Reklama

Mało kto chciał mieszkać w Gryfinie. On przyjechał, by to zmienić

Powojenny Gryfin nie jawił się osadnikom jako raj na ziemi.

- Pamiętam, że jak w lipcu 1945 r. przyjechaliśmy do miasta, był tam taki major, co nas prosił, byśmy się tu osiedlili. Ale Gryfino się jeszcze paliło, wszędzie leżały trupy i pachniało śmiercią. Te wszystkie mosty co tam się teraz znajdują były poniszczone. Całe Gryfino było zniszczone i puste. Widziałem to wszystko, bo chodziłem do miasta. W parku obok dworca były zwłoki zakopane, nie wiem czy Niemcy czy Ruscy, ale to tak płytko, że jeszcze w niektórych miejscach kończyny wystawały. Po drugiej stronie, gdzie jest dworzec i schody, była ogromna ilość zgniłych kartofli. Na ulicach znajdowali się tylko Ruscy. Kilkuosobowa delegacja poszła na zwiady. Wrócili kręcąc głowami: „ziemia słaba”, nie zostajemy – wspominał Marian Rostkowski, którego pociąg ruszył ponownie po pięciu dniach, zatrzymując się „na dobre” w Mieszkowicach.

Reklama

Pod koniec sierpnia 1945 r. zawrócić zamierzali też kałuszanie, czyli grupa której przedstawiciele odegrali niebagatelną rolę w powojennej odbudowie miasta. Wyszli dopiero na znak księdza Jana Palicy. Przyszłego pierwszego proboszcza, który zresztą sam niechętnie postawił nogę na gryfińskiej ziemi…

-  Żal mi tego ludu, gdyż są jak owce bez pasterza” – odnotował Palica, we wspomnieniach pisanych w trzeciej osobie. - [Chrystus] ulitował się i nad tymi duszami, które los zagnał aż nad samą Odrę i sprowadził im kapłana odpowiedniego, który wprawdzie ani myślał, a tym mniej chciał osiedlić się w tak odległych i tak zniszczonych stronach, ale przywieziony wraz z resztą swych dawnych parafian, widział w tym palec Boży.

Reklama

Potrzebny bowiem był na początek kapłan, któryby był w całym tego słowa znaczeniu samowystarczalny, gdyż tylko taki mógł w tych warunkach uporać się z niezliczonymi trudnościami i brakami. Był nim piszący te słowa, były proboszcz z kresowej parafii Archidiecezji Lwowskiej w Kałuszu, który po ewakuacji całej swojej parafii na Zachód, w różne strony Ziem Odzyskanych, sam z garstką swoich wiernych, po prawie miesięcznym tułaniu się na różnych stacjach, „wylądował”, a raczej został „wylądowany” w Gryfinie, z końcem sierpnia r. 1945.

W parę dni później, kiedy jeszcze wahał się, czy pa pozostać wśród tych ruin, czy wracać na Śląsk, jak to uczyniła większość przybyłych wraz z nim jego parafian, otrzymał od Najprzewielebniejszego Administratora Apostolskiego Ks. Dr. Edmunda Nowickiego [...] nominację na proboszcza w Gryfinie – czytamy w księdze parafialnej z 1945 r.

Reklama

Nie w każdym transporcie znajdował się autorytet pokroju lwowskiego księdza. Czasami, jak w przypadku Macieja Gałązkiewicza, do pozostania w „pachnącym śmiercią mieście” zachęcała zwykła życzliwość.

- Gdy dotarłem do Gryfina miałem już dość szukania. Byłem tak znużony, że za obietnicę najpiękniejszego sadu nie ruszyłbym się dalej. Zgorzkniały chodziłem po ulicy Łużyckiej równoległej do Odry i szukałem domu z gospodarstwem. Co godzina zmieniałem swoje decyzje. Rozmyślałem się i decydowałem znowu. Wreszcie wybrałem nr. 97 i poszedłem do magistratu.

Reklama

Burmistrz powitał mnie tak serdecznie, że łzy stanęły mi w oczach: „Jednego obywatela mamy więcej!”. Kiedy napomknąłem, że chciałbym prosić o przydział gospodarstwa, że jestem chyba najmłodszym osadnikiem w powiecie, burmistrz machnął wyrozumiale ręką: „Bierz bracie co dusza zapragnie. A że jesteś młody nie martw się. Przyjdzie czas, przyjdą lata”. Po dziś dzień snuje mi się po głowie myśl, że gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłbym urzędowy obowiązek, by ojcowie miast przyjmowali osobiście każdego przybywającego na ich teraz obywatela. Lepiej byłoby, gdyby  to czynili z własnego serca.

Po tylu latach czuje jeszcze to serdeczne ciepło, z jakim przyjęto mnie w Gryfinie. A przecież i dla mnie wszyscy i ja dla wszystkich byłem tu obcy. Świadomość, że w tym mieście jest bodaj jeden człowiek, który przyjaźnie wyciągnął do mnie rękę dodawała mi otuchy – pisał po latach M. Gałązkiewicz, który już jako znany wielkopolski dziennikarz (redaktor naczelny m.in. Expressu Poznańskiego) publikował pod pseudonimem… „Gryfin”, upamiętniającym miejsce, które „przywróciło go do życia”.

Reklama

Burmistrzem, który tak ciepło potraktował nastoletniego wówczas repatrianta, był Ignacy Rusik.

Więcej o drugim burmistrzu Gryfina (VIII 1945-VI 1946) przeczytasz w aktualnej Gazecie Gryfińskiej.

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama