- Co roku prosiłam Świętego Mikołaja o konia pod choinkę. W końcu się nade mną zlitował i dostałam wymarzonego konia! Od tego momentu, czyli od 2020 r., trenuję codziennie i częściej biorę udział w zawodach – mówi Marta Burdzy. Z 16-letnią gryfinianką rozmawiamy o jej pasji do koni, którą od ponad dekady przekuwa w sportowe sukcesy
Jeździectwo debiutuje za twoją sprawą na łamach Gazety Gryfińskiej. Dlatego musisz być wyrozumiała wobec dziennikarza, który będzie zapewne pytał również o oczywistości.
M. Burdzy: Postaram się opowiedzieć o wszystkim, co istotne. Może rozmowę przeczyta ktoś, kto chciałby zapisać dziecko na jeździectwo, a nie wie jak sprawy wyglądają „od środka”.
Od kiedy trenujesz jeździectwo?
- Pierwszy raz wsiadłam na konia w przydomowej stajni mojej cioci, gdy miałam cztery lata. Od mojego pierwszego kontaktu z koniem minęło dwanaście lat.
Jeździłaś konno już od czwartego roku życia?
- Regularnie zaczęłam nieco później. Miałam sześć lat, gdy mama koleżanki zabrała nas do pobliskiej stajni. Zrobiła to, ponieważ byłyśmy zafascynowane filmem animowanym „Mustang z Dzikiej Doliny'” (śmiech). W ten sposób zaczęła się moja bajka. Od tego dnia, co roku prosiłam Świętego Mikołaja o konia pod choinkę.
Może twoje listy gdzieś się zapodziewały?
- Możliwe, ale jeden musiał dotrzeć, bo w końcu Św. Mikołaj się nade mną zlitował i dostałam wymarzonego konia! Od tego momentu, czyli od 2020 r., trenuję codziennie i częściej biorę udział w zawodach. Wcześniej była to raczej rekreacja.
Obszerny wywiad znajduje się w aktualnej Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze