Reklama

Piąty finał Romana Sobczaka

- Kiedyś powiedziałem Marcinowi Jangasowi: „Tyle lat czekam na to, aż Pogoń w końcu wsadzi coś do gabloty, że gdyby zdobyli majstra, to chyba mógłbym już umrzeć”. Szybko odwołałem te słowa: „Co ja gadam?! Nie chcę umierać po mistrzostwie, bo marzę o tym, by obejrzeć Pogoń w Lidze Mistrzów!” – mówi Roman Sobczak, który 2 maja obejrzy na Stadionie Narodowym swój piąty finał Pucharu Polski z udziałem Pogoni Szczecin

Poznaliśmy się przed rokiem, jadąc właśnie na finał pucharu.

Roman Sobczak: Od samego wyjazdu z Gryfina atmosfera w naszym autobusie była świetna, a w drodze powrotnej nikt się nie odzywał…

 

Proponuję, żebyśmy zaczęli rozmowę od czegoś weselszego. Pamięta pan swój pierwszy mecz Pogoni?

- Nie do końca. Coś tam kojarzę, bo byłem pięcioletnim łebkiem. Mój tato, myślałem że był zagorzałym kibicem, ale okazało się inaczej, zabrał mnie na Twardowskiego. To było w 1961 r. Nie pamiętam jaki to był mecz, tylko emocje. To było ogromne przeżycie jak dla dzieciaka. Od razu się zakochałem.

Reklama

 

Chodził pan regularnie z ojcem?

- Skąd! Pogoń to była sinusoida. Balansowała między 1.ligą, czyli dzisiejszą ekstraklasą, a jej zapleczem, 2.ligą. Mój ojciec mówił: „Na dziadów nie będę jeździł!”. Nie kibicował Pogoni. Pochodził z Pyrlandii i nawet mieszkając w Szczecinie wspierał wielkopolskie kluby. Gdy kiedyś powiedziałem coś na Lecha, to bardzo się na mnie obraził.

 

Mimo ojca została panu „ta Pogoń”.

- Złapałem bakcyla, który dziś przerodził się w prawdziwą szajbę. Jako nastolatek, od końcówki lat 60., nie opuszczałem praktycznie żadnego meczu. Mieszkaliśmy w Kluczu/Żydowcach. Niby Szczecin, ale trudniej było wtedy dostać się do centrum.

Reklama

--------------------------------

W latach 80. oba finały z udziałem Pogoni odbyły się rok po roku. Później świętowaliśmy m.in. wicemistrzostwa Polski, ale na kolejny finał pucharu trzeba było czekać długich 28 lat.

- Do 2010 r. Pogoń grała w Bydgoszczy z Jagiellonią. Pojechaliśmy busem Marcina Jangasa. To był mój wielki przyjaciel. Poznałem go, gdy miał 15 lat, przy stolarni w Żórawkach. Był luty, stał sobie taki chłopiec w kurteczce, zmarznięty, ale z szalikiem Pogoni! W 1994 r. kupiłem nówkę Poloneza i zabierałem go na mecze, nie tylko do Szczecina. Zdarzało się, że kibice przeciwnych drużyn obrzucali mi auto kamieniami. Przez wiele lat siedzieliśmy obok siebie Marcinem na Pogoni, jeździliśmy wspólnie na wyjazdy, w tym do Bydgoszczy. Ten wspólny przemarsz kilku tysięcy kibiców Pogoni na stadion Zawiszy, to było coś pięknego.

Reklama

Cały wywiad przeczytasz w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej. Kupisz ją również TUTAJ

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 30/04/2025 22:25
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    t - niezalogowany 2025-05-07 15:16:35

    Trzeba pamietać że w dwóch finałach w latach 80 grał śp.Andrzej Krawczyk

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama