anna Gutowska

rocznik 1932

 

To jest dla mnie nie do pojęcia. Przecież myśmy wszyscy w wiosce się znali, mówiliśmy sobie na ty. Razem bawiliśmy się, świętowaliśmy. A gdy wojna miała się ku końcowi, to oni bili naszych, znęcali się nad nimi. To była tragedia. Do dzisiaj nie rozumiem, skąd wzięła się ta nienawiść Ukraińców do Polaków.

Reklama

W rodzinnej miejscowości wiele domów było zniszczonych. Zajmowaliśmy więc te, w których dało się zamieszkać. I przez kilka miesięcy mieszkaliśmy w nich po kilka rodzin. Każdy szukał dachu nad głową. Z siostrą i bratem poszliśmy do pobliskiego miasta Gorodenka. Ono nie było bombardowane. Tam schroniliśmy się w domu pewnej rodziny. Wtedy mieszkała tam jedynie kobieta, która miała o mężu wszystkie wieści. On nie był na wojnie, tylko się ukrywał, był w partyzantce. Ta kobieta była dla nas bardzo dobra. Wiedziała, że jestem Polką i mówiła do mnie: nie bój się, ja mam polskie korzenie, bo mój dziadek był Polak. Uczyła mnie ukraińskich modlitw. Zachęcała, bym chodziła z nią do cerkwi, bo to mogło mnie ocalić. Ja jednak bałam się iść, bo tam ludzie przecież modlą się zupełnie inaczej. Nie umiałabym się tam odpowiednio zachować. Rodzice nauczyli mnie, że nie miałam nic przeciwko cerkwi i ludziom, którzy tam się modlili. My jednak chodziliśmy do polskiego kościoła. Obie świątynie w naszej wsi stały bardzo blisko siebie. Każdy mógł iść tam, gdzie chciał. Tak było przed wojną. Święta tam trwały nieraz i dwa tygodnie. Najpierw zaczynali Polacy, potem kontynuowali Ukraińcy. Wszyscy świętowali razem, ludzie wzajemnie zapraszali się do domów. Nie było różnicy, czy Ukrainiec, czy Polak. Później tak strasznie się porobiło.

Dużo mi mówiła o życiu. Jej ogród kończył się wysokim murem. Za nim znajdował się cmentarz żydowski. To ona mi powiedziała, że to nie Niemcy ich pomordowali, ale Ukraińcy. Spędzili ich w jedno miejsce. Kazali im wykopać rowy, a potem wręczyli karabiny, by strzelali do swoich. Jak ich wszystkich zasypali, to ziemia się jeszcze przez jakiś czas unosiła do góry. Kobieta miała bardzo dużą stodołę. Kiedyś mnie tam zaprowadziła i pokazała kępę słomy w rogu. Powiedziała, bym tam nigdy nie szła. Zastanawiałam się potem, dlaczego? Najprawdopodobniej ukrywali się tam jacyś ludzie, najpewniej Żydzi. Oni tunele w ziemi kopali, by ocalić siebie i najbliższych. Polacy pomagali im dokąd mogli. Potem ginęli razem z nimi.

Reklama

 

Edward Haselbauer

rocznik 1923

.

Byłem chudym, ale i wysokim chłopakiem. Jako jeden z najwyższych siedziałem w przedostatniej ławce, wspólnie z drugim Polakiem, Żydem i Ukraińcem. Mimo to nie było miedzy nami konfliktów. Najważniejsze było to, że wszyscy byliśmy taktowani równo. Nie wypominano żadnemu z uczniów jego narodowości. Po trzech latach nauki w szkole wybuchła wojna.

W 1943 r. rozpoczęła się na Wołyniu rzeź. Od nas było widać jedną wielka łunę palonych domów i zabudowań gospodarczych. Mieliśmy wtedy znajomego Ukraińca, który był opozycjonistą wobec krajanów-narodowców, który mimo zakazu Niemców zdecydował się korzystać z naszego radia ze słuchawkami. W wiosce był to wtedy jedyny taki odbiornik. Wtedy te sprzęty były niezwykle drogie. Pamiętam, że trzylampowy odbiornik Telefunken kosztował wtedy 230 złotych. To były straszne pieniądze! Ojciec musiał na to pracować półtora miesiąca. Po rozłożeniu wielkiej anteny, ale ukrytej pod strzechą stodoły sąsiad słuchał wiadomości BBC. Dzięki temu, co najmniej na kilka tygodni wcześniej wiedzieliśmy, co dzieje się na wschodnim froncie. Wiedzieliśmy też w końcu, że powinniśmy stamtąd uciekać, by nie stracić życia. Tym bardziej, że ja byłem uważany za inteligenta. Wyjechaliśmy wtedy w rzeszowskie do powiatu jarosławskiego.

Reklama

 

Józefa Kupnicka

rocznik 1921

 

To był czas, gdy banderowcy napadali na Polaków. Często mordowali naszych. Wiele osób mówiło, że ja mogę przeżyć ten ciężki czas, ale mojego męża na pewno zabiją. Baliśmy się spać w domu. Mąż wpadł na pomysł, by przyszykować skrytkę w oborze. Przemurował tak ściany, że pomiędzy nimi znalazło się niewielkie miejsce, gdzie mogliśmy wejść w razie niebezpieczeństwa. Nie był to jednak do końca przemyślany pomysł, bo bandyci przychodzili przecież w nocy lub nad ranem. Napadali znienacka, więc nie mielibyśmy szansy, by pobiec do zabudowania w podwórzu. Jednocześnie ta skrytka była na tyle nieduża, że spać w niej nie było można. Z kolei nasz kuzyn pobudował podobną w swoim domu. W podłodze miała dziurę, by można było dołem uciec. Dodatkowo od góry także miała otwór, by to ciasne pomieszczenie jakoś wietrzyć. Tak przetrwaliśmy aż dwa lata. Codziennie chodziliśmy tam spać. Naszego mieszkania nie zamykaliśmy na noc, by w razie nalotu nie wyłamali nam drzwi. Wyszliśmy z założenia, że co będą chcieli, to sobie zabiorą, ale nie zdemolują naszego domu.

Reklama

Słyszeliśmy, że którejś nocy przyszli do naszego domu. Krzyczeli, żeby ich wpuścić. Gdy zorientowali się, że tam nikogo nie ma, to szukali nas w stodole. Myśleli, że schowaliśmy się w słomie, więc szpigali w snopkach. W końcu stwierdzili, że nikogo nie ma. Mniej więcej po dwóch tygodniach znów coś czułam i nie mogłam spać. Zawsze tak miałam, gdy przeczuwałam jakieś niebezpieczeństwo. Znowu się bałam, że złapią męża. W takie noce bałam się zasypiać. Nie kładłam się wiec do łóżka, a siadałam na ławie pod piecem i dodatkowo podkładałam sobie porąbane drewno, żeby było niewygodnie. Tamtej nocy przesiedziałam tak z bratową i jej córką. Nasi mężowie ukryli się w tym czasie poza domem. Nad ranem przyszła do nas córka mojej siostry. Pomyślałam, że coś się stało. Wybiegłam jej naprzeciw, a ona z płaczem powiedziała: banderowcy tak pobili babcię, że nie wiadomo czy jeszcze żyje. Pobiegłam tam i okazało się, że sąsiedzi przenieśli ją już na łóżko. Nie można było już z nią rozmawiać.

 

Mieczysław  Molędowski

rocznik 1930

 

Gdy do Lwowa po raz pierwszy weszli Niemcy, to po pewnym czasie oddali miasto ruskim. To oni długo nami rządzili. Mieszkało tam mnóstwo Żydów. Nie dziwi więc, że powstało tam wielkie getto. Urządzili je w dzielnicy, która nazywa się Zamarstynów, a więc tam, gdzie mieszkaliśmy. Musieliśmy więc w końcu stamtąd wyjechać. Pojechaliśmy wtedy na wioskę do babci o Barszczowic. Tam, w przysiółku Chałupki przebywaliśmy do końca wojny. Kiedyś napadła na nas banda Ukraińców. Zniszczyli wszystko. Wśród nas był jeden z Polaków, który pochodził z Biłki, w której mieszkali zawzięci przeciwnicy Ukraińców. Spotkała go za to straszna śmierć: przecięli go na pół piłą tarczową. Tak sobie myślę, jak musiał działać wtedy ich wywiad, skoro mieli informację o tym człowieku i wiedzieli gdzie mieszka. Od tego czasu uciekaliśmy stamtąd każdej nocy. Naczelnikiem niemieckiej kolei w okolicy był Polak. Za mleko, kartofle czy mięso mogliśmy u niego w spokoju nocować. Wtedy już mordowanie Polaków przez Ukraińców było bardzo rozpowszechnione. Wraz z kuzynem w moim wieku biegaliśmy od domu do domu we wsi, żeby ludzi zawiadamiać o ewentualnym niebezpieczeństwie. Któregoś razu, gdy zaczęły też bić dzwony na alarm, to udało się Polakom odgonić Ukraińców. Pamiętam też sytuację z zimy, ze stycznia chyba, gdy jedna z kobiet z dwójką dzieci ubranych jedynie w koszulki, próbowała chować się na wozie pod stertą gnoju, który był wywożony w ziemniaki. Na szczęście udało im się wtedy przeżyć.

 

 

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Zbyszek - niezalogowany 2023-07-24 16:15:00

    Witam. Chcialbym nawiazac temat 80-rzezi Wolynskiej. 11 lipca 2023r, odbyla sie uroczystosc tej tragedii Wolynskiej. Byl zaproszony rowniez, zyjacy ojciec Mieczyslaw, ktory mial wtedy 15lat. Znal te tragedie od podszewki. Moi diadkowie przyjechali na Wolyn ok 1750?. wiem z opowiesci, ze moj prapradziadek Wojciech, i jego bracie Kazimierz, i Aleksander, brali udzial wojnach u boku Napoleona. Obydwoje sluzyli w Gwardii Honorowej. Aleksander, byl radca prawnym w Kogresowce. A Kazimierz po powstaniu Listopadowym, wyjechal do Szwajcarii. Zostal Wojciech, ktoremu zabrano czesc majatku. Wojciech mial dwoch synow Miroslawa, i Grzegorza. Miroslaw mial 8-dzieci. Moj dziadek Aleksander mial troje dzieci moja ciocia Maria, stryjek Jan, i moj zyjacy ojciec Mieczyslaw rocznik 1927. Rodzina mieszkala w koloni Haly gmina Rafalowka pow. Sarny. Jest rok 1943, rozpoczynaja banderowcy mordowac mieszkancow mniejszych miejscowosci. Jast luty 43r wies Parosla. Wkraczaja niby sowieci, wiedza dokladnie, ze sa to banderowca. wchodza do kazdego mieszkanca. Nastepuje rzezn Parosli. Na drugi dzien siostra dziadka a moja stryjenka Anastazja opowiadala co oni zrobili. To bylo okrucienstwo. Zabijano wszystkich nozami siekierami, gwalcono przybijano nawet dzieci. Przezyl kolega taty Wladyslaw, na nim lezala jego siostra. Zadamo mu obuchem w glowe ktora mial slad od uderzania do smierci. Nastepnie Wyrka 16-17 lipiec 43r. Gina z rodziny mojej babci zd.Dziekanscy. Nie wiadomo do dzis. Natepnie kolonia Haly 16-17lipiec43r. Gdy zblizali sie banderowcy moj dziadek wszystkie zwierzeta wypuscil i udajac do bunkra juz zabudowania, byly w ogniu. Bunkier byl tak zbudowany, ze zaden mozdzierz nie mial szans. Byl tak zrobiony z drzew sosnowych tz, bale na przekor. I byly na wszystko odporne. Na drugi dzien przyszedl oddzialWehrmachtu, ktory zorganizowal dziadka brat Jan, ktory mieszkal w Rafalowce, i powiadomil oddzial.I tym sposobem wiekszosc zostala uratowana. Zginelo z rodziny Brockich 20 osob. Po tej tragedii wiekszosc dobrowolnie wyjechala na roboty do Niemiec. Jesienia otrzymuja smutna wiadomosc, moi pradziadkowie Miroslaw, i Anna, zostali brutalnie zamordowani. Stluczon buteke po wodce, i ostrymi kawalkami wydlubywano oczy. Prosili o szybka smierc, nie bylo im dane.Prosili Swoich rodzicow, aby pojechali z nimi. Twierdzili, ze znaja ukraincow, i nic im nie zrobia. A jednak sie stalo. Moi dziadkowie przyjechali do Kladowa/Krzywina w maju 45r. Rodzice pobrali sie 1 lipca 1951r w Kladowie.Jest nas troje. Rodzice przezyli w malzenstwie 71lat. W tym roku 19 stycznia mama Janina odeszla do wiecznosci w wieku 94lat.Ten opis to tylko fragmet tej tragicznej "Historii". A co sie tyczy Ukrainy, to tylko Bog wie o tym co mysle. Pozdrawiam Potomkow z Wolynia. Zbigniew Brocki. Z Panem Bogiem.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Zbyszek - niezalogowany 2023-07-27 20:50:19

    Cd. Popelnilem blad zamiast na przemian napisalem na przekor. Gdy pisze i wysylam, a pozniej widze blad. Przepraszam. Pozdrawiam Zbigniew Brocki.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama