- Mnie nikt nie badał, ani wtedy, gdy Bartek wylądował w szpitalu, ani, gdy przyjechał z Polski. Spytałam o test dla siebie i usłyszałam od lekarza: „Po co? Przecież ty nie masz objawów”. Powiedziałam mu, że nie mam objawów, ale przecież mogę zarażać. Dodałam też, że pracuję w sklepie i mam kontakt ze starszymi ludźmi. Nie podziałało. Lekarz pozwolił mi wrócić do domu. Nie zabronił mi też chodzić do pracy - mówi Małgorzata Martyna, mieszkanka Norwegii od 2010 roku
Ostatnio minister zdrowia ogłosił, że „Norwegia ma epidemię koronawirusa pod kontrolą”.
- Pod jaką kontrolą? Nic nie mają pod kontrolą. Teraz liczba zakażeń zmalała, ale to nie znaczy, że problem zniknął. Czytałam opinie ekspertów, którzy mówili, że największa fala zakażeń przypadnie na maj. Tymczasem władze kraju zaczęli znosić niektóre obostrzenia. Już 20 kwietnia otwierają przedszkola i szkoły dla dzieci z klas 1-4. Rząd tłumaczy, że małe dzieci rzekomo nie zarażają, ale ostatnio informowano o przypadku chorej 4-latki. Władze Norwegii miesiąc temu zareagowały bardzo dobrze. Zamknęły co się da, ograniczyły przepływ osób, ale zaraz wszystko wróci do normy. Ludzie wrócą na ulice...
Teraz są pustki?
- Względne. Ludzie z grupy „Polacy w Norwegii” piszą, że Oslo zamarło. Nasz region też, ale my mieszkamy w małej miejscowości. Nie wiadomo też czy ludzie siedzą w domach, czy wyjechali z miast na prowincję, w góry. Gdy po Wielkanocy rząd zniesie obostrzenia, wszyscy wrócą pewnie do życia.
Cały wywiad znajduje się w Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze