78 lat temu, 26 sierpnia 1945 r., spojrzeli na księdza i na jego znak wyszli na peron. Gryfino nie do końca im odpowiadało, ale chcieli być blisko ukochanego kapłana. W pociągu, który przyjechał z Kresów Wschodnich znajdowała się 11-letnia Janina Jarocka. Dziś ma 89 lat i jest ostatnią żyjącą „gryfinianką z Kałusza”
Zapamiętała, że padał deszcz.
- Strasznie lało, prawdziwe urwanie chmury. Jakby niebo nad Kałuszem płakało za tymi, którzy już nigdy nie wrócą – mówi Janina Jarocka.
Miała jedenaście lat i nie chciała opuszczać rodzinnego miasta. Zwłaszcza, że wcale nie musiała.
- Tata był inżynierem, chcieli go zatrzymać, ale co to byłoby za życie w Związku Radzieckim – wspomina po latach.
Nie mieli wyboru. Pakowali dobytek całego życia, a ulice były mokre nie tylko przez deszcz.
- Wyjeżdżali też inni. To było na początku sierpnia 1945 r. Nie wiem nawet, czy nie w pierwszy dzień miesiąca, może drugi, bo do pociągu wchodziliśmy o północy. Dwanaście rodzin w jednym wagonie, a w pozostałych wszystko, co mieliśmy. W drugim zwierzęta, a w trzecim wyposażenie z naszego kościoła – wylicza 89-latka.
Ksiądz Jan Palica, opuszczając parafię, w której posługiwał od 1937 roku, zabrał bowiem ze sobą to co najcenniejsze: chorągwie, baldachim oraz zwinięty w rulon „Hołd stanów”, bo tak nazywał się obraz powstały około 1931 r. z ręki lwowskiego malarza Stanisława Kaczora-Batowskiego.
- Był też „pająk”, taki kryształowy żyrandol, który znajdował się w kałuskiej świątyni i stół, który wzięliśmy z rodzinnego domu. Nie można było wywozić mebli, ale jechaliśmy wagonem bez dachu. Padało, więc zakryliśmy nasze głowy właśnie tym stołem. No i pojechaliśmy w nieznane – opowiada Janina Jarocka, która niespełna miesiąc później została gryfinianką.
Cały artykuł znajduje się w dzisiejszej Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze