Reklama

Dziś 80. rocznica wyzwolenia Auschwitz, obozu, który przeżyła późniejsza pionierka Gryfina

Dziś obchodzimy 80. rocznicę wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz. Wspominamy gryfiniankę, śp. Bronisławę Lewandowską. Rozmawialiśmy przed rokiem, również o jej pobycie w tym obozie. Przedstawiamy archiwalny artykuł z pionierką, która zmarła tuż przed Bożym Narodzeniem

Na nasze standardowe pytanie, które kierujemy do wszystkich stulatków, odpowiedziała z wdziękiem. Tak, jakby znała je z wyprzedzeniem.

- Pieniądze raz są, ale jak człowiek je wyda, to nic nie zostaje. Dlatego proszę życzyć mi zdrowia. Ono jest najważniejsze – powiedziała żywiołowo, z przekonaniem.

- Mama przez całe życie była bardzo fertyczna. Jakieś cząstki tego widać w jej zachowaniu do dziś, choć nie może poruszać się tak, jak kiedyś – przyznaje Andrzej Lewandowski, który odwiedził mamę podczas naszego spotkania.

Reklama

- 3,5 roku temu straciłam nogę, kto wie czy nie przez moje wojenne losy. Czasami sama się zastanawiam, jak to możliwe, że dożyłam tych stu lat. Przez kilka lat pobytu w obozach koncentracyjnych w Auschwitz, Ravensbrück i Malchow bardzo podupadłam na zdrowiu. Po wojnie chorowałam, przeszłam dwie operacje, ale jakoś  wyszłam z tego cało i proszę, cały czas tu jestem – wyjaśniła, dodając że wciąż stara się być aktywna.

- Robótki robię, szydełkiem. Nie wychodzi teraz tak jak trzeba, ale robię cały czas – zaakcentowała, dodając że nieźle u niej również z pamięcią.

Reklama

- Mnie się zdaje, że ja wszystko pamiętam – stwierdziła, a my postanowiliśmy to sprawdzić.

 

Marsz śmierci

Urodziła się 1 stycznia 1924 roku, jako Bronisława Rubinstein. Chociaż pochodziła z Dąbrowy Górniczej, jej rodzice nie byli związani z okolicznymi kopalniami.

- Tata był ślusarzem. Podczas mobilizacji poszedł do wojny. Miał 39 lat, gdy Niemcy wysłali go do obozu jenieckiego, z którego już nie wrócił – tłumaczy.

Była 19-latką, gdy w 1943 r. trafiła do Auschwitz. W obozie śmierć poniosła jej mama oraz rodzeństwa. Bronisława przetrwała, choć jak sama mówi, było bardzo ciężko.

Reklama

- Każdego dnia, o godzinie 4.00, albo 5.00 był apel, na którym musiałyśmy się stawić. Wychodziliśmy przed baraki, a oni liczyli. Liczba więźniarek nigdy im się nie zgadzała. Ludzie umierali, jeden za drugim, albo byli mordowani. Warunki były okropne, byłyśmy niedożywione i osłabione. Człowiek mył się śniegiem, jadł wszystko, co było pod ręką. Bo trzeba było mieć siły, żeby pracować – mówi gryfinianka.

Została zatrudniona w fabryce działającej na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego.

- To była fabryka produkująca bomby. Najpierw robiłam takie dziurki w „bolcach”. Trzeba było wypracować ich 4000 każdego dnia. Nie do wykonania. Jedna Niemka codziennie, godzinę przed końcem pracy, liczyła i zapisywała wynik. To była praca stojąca. Nogi strasznie puchły. Tylko tyle, że dostawałyśmy obiad. Zupę, którą trzeba było jeść na stojąco. Później pracowałam przy produkcji zapalników do bomb – opowiada.

Reklama

Przetrwała również wydarzenia z początku stycznia 1945 r. Z KL Auschwitz i jego podobozów wyprowadzono wówczas około 56 tysięcy więźniów i więźniarek , którzy w pieszych kolumnach ewakuacyjnych, konwojowanych przez silnie uzbrojonych esesmanów, udali się w tzw. marsz śmierci.

- Pamiętam ten dzień. Przerwali naszą pracę, kazali iść do baraków i pakować się. Nie było czego pakować, nic przecież nie miałyśmy. Zaczęłyśmy się ze sobą żegnać, między więźniarkami. Nie było wiadomo, gdzie nas dadzą. Wspólny los sprawił, że zaprzyjaźniłyśmy się. Nie wiedziałyśmy, czy nie widzimy się po raz ostatni – opowiada stulatka.

Reklama

Nie wiedziały również jaka jest sytuacja w świecie.

- Niemcy ukrywali, że uciekają z terenów Polski. Gdy później jakoś dowiedzieliśmy się, że przegrywają wojnę, mówili nam, że bronią nas przed Ruskimi. A tak naprawdę uciekali razem z nami – tłumaczy nasza rozmówczyni.

 

W Ravensbrück

Marsz śmierci nazywał się w ten sposób nieprzypadkowo.

- Tyle osób zginęło po drodze… Mróz ponad 20 stopni na minusie, a gonili nas do Wodzisławia, na Śląsku. Stamtąd załadowali wszystkie kobiety do wagonu, nawet za potrzebą człowiek nie mógł wyjść. Wszystko na stojąco, niech pan sobie to wyobrazi. Pociąg wlókł się strasznie. W końcu dojechał do Berlina. Pamiętam, że wszyscy byli bardzo zmęczeni, było dużo chorych. Siostry zakonne przyszły na dworzec i przyniosły nam gorącą wodę do picia – opowiada Bronisława Lewandowska.

Reklama

Po całonocnym oczekiwaniu na berlińskim dworcu, ich pociąg skierowano do Ravensbrück.

- Dojechałyśmy po południu i znów całą noc stałyśmy na placu apelowym. Głodne, bo przecież nic nie dostaliśmy na drogę, a tyle dni minęło odkąd opuściłyśmy Auschwitz. Ravensbrück był obozem kobiecym. Więźniarki bardzo ciężko pracowały. Też były wybiedzone, na skraju życia i śmierci. Pamiętam, że gdy rano esesmani wystawili kotły z zupą dla więźniarek, które przebywały już w obozie, rzuciłyśmy się na nią, przewróciłyśmy te kotły na ziemię. Takie byłyśmy głodne. Ile się nabrało w rękę, tyle się jadło, bo nie było żadnych naczyń – tłumaczy gryfinianka.

Reklama

Po apelu rozdzielono przyjezdne po barakach.

- Usiadłam z koleżankami na tej kojce. Dopiero wtedy dali nam kawałek chleba z lurką. Chciałam zdjąć buty, ale nie byłam w stanie. Przymarzły do stóp, próbowałyśmy je zerwać. Bardzo mnie bolało. Jedna z koleżanek była podobno lekarzem. Powiedziała, żeby nie ściągać ich siłą, tylko żeby koleżanki usiadły na mnie i ociepliły moje ciało swoimi. Tak też zrobiły, a buty w końcu puściły. Kto wie, czy nie uratowały mi wtedy nóg – zastanawia się niedawna jubilatka.

Reklama

W Ravensbrück nie pracowała.

- Bo oni już nie mieli nawet pracy dla nas! To był koniec wojny. Ustawili nas do apelu i zaczęli wybierać dziewczyny. W obozie nigdy nie było wiadomo z jakiego powodu. Wybrali mnie. Okazało się, że robili selekcję przed kolejnym wyjazdem. Wywieźli nas do Malchowa. Tam spędziłam resztę zimy – opowiada.

 

Swetry dla aufzajerki

Pobyt w tym obozie zapamiętała przez pryzmat komendantki.

- Jak ona się nazywała… To była aufzajerka (kobieta pełniąca funkcję w obozie koncentracyjnym – przyp. red.). Żołnierka taka… – mówi pani Bronisława.

Reklama

Zanim jednak zdążyliśmy odpalić telefony i rozpocząć poszukiwania nazwiska esesmanki, stulatka wyręczyła nas w działaniach.

- Dantz, tak się nazywała! Jest o niej w tej książce na najwyższej półce. Nie, nie w tej, tylko tej drugiej – poinstruowała syna, widząc jak sięga po jedną z wielu publikacji.

Rzeczywiście, informacja o Dantz była w „tej drugiej książce”

- Bardzo biła, była brutalna. Robiłam jej swetry – dopowiada.

Malchow opuściła pod sam koniec wojny, gdy Niemcy wyprowadzili więźniarki, by osłaniali wojsko idące w kierunku Schwerin, gdzie znajdowali się Amerykanie.

Reklama

- Front idący ze wschodu dogonił nas jednak w Goldbergu i tam zostaliśmy oswobodzeni. Najpierw jednak miała miejsce straszna rzeź. W wyniku walki Ruskich z Niemcami po ulicach miasta dosłownie lała się krew. Tego wszystkiego nie da się jednak opowiedzieć. Wróciliśmy na kilka dni do Malchow, ale zostaliśmy stamtąd wygnani, bo Rosjanie zaczęli tworzyć tam swoje lazarety – opowiada.

Wraz z kilkunastoma osobami zorganizowali dziecięcy wózek, na którym wieźli worek kaszy manny, mleka w proszku, garnek i biało-czerwoną flagę.

- Dotarliśmy do Neubrandenburga, gdzie rezydowali Rosjanie. Przy jednej z bram żołnierz rosyjski zauważył nas i piękną polszczyzną poinformował, że nie powinniśmy wchodzić do miasta, bo żołnierze nas pozabijają. Poradził, byśmy poszli do niedalekiego obozu jenieckiego. Na drodze spotkaliśmy miłych żołnierzy – wspomina pani Bronisława, mając na myśli Bogusława Franciszka Lewandowskiego.

Swojego przyszłego męża.

- Razem z Mundkiem Łagodzińskim mieli za zadanie wyłapywać polskich niedobitków powracających z Malchow. Tak oto znaleźliśmy się w męskim międzynarodowym obozie jenieckim, ale już bez strażników i żołnierzy niemieckich – opowiada B. Lewandowski.

Właśnie tam zastała ją wieść o końcu wojny. Dobre wiadomości – przyszłej żonie – przekazał miły żołnierz.

- W dzień jego imienin, 8 maja w polskim baraku spontanicznie zawiązała się impreza. Wkrótce mój przyszły mąż został wezwany do sztabu obozu. Wrócił po pół godzinie i krzyknął do nas po poznańsku: wiaruchna, koniec wojny! – wspomina z uśmiechem.

 

Mąż jak z obrazka

Chciała wrócić do Polski. W podróż udała się w grupie, w której znajdował się również pan Lewandowski.

- Ojciec, jako były wojskowy, dostał zadanie zaopiekowania się grupą Polaków wracających do kraju. Przede wszystkim więźniami, żeby po drodze nie stała im się żadna krzywda. Śmierć, po przeżyciu kilku obozów koncentracyjnych, byłaby prawdziwą tragedią – mówi ich młodszy syn.

Bogusław Franciszek Lewandowski pochodził z Szamotuł.

- Był starszy od mamy o 21 lat. Przed 1939 r. pracował jako makler zbożowy. Wojna zastała ojca, gdy był w Kołomyi, na Kresach Wschodnich, na ćwiczeniach wojskowych. Trafił na front i w okolicy Wrześni został zdemobilizowany. Wywieźli go z innymi żołnierzami do obozu jenieckiego, w którym przebywał nieprzerwanie do 1945 r. Powstała nawet… widokówka z jego wizerunkiem – zaskakuje Andrzej Lewandowski.

Niewielka pocztówka, wykonana podczas wojny, prezentuje… dziewięciu jeńców wojskowych. Pod wizerunkiem Bogusława Franciszka znajduje się podpis „Pole”. Obok znajdują się: „Hollander”, „Belgier”, „Franzose”, Englander”, „Greche”, „Serbe”, „Russe” i „Neger”.

- Pokaż jakieś większe zdjęcie, na którym lepiej widać, jak ojciec wyglądał – instruuje pani Bronisława.

Na stole lądują albumy ze zdjęciami. To pamiątki, których można pozazdrościć Lewandowskim. Jeden, kompletny tom zawiera bowiem tylko i wyłącznie fotografie przedwojenne. Na każdej z nich śp. Bronisław Franciszek znajduje się w garniturze.

- Ojciec był bardzo eleganckim mężczyzną. Zawsze mówił, że miał tych garniturów… Mamo, ile tata miał garniturów? – pyta mamę.

Pani Bronisława nie jest w stanie odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie pamięta.

- Całą szafę! Jeśli nie dwie – uśmiecha się machając ręką.

Drugi album jej nieżyjącego od 40 lat męża pochodzi tylko z okresu wojennego. Kolejne to już Gryfino i obrazy ze wspólnego życia rodzinnego.

- Straciłam szybko rodziców, wylądowała w obozie. Nie miałam jak przechować takich rzeczy, wszystko przepadło – mówi gryfińska stulatka, tłumacząc brak analogicznych, przedwojennych albumów dokumentujących życie jej części rodziny.

Nie oznacza to jednak, że nie posiada żadnej.

- Kilka fotografii mama otrzymała od swojej rodziny ze Śląska – mówi Andrzej, wyciągając niewielki „kartonik”, z kilkumiesięczną dziewczynką w wózeczku.

Na kolejnym jest nieco starsza. Stoi na drewnianym krześle, z kokardą zawiązaną u szczytu głowy.

- To zdjęcie ma prawie sto lat! – akcentuje, jakby sama nie była w stanie to uwierzyć.

 

Jedna z pierwszych gryfinianek

Ojczyzna zastała wracającego jeńca wojennego i więźniarkę szybciej, niż myśleli, bo już w niemieckim miasteczku Gryfin, które decyzją światowych przywódców chwilę wcześniej zostało włączone w granice Polski.

- Pojawiliśmy się tu 14 maja 1945 r. W mieście byli praktycznie sami Ruscy i garstka Polaków, praktycznie tylko tzw. grupa operacyjna pod przewodnictwem starosty Edwarda Kunika. Pamiętam, że stanął przed nami, tymi kilkunastoma osobami, które przyszły z obozu koncentracyjnego oraz jenieckiego i przedstawił się żartobliwie: „Nazywam się Kunik, a to jest moja kobyłka”. Mówiąc to wskazał ręką na swoją żonę – wspomina ze śmiechem pani Bronisława, wymieniając nazwiska pierwszych mieszkańców Gryfina.

Jej wspomnienia z powojennych lat są fascynujące. Opowiadają bowiem nie tylko o losach jej rodziny, ale naszego miasta. Nie publikujemy ich jednak w tym artykule. Gryfińska stulatka, przed dwunastoma laty, opowiedziała o wszystkim ze szczegółami Kubie Kasprzykowi. Jeden z rozdziałów książki „Pionierzy Gryfina” odnosi się właśnie do naszej jubilatki.

- Był u mnie pan z gazety, taki przystojny, pamiętam - potwierdza B. Lewandowska.

W Gryfinie spędziła aż 79 lat. Początkowo mieszkała w kamienicy przy ul. Flisaczej, skąd jej rodzina została wyrzucona przez szefa miejscowej milicji.

- Wysłano go tu z Gryfic. Upatrzył sobie nasz dom i zagroził, że jeśli go nie oddamy, to tak załatwi mojego starszego syna Piotra, że nie przyjmą go na studia do szkoły morskiej – wspomina pani Bronisława.

Żal było jej opuszczać Flisaczej, o czym mówiła przed laty na naszych łamach.

- To był już nasz dom rodzinny, w którym spędziliśmy 20 lat! To był naprawdę piękny budynek z wielkimi pokojami. Poniemieckich tapet jeszcze przez długie lata nie zrywaliśmy ze ścian. W salonie były piękne drewniane wielkie drzwi, a w łazience uchwyt na papier toaletowy czy popielniczka, to były specjalne kafelki wmurowane w ścianę. A jakie tam były piece! W jednym z pokojów znajdował się kaloryfer z duchówką, w których piekliśmy jabłka. Budynek miał piękną oszkloną werandę i był ogrodzony krzakami żywopłotu i cisów – opisywała.

- Dla dzieci zrobiłabym wszystko, więc oddaliśmy milicjantowi nasz do. Początkowo obiecał, że załatwi mi inne lokum, ale w końcu tego nie zrobił. Za nowe mieszkanie, w bloku musieliśmy zapłacić – wspomina.

 

Przypisana do Gryfina

Wówczas, a był to 1965 r., Lewandowscy przenieśli się do wybudowanego właśnie bloku „pod nóżkami”, przy ul. Chrobrego. Z okna sypialni widzieli moment wyburzenia Radefeldta, którego ruiny znajdowały się na wprost okna. Widok z drugiego – tego znajdującego się w salonie – jest niezmienny od lat. Gryfińskie „liceum w parku” powstało bowiem kilka lat przed ich przeprowadzką.

Widziała jak zmieniało się nasze miasto, nie tylko po wojnie, ale gdy budowano je na nowo. Czy nie marzyła nigdy o wyjeździe?

- To anegdotka rodzinna. Smutna w wydźwięku, ale znamienna. Te wszystkie garnitury oraz meble sprzed wojny, przetrzymywała ojcu rodzina z Wielkopolski. Tata i mama powtarzali, że jeszcze trochę i wrócą w tamte strony. Mówili tak o tym i mówili, aż w tamtym domu wybuchł pożar, który strawił wszystkie przedmioty ojca. Zostali więc tutaj, już na zawsze – przytacza Andrzej Lewandowski.

- Tutaj wzięłam ślub w 1946 roku, tu wychowałam synów. Dobrze się chyba stało, że tu zostaliśmy – przyznała bohaterka naszego tekstu, której życzymy przede wszystkim zdrowia.

No, bo skoro nie chce pieniędzy…

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 27/01/2025 15:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama