W piątek 5 lutego miał odbyć się trzeci proces w sprawie o zabójstwo Łukasza Ferstena. Nie doszła jednak do skutku. - W czwartek rano dostałam telefon, że rozprawa jest odwołana. Nie wiem jeszcze z jakich przyczyn, ale najbliższy termin kolejnej rozprawy wyznaczono na 23 lutego – mówi siostra zabitego. Ze względu na społeczny wymiar sprawy publikujemy cały artykuł dotyczący 25-latka z Nowego Czarnowa
W Nowy Rok A.D. 2020 odebrała najtrudniejszy telefon w życiu. Znajdowała się w domu z rodziną, gdy usłyszała, że coś złego stało się z jej bratem. Łukasz został pobity i 1 stycznia, zamiast w barze ze znajomymi leżał przypięty do respiratora. Lekarz, z którym rozmawiała, nie ukrywał, że czas odgrywa wielkie znaczenie i najlepiej, by ktoś z bliskich od razu przyjechał do Szklarskiej Poręby. Gdy dwa dni później odłączono sprzęt podtrzymujący 25-latka przy życiu, czuwał przy nim nie tylko przyjaciel, z którym spędził ostatnie dni, ale też rodzice.
- To było dla nas wielkie przeżycie. Do teraz nie otrząsnęliśmy się z tego dramatu - mówi Sandra, oskarżyciel posiłkowy w procesie przeciwko zabójcy swojego brata.
Początkowo nie myśleli o sprawiedliwości. Ich głowy zajmowała kwestia pochówku bliskiego i zamknięcia bieżących spraw. Po dwóch tygodniach zaczęli jednak rozglądać się za prawnikiem, który będzie reprezentował ich interesy podczas pierwszej rozprawy. Zaplanowano ją na wiosnę, lecz na przeszkodzie stanęła pandemia koronawirusa. Z powodu obostrzeń rodzina musiała czekać do września. Szykowali się do tego psychicznie, choć jak mówią dzisiaj, nie da się przygotować do takiej sytuacji. Doskonale wiedzieli, że przyjazd na proces do Jeleniej Góry nie będzie łatwym doświadczeniem, tak samo jak łatwo nie będzie spojrzeć w oczy mordercy ich syna i brata.
Do pierwszej konfrontacji nie doszło na sali sądowej, lecz kilkanaście minut wcześniej. Sandra, w towarzystwie Grzegorza i Natalii, przyjaciół zmarłego, spotkała rodzinę oskarżonego przy parkometrze przed sądem. Mamie i siostrze towarzyszył Jakub K. Bez kajdanek na dłoniach i asysty policji. Wolny jak ptak.
- Spotkanie na parkingu było dla nas trudne, ale nie zaskakujące – przyznaje Sandra, cofając się do czerwca, gdy po częściowym zniesieniu lockdownu jej adwokat otrzymał w końcu dostęp do akt. – Wtedy akta trafiły do sądu i pan mecenas mógł ubiegać się o wgląd do nich. Na początku lipca ja również zapoznałam się z dokumentami. Czytam, czytam i nie wierzę. Jakub K. od 21 stycznia 2020 r., gdzie ja jestem pewna, że znajduje się w areszcie i czeka na termin rozprawy, jest już na wolności. Zamiast w zamknięciu spędził ostatni rok w rodzinnym domu – opowiada 30-latka.
Jadąc do Jeleniej Góry spodziewała się, że może ujrzeć Jakuba K. na wolności, bez skrępowanych dłoni i mundurowych za jego plecami. Jak jednak przyznaje, mimo iż o sprawie myślała nieustannie, nie była na to zupełnie gotowa.
- Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, ugięły się pode mną nogi. To młody, ale ogromny chłopak. Wysoki, z nadwagą i wielkimi dłońmi, którymi uderzał w głowę mojego szczupłego brata. Łukasz był od niego o połowę lżejszy, drobniejszy i z zabandażowaną ręką, którą kilka dni przed śmiercią skaleczył. Stanowił dla niego łatwy cel – komentuje z bólem siostra.
Konfrontację przy parkometrze, zanim zaczęła się na dobre, przerwała mama 18-latka, prosząc, by nie oceniać jej syna, który przeżywa trudne chwile i z powodu stresu przytył dwadzieścia kilogramów.
Zadał trzynaście ciosów
Tragiczne w skutkach zdarzenie rozegrało się 1 stycznia 2020 roku pod klubem Stodoła w Szklarskiej Porębie. Łukasz pojechał na sylwestra w górach razem z wieloletnim przyjacielem. W kurorcie spędzili kilka dni, w czasie których wpadli na inną grupę gryfinian. Miało to miejsce 31 grudnia, umówili się więc, że noc sylwestrową spędzą wspólnie, co ułatwiał fakt, że znajomi mieszkali w hotelu znajdującym się naprzeciw Willi Echo, gdzie Łukasz i Grzegorz mieli wykupione noclegi.
- O północy złożyliśmy sobie życzenia, Łukasz wypił jeszcze drinka i powiedział, że idzie spać. Nie puściłbym go samego, ale miejsce, gdzie spaliśmy, znajdowało się bliziutko – opowiadał na naszych łamach Grzegorz Wawrzyniak, który sam wrócił do hotelu po godzinie 2.00. Nie zdołał jednak dostać się do pokoju, drzwi były zamknięte, a jedyny klucz miał współlokator.
- Nie pomyślałem, że stało się coś złego. Gdy pukałem, a nikt nie otwierał, uznałem że Łukasz śpi. W korytarzu, przed naszym pokojem znajdowała się wersalka i to na niej się położyłem – dodawał.
Zasypiając nie wiedział, że kilkaset metrów dalej jego przyjaciel walczy o życie. Wychodząc z imprezy, zamiast w kierunku kwatery, Łukasz poszedł do sklepu. Tamtejszy monitoring zarejestrował, jak chwyta za klamkę i odchodzi z niczym. Sklep był zamknięty. Zawrócił, by po kilkudziesięciu metrach wpaść na dwóch miejscowych chłopaków. Na nagraniu widać, że między 25-latkiem a jednym z nich wywiązała się scysja. W ruch poszły pięści, lecz uderzał tylko przeciwnik. Bez problemów powalił Łukasza na ziemię. Nie poprzestał na tym „osiągnięciu”, zadając leżącemu kolejne uderzenia, jakby chciał wbić jego głowę w przymarzniętą ziemię.
- To nie przypominało bójki, tylko egzekucję. Jakub K. złapał mojego brata, powalił i zatłukł na śmierć – komentuje Sandra.
Łącznie uderzeń było aż trzynaście. Gdyby przestał po kilku, jak sugerował kolega, który starał się odciągnąć napastnika, Łukasz przeżyłby bójkę. Gdy spostrzegli w jakim stanie znajduje się pobity, zbiegli z miejsca zdarzenia, zostawiając 25-latka na pastwę losu. Pomóc starali się świadkowie wydarzenia. Jak wynika z ich zeznań, rzecz nie działa się na uboczu, lecz w ruchliwym miejscu, niedaleko popularnego lokalu Stodoła. Nie było też późno, zaledwie druga w nocy. Ktoś podbiegł do rannego, sprawdzając puls, inna osoba zadzwoniła po pogotowie.
- Udzieliliśmy mu pierwszej pomocy i dzwoniliśmy, chyba trzy, albo cztery razy na pogotowie. Po 40 minutach wciąż nie było karetki. Jednemu z chłopaków udało się zatrzymać patrol policji, co też nie było łatwe, bo kilka razy nas mijał, nie zauważając machania – mówili świadkowie.
Reanimacja trwała kwadrans. Ratownicy zdołali przywrócić akcję serca i przetransportować rannego do szpitala. Tam okazało się jednak, że lekarze nie są w stanie pomóc 25-latkowi.
- Pierwszego stycznia rano odebrałam telefon od koleżanki mojego brata, z którą spędzał noc sylwestrową, że Łukasz jest w szpitalu i że daje mi do telefonu lekarza. Poprosił, żeby ktoś z rodziny jak najszybciej przyjechał Jeleniej Góry. Mam małe dzieci, więc pojechali tam moi rodzice – opowiada Sandra. W piątek 3 stycznia pożegnali syna, u którego stwierdzono nieodwracalne zmiany w mózgu. Chwilę później został odłączony od aparatury podtrzymującej przy życiu.
Od stycznia był w domu
Z nagrania monitoringu widać, że 25-latek nie oddał żadnego ciosu. Był dużo mniejszy i szczuplejszy, praktycznie bez szans, by zrzucić siedzącego na nim napastnika. Już po kilku godzinach pojawiły się informacje o tym kim jest zabójca Łukasza. Na jeleniogórskich forach internetowych sugerowano, że mowa o jednym z lokalnych zapaśników, wychowanku miejscowego poprawczaka, co ostatecznie okazało się fejk niusem. Wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną, którego na naszych łamach opisywał rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze, okazał się inny Jakub K, uczeń klasy maturalnej w szkole sportowej w Szklarskiej Porębie. Policja namierzyła go już po kilku godzinach. Doprowadzony do prokuratury usłyszał zarzut spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Po wpłaceniu 40 tys. zł. kaucji, 18-latetk jeszcze tego samego dnia wrócił do domu. Wtedy jeszcze Łukasz Fersten walczył o życie. Gdy zmarł, sytuacja uległa zmianie. 3 stycznia Jakub K. ponownie został doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Jeleniej Górze, gdzie tym razem przedstawiono mu zarzut zabójstwa. Chociaż zbrodnia ta zagrożona jest karą nawet dożywotniego pozbawienia wolności, Jakub K. nie spędził zbyt wiele czasu w zamknięciu. Zaledwie kilka dni. 20 stycznia 2020 r. sąd zmienił bowiem areszt na poręczenie majątkowe, dzięki czemu po uiszczeniu 60 tys. zł, 18-latek znów znalazł się na wolności. W opinii Mirosława Stawińskiego decyzja ta jest szokująca.
- Rodzina jest zaskoczona i taka sytuacja jest dla nich po prostu niezrozumiała. Zarzut zabójstwa jest jednym z najcięższych. Zagrożenie surową karą jest oczywiste. Oskarżeni o drobniejsze przestępstwa czekają na wyrok w warunkach aresztu, natomiast sprawca takiego czynu jest na wolności. Oczywiście wiadomo, że obowiązuje domniemanie niewinności, tym niemniej sądy niejednokrotnie mówią, że wystarcza zagrożenie wysoką karą, aby areszt był stosowany. Ja osobiście też jestem zaskoczony. Przy tego typu czynach stosowanie innych środków niż środek izolacyjny raczej się nie zdarzało – powiedział pełnomocnik rodziny zmarłego w rozmowie z TVN24. Ogólnopolska stacja zainteresowała się sprawą po zgłoszeniu, jakie otrzymała od rodziny Ferstenów.
- Zależało nam na nagłośnieniu sprawy, bo patrząc na to, co dotąd się wydarzyło, jesteśmy pełni obaw, co do przebiegu procesu – nie ukrywa siostra zabitego.
Skończył szkołę, pojechał na wakacje
Jak dotąd doszło do dwóch rozpraw. Podczas obu oskarżony wyglądał na roztrzęsionego. Odmówił składania zeznań przed sądem, podtrzymując wyjaśnienia złożone w toku śledztwa. Nie przyznał się wówczas do winy. Mówił śledczym, że uderzył nieznajomego najwyżej trzy razy, akcentując, że został zresztą zaczepiony (Łukasz Fersten powiedział w jego kierunku: „Zamknij mordę”), gdyż sam nie chciał żadnych kłopotów. Ani razu nie spojrzał w oczy rodziny zabitego chłopaka. Przy parkometrze, bądź na korytarzu przed salą rozpraw, milczał ze spuszczonym wzrokiem. W tych sytuacjach mówiły za niego siostra i mama, zapewniając bliskich Łukasza Ferstena, że „Kubuś to dobry chłopak” i „nie można niszczyć mu przyszłości”.
Z podobnego założenia wyszedł najwyraźniej sąd. Od stycznia 2020 roku życie Jakuba K. nie uległo drastycznym zmianom. Zamiast w odosobnieniu, od końcówki stycznia przebywał wszak w rodzinnym domu. W kwietniu zakończył naukę w liceum, następnie podszedł do matury. Na wolności spędził też wakacje. Nie wiadomo czym zajmuje się aktualnie, gdyż od kilku miesięcy jego media społecznościowe są zablokowane. Nie widać aktywności na forach, zdjęć wrzucanych na Facebooka, ani zapisanych „momentów z życia”. Zamiast profilowego zdjęcia ma avatar przedstawiający Barta, postać z popularnej kreskówki Simpsonowie. Jedyne, co może zobaczyć postronna osoba, to fotografię z kwietnia 2012 roku, która przedstawia pucułowatego chłopca, stojącego przy torcie. Cisza w mediach społecznościowych nie jest przypadkowa. To element strategii jego obrony. Jak przyznaje Sandra, rodzina oskarżonego wynajęła bardzo dobrego prawnika.
- Sami o nim myśleliśmy, jako naszym pełnomocniku, ale był już zajęty – tłumaczy 30-latka.
Chociaż, jak w akcie oskarżenia odczytał prokurator, czyn Jakuba K. wyczerpał znamiona zabójstwa, gdyż sposób bicia (wielokrotne uderzanie po głowie leżącej ofiary) miało na celu pozbawienie go życia, a nie obronę, rodzina z Nowego Czarnowa obawia się, że zostanie uniewinniony, lub dostanie karę nieadekwatną do czynu, którego się dopuścił. Sprawę prowadzi sędzia, który w przeszłości odznaczył się precedensowym wyrokiem. W sierpniu 2019 roku umorzył postępowanie w sprawie Dominika z Bolesławca, 22-latka który w październiku 2017 roku poważnie ranił nożem matkę i zabił jej konkubenta. Historię młodego mężczyzny opisała Gazeta Wyborcza, przedstawiając patologiczne otoczenie, w którym wzrastał (więcej w ramce pod tekstem).
O jego procesie pisały już wszystkie krajowe media, zarówno te opiniotwórcze, jak i bulwarowe.
- Postępowanie zostało umorzone. Sąd stwierdził niepoczytalność Dominika, ponieważ nie mógł go uniewinnić. Efekt jednak jest taki sam. Stwierdzenie afektu i całkowitej utraty świadomości w momencie popełnienia czynu jest niezwykle rzadkie. Mamy do czynienia z precedensem na cały kraj! – mówił na łamach Faktu mecenas Wojciech Kasprzyk, obrońca oskarżonego.
Rozprawa 27 lutego
Wprawdzie to zupełnie inna sprawa od opisywanej, lecz bliscy zabitego Łukasza obawiają się, że również w przypadku Jakuba K. pojawią się okoliczności łagodzące. Następna, trzecia rozprawa jest zaplanowana na 27 lutego. Jak twierdzą jednak Ferstenowie, mało prawdopodobne, by zapadł wówczas wyrok.
- Z powodu pandemii wszystko idzie wolniej. Zostało jeszcze dużo świadków do przesłuchania i sądzimy, że przed nami jeszcze dwie, trzy rozprawy – podsumowuje Sandra, która ma żal do oskarżonego o zniszczenie życia jej rodziny.
- I o to, że do tej pory nie usłyszeliśmy słowa „przepraszam” – dodaje po chwili namysłu.
Grzegorz Racinowski
O SPRAWIE DOMINIKA Z BOLESŁAWCA
- Dominik wrócił do domu i zaczął sprawdzać, czy wszystkie jego rzeczy są na miejscu. Bo matka i jej konkubent Rafał nie raz go okradli, żeby mieć na wódkę. Sprzedali jego markowe buty, kolumny, telefon i gry. 6 października 2017 roku, gdy wrócił, byli już kompletnie pijani. Ale telewizor stał, konsola też. Brakowało kilku gier. M.in. „Batmana” i strzelanki „Far Cry 3”. Dla Dominika były ucieczką od codzienności. Wbiegł do kuchni. „Gdzie są moje gry?” – pytał. „Spierdalaj” – usłyszał. Wziął nóż leżący na blacie, żeby im pogrozić. Konkubent Rafał śmiał się: „Krzywdę sobie zrobisz, gówniarzu”. Chodził po mieszkaniu: „Co z nimi zrobiliście?”. Kopnął w drzwi do pokoju, roztrzaskała się szyba. Agnieszka, matka, przybiegła z kuchni i chwyciła za telewizor. „Ty skurwysynu. Niszczysz moje mieszkanie. Popamiętasz!”, Telewizor babcia wzięła Dominikowi na raty, ale spłacał sam. Pracował na złomowisku. Matka rzuciła telewizor. Dominik dźgnął ją w brzuch. Raz i drugi. Upadła na kanapę, jelita wypłynęły jej na wierzch. Przybiegł Rafał. Uderzył Dominika. Zaczęli się przepychać. Dźgnął Rafała w brzuch. Myślał, że dwa razy, biegły naliczył 14 ran. Rafał zmarł od razu, matka zadzwoniła pod 112. Dominik zadzwonił do babci – w głośnym reportażu pisała Ewa Wilczyńska.
Całość można przeczytać: TUTAJ.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze