Kuratorium Oświaty w Szczecinie oraz szczecińskie Archiwum Państwowe wydały publikację z najlepszymi pracami konkursowymi. W książce znalazł się artykuł nastoletniej gryfinianki. O sukcesie Oli Banuch będzie można przeczytać w jutrzejszym wydaniu Gazety Gryfińskiej. Poniżej prezentujemy nagrodzony tekst
„Anioł Stróż”. Modlitewnik mojej prababci
Pewnej wiosennej niedzieli 9-letnia dziewczynka o imieniu Władzia wraz ze swoją
o rok starszą siostrą Jasią przystąpiły do Pierwszej Komunii Świętej. Ta mała dziewczynka Władzia to moja cudowna prababcia, z którą dane mi było spędzać czas przez 11 lat życia
Wróćmy do wiosny 1941 roku i do małej wsi na Podlasiu – Narojki. Chociaż słońce tego dnia świeciło wyjątkowo pięknie to czas ten nie był tak piękny jak powinien być w dniu komunii. Była wojna, czyli jeden z najsmutniejszych okresów w historii ludzkości. Narojki to wieś tuż przy wschodniej granicy. Od końca września 1939 roku trwała na tych terenach okupacja sowiecka. Sowieci byli dla jej mieszkańców większym przekleństwem niż Niemcy. Dziewczynki jednak tego dnia były radosne. Po raz pierwszy miały przyjąć do serca Pana Jezusa. W Narojkach nie było katolickiego kościoła. Była tylko cerkiew. Dlatego też uroczystość odbywała się w oddalonym o około 10 km Drohiczynie. Wiosną 1940 roku Sowieci zniszczyli miasto i wnętrza kościołów, świątynie więc nie były piękne i dostojne, ale wciąż były. Księża często w tajemnicy i konspiracji odprawiali w nich msze, uroczystości komunijne również owiane były tajemnicą, zachowywano wszelkie środki ostrożności żeby tylko wróg nie zakłócił nabożeństwa. Władzia wraz z rodziną wyszła z domu bardzo wcześnie. Drogę do Drohiczyna musieli pokonać pieszo, ponieważ wóz i konia, którego kiedyś posiadali, dawno odebrali im sowieccy żołnierze. Choć droga była długa i nie łatwa do przejścia, zwłaszcza dla dzieci, to radość jaka gościła w ich sercach dodawała im sił. Nie był to czas komunijnych prezentów i wielkich przyjęć. Jedynym podarunkiem jaki dostały dziewczynki to były uszyte przez ich mamę sukienki oraz książeczki do nabożeństwa „Anioł Stróż – skarbczyk modlitewny”. Mała Władzia przytuliła modlitewnik do serca i zawierzyła swoje życie Bogu i opiece Anioła Stróża. Po powrocie do domu zasiedli przy stole i z apetytem, całą rodziną zjedli przygotowaną wcześniej kartoflankę z pajdą swojskiego chleba. Czasy były bardzo trudne, nic nie wyglądało tak jak teraz, ale rodzice starali się zapewnić swoim pociechom choć namiastkę normalności. Siedzieli więc przy wspólnym posiłku, radowali się, śpiewali, tak jakby całe zło
i okrucieństwo zostało gdzieś daleko. Chcieli, aby ten dzień był wyjątkowy, mimo wszytko.
Dwaj żydowscy chłopcy
Władzia każdego wieczoru modliła się i przytulała do serca swój modlitewnik. Nie umiała jeszcze dobrze czytać, tym bardziej po polsku, gdyż w szkole, po rozpoczęciu wojny, obowiązywał język rosyjski. Modlitewnik wydany w języku polskim był dla Władzi pierwszą książeczką do nauki czytania w języku ojczystym. Niespełna miesiąc po uroczystości komunijnej na terenach, które zamieszkiwała rodzina Zawadzkich, rozpoczęła się okupacja niemiecka, a wraz z nią nadszedł nieprzychylny czas dla Żydów. Mama Władzi była już wdową, gdy pewnego zimowego wieczoru, prawdopodobnie 1943 roku, do ich domu zapukało dwóch wystraszonych nastoletnich chłopców i poprosiło o kawałek chleba. Moja praprababcia Agata bez zastanowienia wpuściła ich pod swój dach, dając nie tylko chleb i zupę, ale również schronienie na najbliższych kilka lub nawet kilkanaście miesięcy. To był Joachim i Jonasz, dwaj bracia żydowskiego pochodzenia. Władzia każdego wieczoru pożyczała im swój modlitewnik, aby uczyli się polskich modlitw. Zwracano się do nich Janek i Rysiek, żeby nikt przez przypadek nie usłyszał ich prawdziwych imion. Traktowano ich w rodzinnym domu Władzi jak kuzynów, którzy przyjechali do rodziny na wieś z miasta. Chłopcy chcąc odwdzięczyć się za otrzymaną pomoc i wielkie serce gospodarzy, w miarę możliwości pomagali w pracach w i tak już bardzo opustoszałym gospodarstwie. Rąbali drewno na opał, o ile takie w ogóle było, nosili wodę z żurawia, doglądali kur i świni, którą jakimś cudem udało się zdobyć. Każdego dnia Władzia modliła się o ochronę Bożą dla żydowskich chłopców. Pewnego razu wścibska sąsiadka wypatrzyła kręcących się u Zawadzkich nieznajomych, przyszła do ich domu i wypytywała o „intruzów”. Praprababcia Agata tłumaczyła, że to jej siostrzeńcy, ale sąsiadka nie dała się łatwo przekonać, wypytywała dlaczego nie chodzą z nimi na niedzielne nabożeństwa i czy oby na pewno są katolikami, była bardzo podejrzliwa. Wtedy Joachim, zwany u nich Jankiem, stanął przed kobietą i zaczął płynnie recytować Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo. Zapytał, czy ma jeszcze zmówić litanię żeby uwierzyła w to co mówi jego ciocia. Sąsiadka zmieszała się
i opuściła dom Zawadzkich. Joachim podziękował Władzi za użyczenie swojego modlitewnika, dzięki niemu bowiem w sytuacji zagrożenia mógł „udowodnić swoją polskość”. Od tej pory wszyscy stali się ostrożniejsi, chłopcy nie opuszczali domu, a często zmuszani byli do chowania się w specjalnie przygotowanej skrytce pod podłogą.
Żegnali się z życiem
Latem 1944 roku tereny ponownie zostały zajęte przez Armię Czerwoną. Moja prababcia nie pamiętała co działo się w tym czasie z Joachimem i Jonaszem, prawdopodobnie już ich nie było w ich domu, ale nie była w stanie przywołać w pamięci okoliczności opuszczenia domu przez chłopców. Wiele lat po wojnie jeden z nich – Jonasz, który do końca życia pozostał już Ryśkiem – odnalazł ich na ziemiach odzyskanych i dziękował za uratowanie życia.
Sowieci nie mieli litości dla nikogo. Siali strach i pogrom wśród mieszkańców wioski. Grabili, gwałcili, zabijali. A czego nie udało im się zabrać to niszczyli. Kiedy sowieccy żołnierze odkryli, że Zawadzcy hodują świnię, co było wtedy zakazane, wpadli w szał. Wyprowadzili całą rodzinę z domu, ustawili pod ścianą, wymachiwali do nich karabinami celując w każdego po kolei. Żołnierze byli pijani, chwiali się na nogach, krzyczeli i śmiali się na przemian. Władzia ściskała w ręku swój mały modlitewnik i prosiła Anioła Stróża o ocalenie. I stał się cud. Nagle na podwórze, nie wiadomo skąd, z impetem wbiegł spłoszony koń z uczepionym wozem. Żołnierze w popłochu rozproszyli się po podwórku zapominając o rodzinie Zawadzkich, która w cichej rozpaczy żegnała się już z życiem. Władzia wierzyła, że to Anioł Stróż zesłał tego konia i uratował im życie, gdyż Sowieci już do nich nie wrócili.
Anielska opieka nad rodziną
Prababcia zapamiętała jeszcze jedną, bardzo ważną sytuację związaną z modlitewnikiem. Nie pamiętała kiedy dokładnie miało to miejsce, ale któregoś dnia, gdy pilnowała swojego młodszego braciszka, przez okno wpadł granat. Władzia od razu skierowała swój wzrok na półkę gdzie leżała jej komunijna książeczka, jej Anioł Stróż. Nie zastanawiając się ani sekundy, z modlitwą na ustach, pochyliła się nad granatem i nie myśląc o niebezpieczeństwie wzięła go do ręki, wybiegła na zewnątrz i rzuciła najdalej jak mogła. Wybuch nastąpił po chwili, tuż za ich płotem, uszkadzając tylko część szopy. Moja prababcia do końca swoich dni zastanawiała się jak to możliwe, że rzucony granat do domu nie wybuchł, że został jej dany czas na wyniesienie go i wyrzucenie poza ich gospodarstwo i dopiero tam granat eksplodował. Według niej była to ochronna dłoń Anioła Stróża podarowanego jej wraz z modlitewnikiem w dniu Pierwszej Komunii Świętej.
Ten wspaniały modlitewnik towarzyszył Władzi podczas długiej drogi, już po wojnie, ze wschodu na zachód, kiedy całą rodziną wędrowali w drodze fo nowego domu. W poszukiwaniu swojego nowego miejsca na ziemi. Był z nią zawsze. Chronił ją i jej rodzinę. W chwilach zwątpienia, w chwilach smutku i zagrożenia brała go i przytulała do swojego serca prosząc Anioła Stróża o jeszcze jedną łaskę i opiekę. Teraz ten bardzo już zniszczony modlitewnik jest w moim domu. Dostała go moja mama, tuż przed odejściem prababci do innego, oby lepszego świata. Do świata bez wojen i niesprawiedliwości, do świata, w którym ochrona Anioła Stróża nie będzie jej już potrzebna. Teraz ten sam Anioł Stróż czuwa nad naszą rodziną, to jego opiece powierzyła nas prababcia Władzia zamykając oczy na zawsze.
Osiemdziesiąt lat temu, mała Władzia uwierzyła, że wraz z modlitewnikiem, pod tak wymowną nazwą: „Anioł Stróż – skarbnik modlitewny”, został podarowany jej prawdziwy Anioł Stróż. Wydarzenia kolejnych lat utwierdziły ją w tym przekonaniu i pogłębiły wiarę w anielską opiekę nad nią i nad jej rodziną.
Ola Banuch
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze