Reklama

"Najstarszy" gryfiński grób, czyli z Wiednia do Gryfina

Z okazji pierwszego listopada zapragnęliśmy odnaleźć na gryfińskim cmentarzu najstarszy polski grób a następnie postarać się opisać jego historię. Zamiast tego wyszła nam… europejska epopeja, sięgająca oficerów CK Armii i opowiadająca o nietypowych drogach, które podczas wojny i po jej zakończeniu przeszli mieszkańcy naszego kontynentu

 

Mieliśmy nieco ułatwione zadanie, a przynajmniej punkt wyjścia dla naszej wyprawy eksploracyjnej. O najstarszym polskim grobie na miejscowym cmentarzu przed laty informował śp. Marian Anklewicz. Rzecz opisał m.in. w 2010 roku na łamach naszej gazety. Jak ustalił lokalny historyk, pierwsza polska, powojenna mogiła należy do Anieli Wojciechowskiej i pochodzi z 31 sierpnia 1945 roku. Śladu po niej nie znaleźliśmy jednak w internetowej wyszukiwarce osób zmarłych. To bardzo pomocna strona, dzięki której można nie tylko namierzyć groby (podaje nr kwatery, rząd i miejsce), ale też informacje na temat lat życia osób z przestrzeni publicznej, bohaterów naszych artykułów wspomnieniowo-historycznych.

Reklama

W tym przypadku jednak wyszukiwarka zawiodła. O pomoc w zlokalizowaniu pierwszej powojennej mogiły poprosiliśmy bezpośrednio w biurze Cmentarza Komunalnego. Szliśmy tam pełni niepewności. Niewykluczone, że najstarszy grób istnieje już tylko w przekazach, a nieopłacone miejsce, w którym się znajdował, należy już do innego zmarłego…

- Znalazłem – z zadumy wyrwał nas referent  ds. cmentarza, podając przybliżoną lokalizację. Ruszyliśmy w kierunku „kwatery numer cztery”, gdzie, zgodnie z jego zapewnieniami powinien znaleźć się cel naszej podróży.

Reklama

 

W miejscu niemieckich grobów

Nielogiczny, zmieniony po latach układ poszczególnych alei i kwater sprawił, że zajęło to nam dobrą chwilę. W końcu stanęliśmy jednak nad wiekowym, liczących nieco ponad 75 lat, grobem pionierki. Z zainteresowaniem odnotowaliśmy, że nie znajduje się on w bezpośrednim sąsiedztwie kaplicy. Aby trafić we wskazane miejsce, musieliśmy wspiąć się w górę alejki, a następnie skręcić w prawo i wejść na niewielki pagórek. Grób ulokowany został w pobliżu  płotu, wyznaczającego teren „starej nekropolii”, nieopodal

Reklama

nieistniejącego jeszcze w 1945 r. cmentarza żołnierzy radzieckich. Dlaczego właśnie w tej okolicy? Bo tam znalazło się miejsce.

Należy pamiętać, że gryfiński cmentarz nie powstał w 1945 roku, gdy Gryfin trafił w ręce Polaków. Za datę jego powstania podaje się 1909 r. Kaplicę, ówczesne władze wybudowały natomiast dwa lata później. We wszystkich działaniach wzorowano się na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie. Sugeruje to układ alejek oraz centralne ułożenie kaplicy oraz gęste zadrzewienie.

- Porasta go różnorodny drzewostan, między innymi platany, lipy, sosny kanadyjskie, srebrne świerki oraz ponad 100 cisów – można przeczytać na stronie gryfińskiego cmentarza, na którego terenie, przez 36 lat składano ciała mieszkańców nadodrzańskiego Greifenhagen.

Reklama

Grób Anieli Wojciechowskiej umieszczono w tzw. czystym polu, w miejscu, w którym wcześniej nie znajdowały się inne groby. Z czasem, gdy powojenne miasto rozrastało się, a nowi gryfinianie odchodzili z ziemskiego świata, okazało się, że dzisiejsza kwatera nr 4 nie jest wystarczająco duża, by pomieścić wszystkich zmarłych.

- Zaczął się wówczas proces „czyszczenia” cmentarza z grobów niemieckich, by mogły zrobić miejsce dla polskich mogił – mówi Julian Dalidowicz, nauczyciel i członek Towarzystwa Miłośników Historii Ziemi Gryfińskiej.

Reklama

To trudna i niepopularna prawda nie tylko dla gryfinian. Był to proceder znany na wszystkich poniemieckich terenach, przyznanych po wojnie Polsce. Proceder ten oraz wiele innych, opisała Karolina Kuszyk, w książce „Poniemieckie” mnożąc przykłady usuwania niemieckich grobów i wykorzystywania nagrobków, jako podjazdów do posesji lub murków. Na terenie gminy uczyniono to w Wysokiej Gryfińskiej. Nie trzeba sprawnego oka, by na murku, znajdującym się w centrum wsi dostrzec nazwiska i daty życia przedwojennych  mieszkańców miejscowości.

- W Gryfinie też można znaleźć ślady tego procederu. Murek z niemieckich nagrobków znajduje się na terenie… cmentarza żołnierzy radzieckich – zdradza gryfiński regionalista.

Reklama

 

Wytarła się kreseczka?

Stojąc nad historycznym grobem dostrzegliśmy szereg niezgodności, z tym, co przeczytać można w publikacjach nt. historii miasta. Przede wszystkim pani Aniela nie była… panią Anielą, lecz Amelią (oryginalny zapis to: Amelja Wojciechowska z d. Ripper). Nie zgadza się również data śmierci. Z nagrobka wynika, że zmarła 29 lipca 1945 r., a nie, jak podawał Marian Anklewicz, 31 sierpnia 1945 roku. W jego publikacji mowa jednak nie o dniu, w którym odeszła, lecz o jej ostatniej drodze. Czy możliwe jest, by czekała na pochówek aż trzydzieści trzy dni? Biorąc pod uwagę ówczesne uwarunkowania i realna, jest to wątpliwe. Jej nagrobek nie pochodzi jednak z 1945 roku. Wyglądem przypomina raczej pomniki, które stawiano w latach 70. XX wieku.

Reklama

- Wcześniej musiał stać tutaj wyłącznie krzyż z tabliczką, albo pomnik gorszej konstrukcji. Daty śmierci zapisywano wtedy cyframi rzymskimi. Jeśli zmarła 29 sierpnia 1945 roku, to zapisano to w formie: 29 VIII 1945. Po latach, gdy stawiano nowy nagrobek, jedna kreseczka mogła się zetrzeć i z sierpnia zrobił się lipiec – wysnuł tezę Julian Dalidowicz, nasz konsultant.

Aby rozwiązać tę zagadkę, należało ustalić źródło pochodzenia informacji o pierwszym polskim pochówku, którą w obieg podał nieżyjący od kilku lat historyk-regionalista. W piątkowy poranek udaliśmy się więc do kancelarii kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Już pierwszy trop okazał się właściwy. Proboszcz Stanisław Helak wyciągnął z wiekowej szafy równie wiekową księgę parafialną dotyczącą wszystkiego, co wydarzyło się w życiu religijnym parafii A.D. 1945.

Reklama

- Pierwsze wpisy pochodzą od księdza Jana Palicy, który ją założył – skomentował, wskazując na rubrykę dotyczącą pochówków.

Rozpoczyna ją nazwisko Amelii (zapisanej w taki sposób, że równie dobrze może to być Aniela) Wojciechowskiej z d. Ripper. Z ciągu lakonicznych, wyrażonych jednym słowem informacji, dowiadujemy się, kiedy i gdzie przyszła na świat, jakiego była wyznania i zawodu, gdzie mieszkała, kim byli jej rodzice (w tym przypadku jedynie ojciec), z kim zawarła związek małżeński oraz kiedy zmarła i została pochowana. Ręka Palicy odnotowała odpowiednio 29/8/1945 oraz 31/8/1945, co potwierdza naszą tezę o „zaginionej kreseczce”.

Reklama

 

Palica nie grzebał w przeszłości

Amelia Wojciechowska miała ten przywilej, że spoczęła w miejscu, które nigdy nie należało do innej osoby.  Kwatera nr 4, przed siedemdziesięcioma pięcioma laty była jak niezapisana karta, dopiero z czasem zapełniając się grobami pionierów Gryfina. Gdy po wyjściu z kościoła ponownie stawiliśmy się na cmentarzu, dostrzegliśmy coś, co wcześniej umknęło naszej uwadze. W rzędzie za panią Amelią znajduje się… jeszcze starszy grób. Leokadia Kacperska (z d. Wolterzdorf) przeżyła zaledwie 44 lata, odchodząc 4 lipca 1945 roku. Nawet gdyby A. Wojciechowska zmarła 29 VII zamiast 29 VIII, i tak byłby to niemal później.

Reklama

Zafrasowani, z miejsca wykluczyliśmy przeniesienie zwłok śp. Leokadii z innej części kraju. To zwyczaj pochodzący z naszych czasach, którego, ze względu na potencjalną skalę, nie praktykowano po wojnie. Gdyby władze PRL pozwoliły na ten proceder, rozpocząłby się ogólnokrajowy proces ekshumacji i przewożenia całych rodzinnych grobowców zza Buga, Lwowa, Wilna i centrali. Inną sprawą jest, że mało kto chciałby decydować się na taki krok. Ze wspomnień pionierów ziemi gryfińskiej przebija poczucie tymczasowości. Powojenne losy rzuciły ich wprawdzie nad Odrę, lecz przez wiele lat nie wiedzieli, czy jest to docelowe miejsce ich życiowej wędrówki. Sześcioletnia wojna nauczyła ich, że człowiek nie może być niczego pewien. Szczególnie tego, że spocznie w ziemi, w której znalazły się ciała przodków.

Pani Leokadia musiała więc umrzeć w Gryfinie. Dlaczego jej pochówku z początku lipca nie odnotował jednak ksiądz Palica? Bo nie było go jeszcze w Gryfinie. Jak zapisał we wspomnieniach, pociąg z osadnikami z Kałusza, którym towarzyszył, wjechał na stację Gryfin pod koniec sierpnia. A dokładniej: 25 sierpnia 1945 r. Po chwilowym zawahaniu (repatrianci ze wschodu nie chcieli wysiadać w zniszczonym w 70% mieście, tuż przy niemieckiej granicy), ks. Palica polecił swoim parafianom opuścić wagon. W następnych dniach kałuszanie pomagali w odgruzowywaniu ulic, szukali odpowiednich mieszkań, a także pracowali nad uruchomieniem miejscowego kościoła. Pierwsza msza święta odbyła się 2 września 1945 r., trzy dni po pierwszym pochówku przeprowadzonym przez Palicę i założeniu przez niego księgi.

 

Z tych Ripperów?

Mamy nadzieję, drogi czytelniku, że czytając ten artykuł odczuwasz równie wielką frajdę, jak nasza redakcja, w trakcie swoistej, cmentarnej przygody. O ile, jak dotąd, szło nam całkiem sprawnie, w końcu przyszedł impas. Wobec tego, że ksiądz Jan Palica nie odnotowywał pogrzebów, do których doszło przed jego przyjazdem, nie sposób dziś określić która mogiła była tą pierwszą. Nie jest bowiem pewne, że grób Leokadii Kacperskiej z d. Wolterzdorf jest najstarszym ze wszystkich na gryfińskiej ziemi. Polacy przyjeżdżali do miasta już w maju 1945 roku. Wątpliwe jest, by przez trzy miesiące nie odnotowano w regionie ani jednego zgonu. Zwłaszcza w powojennych czasach (jeden z naszych czytelników, których wtajemniczyliśmy w sprawę, mówi nawet o grobie z marca 1945).

Obchodząc wzdłuż i wszerz kwaterę numer 4 dostrzec można też kilka „bezimiennych” mogił. A raczej „nierozczytanych”. Upływ czasu sprawił, że z tabliczek (część jest oryginalna, z lat 40. XX wieku) nie da się ustalić nie tylko dat życia, ale również imion i nazwisk. A przecież są też groby, które z czasem przestały istnieć.

O wszystkim tym opowiedzieliśmy w biurze cmentarza, gdzie liczyliśmy na rozwiązanie naszej zagwozdki. Okazało się jednak, że zarządca nie posiada aż tak szczegółowych informacji na interesujący nas temat.

I tu można byłoby postawić kropkę, zakończyć artykuł, gdyby nie ciekawość, którą wywołała u nas postać pani Amelii. Zanim ustaliliśmy, że nie była tą pierwszą, spędziliśmy  kilka dni szukając informacji na temat jej życia, pochodzenia i drogi zakończyła w obcym, niemieckim miasteczku nad Odrą.

Niestety, w biurze cmentarza nie udało się odnaleźć danych kontaktowych do rodziny, która opiekuje się grobem. Szukaliśmy też na oślep, pisząc do wszystkich znanych nam osób noszących to samo nazwisko. Żadna z nich nie okazała się jednak potomkiem pani Amelii. Wojciechowska to zresztą bardzo popularne nazwisko…

Mieliśmy jednak informacje z księgi parafialnej. Lakoniczne, ale dające pewien wycinek życia nieboszczki. Z rubryk wypełnionych pod koniec sierpnia 1945 roku przez Palicę dowiadujemy się, że była gospodynią domową, żoną Antoniego. Jako przyczynę śmierci podano nowotwór (oryg. rak). Ksiądz odnotował również wspomnianą już datę śmierci (29.08.1945) i pochówku (31.08.1945) oraz rok urodzenia. Zaintrygowało nas, że Amelia przyszła na świat 15 maja 1885 roku, jako córka Franciszka Rippera. Jej panieńskie nazwisko, swego czasu znaczyło wiele w… Wiedniu, a nawet w całym cesarstwie austro-węgierskim. Tymczasem, pani Amelia Ripper urodziła się właśnie w Wiedniu!

 

Siostra admirała?

Internet szczegółowo opowiedział nam o wiedeńskich Ripperach. Wikipedia uznała, że co najmniej dwóch z nich (Adam i Juliusz) jest na tyle godnych uwagi, że zasługują na obszerne biogramy. Obaj byli austro-węgierskimi wojskowymi, braćmi pochodzącymi ze spolonizowanej rodziny przybyłej z Moraw. Ich ojciec Franciszek miał we władaniu Ludwinów pod Krakowem. Był przemysłowcem i przedsiębiorcą handlowym, który doczekał się szóstki potomstwa. Z wojskiem związał się również Karol Ripper, który zginął w randze pułkownika artylerii austriackiej w bitwie z Prusami pod Sadową (1866). Adam Ripper zapisał się w historii jako generał audytor cesarskiej i królewskiej Armii. Jeszcze większe zasługi miał jego przyrodni brat Juliusz Franciszek. Historycy marynarki austro-węgierskiej uznają go za jednego z najznamienitszych admirałów w jej dziejach.

-W 1889 r. Ripper awansował na Korvetten-kapitana, czyli komandora podporucznika, 3 lata później na Fregatten-kapitana, czyli komandora porucznika, po następnych 2 latach na Linienschiffs-kapitana, czyli komandora. W 1894 r. wyniesiony został przez cesarza do stanu szlacheckiego. Wkrótce po tym objął kierownictwo Oddziału IV Dowództwa c.k. Marynarki Wojennej (z referatami: administracyjnym, morsko-technicznym, kadłubowym i uzbrojenia) oraz stanowisko szefa Biura Operacyjnego odpowiedzialnego za całość działalności marynarki austriackiej w czasie pokoju i wojny. W 1897 r. mianowany został dowódcą krążownika „Kaiserin und Kőnigin Maria Theresia”, a jesienią 1899 r. komendantem arsenału w głównej bazie marynarki austriackiej w Poli (Pulii) – w największym austro-węgierskim porcie wojennym na południowym krańcu półwyspu istryjskiego w Chorwacji. W maju 1901 r. otrzymał awans na stopień kontradmirała i przejął dowództwo najpierw eskadry ćwiczebnej, potem także eskadry krążowników, w listopadzie 1902 r. mianowano go przewodniczącym Komitetu Technicznego c. k. Marynarki, a w listopadzie 1905 r., po awansie na wiceadmirała – admirałem portu i naczelnym dowódcą głównej bazy wojennej w Poli. W styczniu 1911 r. Juliusz von Ripper został tajnym radcą dworu, a w październiku – admirałem. 1 marca 1913 r. przeszedł w stan spoczynku, opuścił Polę i przeniósł się do Wiednia. Tu zmarł w wieku 67 lat (na zapalenie płuc) 15 lipca 1914 r. i pochowany został na wiedeńskim cmentarzu centralnym – w swoim artykule napisał historyk Andrzej Bogunia-Paczyński.

Piękny życiorys, ale co łączy Juliusza Rippera z Amelią Wojciechowską z domu Ripper? Zarówno ojciec admirała, jak i gryfinianki mieli na imię Franciszek.

 

Było dwóch Franzów

Czy możliwe jest, by zgadzało się nie tylko imię, ale też więzy krwi?

- Nawet jeśli nie są rodzeństwem, to i tak historia jest świetna. A Ripper nie jest wcale tak popularnym nazwiskiem, by nie mogło okazać się to prawdą – powiedział Julian  Dalidowicz, który po wtajemniczeniu przez nas w sprawę również podążył tropami życia, już nie tylko Amelii, ale też Ripperów-wojskowych. Rzecz działa się jednak w niedzielny wieczór, co znacząco krępowało działania. Aby mieć pewność, należałoby dokładnie prześledzić życiorysy znanych Ripperów, podjąć kilka tropów związanych z samą Amelią. Reżim czasowy był jednak nieprzesuwalny. Skoro miało być o pierwszym grobie w wydaniu z okazji Wszystkich Świętych, to tak musi być. Przed oddaniem artykułu do druku udało się dotrzeć do jeszcze jednej ciekawej informacji.

- W księdze adresowej Wiednia z 1880 roku znajduje się dwóch Franzów Ripperów – odnotował Dalidowicz, dzieląc się wiedzą.

Nam natomiast udało się ustalić, że Franciszek Ripper, ojciec Adama, Karola i Juliusza, zmarł w październiku 1885 r. (Amelia urodziła się w maju 1885 r.) i został pochowany w Krakowie. Chociaż jego synowie związali kariery z Wiedniem, nie wiadomo, czy rezydował tam również ich ojciec. Grób żadnego Franza Rippera nie znajduje się na terenie wiedeńskich cmentarzy, co sugeruje, że ojciec Amelii mógł spocząć w swojej ojczyźnie. Sprawę otwartą pozostawia też fakt, że Franciszek Ripper miał nie tylko trzech synów, ale też trzy córki: dwie z pierwszego i jedną z drugiego małżeństwa. Czy wśród nich znajdowała się Amelia? Postaramy się ustalić w toku dalszego śledztwa, licząc, że być może potomkowie bohaterki naszego tekstu natrafią na ten artykuł i objaśnią nam losy pani Wojciechowskiej. Kto wie, jak ciekawe historie kryje ten i wiele nieodkrytych jeszcze, gryfińskich życiorysów?

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama