- Ostatni raz, w związku z przebytą traumą, zwierzam się ze swojej działalności opozycyjnej. O niektórych wydarzeniach, o których dzisiaj powiem nie wie nawet moja najbliższa rodzina - mówi Jerzy Minkwitz, mieszkaniec Gryfina i członek „Stowarzyszenia Społecznego Grudzień 70. Styczeń 71”. Przypominamy archiwalny artykuł
Urodziłem się 11 kwietnia 1949 roku w Szczecinie. Wychowałem się i mieszkałem przy ulicy Jagiellońskiej, w centrum miasta. Moje życie w opozycji zaczęło się 17 grudnia 1970 r.
Miałem 21 lat i pracowałem w Przedsiębiorstwie Robót i Usług Rybackich „Gryf” na Nabrzeżu Bułgarskim, w sąsiedztwie Zarządu Portu Szczecin (ZPS). W moim zakładzie pracy zatrudnione było blisko trzy tysiące osób. Bardzo dużo, co okazało się ważne.
Codziennie, przed pójściem do pracy, spotykaliśmy się z kolegami przy nabrzeżu, w okolicy gdzie dzisiaj stoi „balon opery”. 17 grudnia w tym miejscu stały czołgi i opancerzone wozy. Od razu wiedzieliśmy, że dzieje się coś złego. Z domysłów, bo nie mieliśmy pojęcia, że dzień wcześniej strzelano w Gdańsku do stoczniowców.
Media nie podawały takich wiadomości, a zwykli robotnicy nie mieli telefonów. Poszliśmy do pracy, bo wiedzieliśmy, że koledzy są lepiej poinformowani. Przywódcy związkowi z „Gryfa” zwołali wiec, na którym opowiedzieli o starciach z milicją i ofiarach śmiertelnych w Gdańsku.
Dowiedzieliśmy się też, że pracownicy Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego wychodzą na ulice i idą pod Komitet Wojewódzkiej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej na ulicy Małopolskiej.
Postanowiliśmy udzielić im wsparcia. Gdy wyszliśmy z zakładu pracy było przed godziną 9.00. Po wyjściu z zakładu połączyliśmy się z pracownikami Zarządu Portu Szczecin.
Kierownictwo nie chciało nas wpuścić, ale jak mogli zatrzymać taką wielką grupę, jak nasza? Chcieli wziąć nas sposobem. Aby grupa protestujących w centrum miasta nie powiększyła się, zarządzono podniesienie mostu przy ulicy Wyszyńskiego, tak byśmy nie mogli przejść na drugą stronę. W komunikatach podali, że to niby awaria, ale wiedzieliśmy, że wcale tak nie jest. Zostaliśmy przez to opóźnieni i musieliśmy pójść inną drogą, od strony Zamku Książąt Pomorskich.
To istotne. Z dwoma kolegami opowiadałem o tym kilka lat temu w programie nagrywanym przez TVP Szczecin, gdy odtwarzaliśmy cały marsz.
Idąc od zamku, zaszliśmy milicjantów od tyłu, czego się nie spodziewali. Milicja, jeszcze bez wojska, stała naprzeciwko i waliła w stoczniowców gazem. Gdy zobaczyli nas, nadciągających od strony zamku, zaczęli się ewakuować. Uciekali a myśmy im w tym pomagali. Zaczęliśmy ich gnać.
Pogubili dużo rzeczy, w tym pałki i te ustrojstwa do strzelania gazem. Uciekli, a my dołączyliśmy do kolegów ze Stoczni Szczecińskiej, tworząc jeden tłum.
Walki
Dzisiaj o Grudniu ’70 wie się bardzo dużo. Uczą o tym w szkołach, nakręcono programy telewizyjne, napisano książki. Stojąc pod komitetem partii nie wiedzieliśmy oczywiście, że będzie to historyczne wydarzenie, w którym śmierć poniesie tylu mieszkańców Szczecina…
Manifestacje odbywały się naprzeciwko komitetu PZPR i Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej, która mieściła się w budynku dzisiejszej policji. Tam, gdzie obok stanęła nowa Filharmonia Szczecińska. Naprzeciwko znajduje się Plac Solidarności i Muzeum Przełomów. Utkwiło mi w pamięci, że wtedy stała tam szalupa do zabawy dla dzieci. To była prawdziwa szalupa, ale zabetonowana od dołu. Jako dzieciak sam się tam bawiłem. I 17 grudnia myśmy ją wyrwali i potem zanieśliśmy pod bramę więzienną.
Manifestowali nie tylko pracownicy z kilku zakładów pracy, ale też mieszkańcy miasta, którzy chcieli w ten sposób wesprzeć robotników i dać wyraz niezadowolenia z powodu tego, co działo się w Gdańsku. Już wtedy zaczęło wkraczać wojsko. Zaczęły się uliczne walki. Rzucaliśmy różnymi rzeczami, stawialiśmy opór napierającym funkcjonariuszom. Protestujący wdarli się do budynku komitetu partii. Najpierw zaczęli wyrzucać przez okna meble i różne dokumenty, a później podpalili gmach.
Do dziś nazywam ten budynek „polskim Reichstagiem”. Do milicji i wojska dołączyły inne służby, w tym straż pożarna. Chcieli ugasić PZPR i budynek milicji, który też płonął, ale nie pozwalaliśmy. Tłum nie chciał, by gasili budynki władzy. Pozwalaliśmy tylko na to, by pilnowali okolicznych kamienic, by nie zajęły się od ognia. Zniszczenia i tak wyszły poza obszar walk.
Pamiętam, że Pewex przy pobliskim Placu Lotników został cały ograbiony. Wszystko trwało do godzin wieczornych i zakończyło się kilkunastu osób. Nie wszyscy byli protestującymi. Niektórzy zginęli przypadkowo. To był „czarny czwartek”.
Przewodniczący
Atmosfera w mieście była grobowa. Bano się wychodzić na zewnątrz. Następnego dnia na ulicach stały czołgi, postawiono też barykady. Poszedłem do pracy. Nie przebieraliśmy się, ale też nie wyszliśmy ponownie na ulice. W stoczni Warskiego powstał Ogólnomiejski Komitet Strajkowy, który zarządził generalny strajk okupacyjny.
Podporządkowało się mu ponad sto przedsiębiorstw. W każdym z nich wybrano władze. U nas przewodniczącym Komitetu Strajkowego został pracownik, który należał do partii i był jednocześnie przewodniczącym związku zawodowego. Na funkcję jego zastępcy koledzy delegowali natomiast mnie. To był wielki zaszczyt, tym bardziej że 19 grudnia dotychczasowy przewodniczący zrezygnował i zająłem jego miejsce.
Byłem też łącznikiem ze stocznią. Jeździłem tam pomagając organizować różne sprawy, w tym jedzenie, które trzeba było dostarczyć do różnych zakładów. Przedsiębiorstwo „Gryf” znajdowało się na terenie różnych nabrzeży. Na Nabrzeżu Oko na Żelechowie działała nasza wędzarnia, która zatrudniała około trzystu pracownic. One również chciały odejść z pracy i razem z nami strajkować. Dyrekcji zakładu zależało, by zostały na swoich stanowiskach pracy, bo gdyby porzuciły obowiązki, to doszłoby do kryzysu.
Na zmarnowanie poszłoby wiele produktów, co oznaczałoby straty finansowe.
Dyrektor skontaktował się ze mną i poprosił o pomoc. Chciał, żebym namówił pracownice do rezygnacji ze strajku. Omówiłem tę kwestię z kolegami i doszliśmy do wniosku, że powinienem to zrobić. Gdyby wstrzymały pracę problemy miałaby nie tylko dyrekcja „Gryfa” ale też strajkujący, którzy straciliby dostęp do jedzenia. Razem z dyrektorem pojechałem więc do wędzarni. To było dla mnie przeżycie, do dziś czuję nerwy, które miałem. Musiałem wejść na rampę i przemówić do całego tłumu.
Miałem 21 lat i się stresowałem. Mówiłem kobietom, żeby nie włączały się do strajku, bo potrzebujemy jedzenia. Były złe, ale zrozumiały. Zadziałało, zgodziły się, a my mogliśmy rozdysponowywać ryby między strajkującymi z różnych zakładów.
Gehenna
Podczas strajku powstało 21 postulatów, które przedstawiliśmy władzom miasta. Żądaliśmy m.in. powołania niezależnych związków zawodowych oraz rozliczenia robotniczej masakry. Protest trwał jeszcze przez cztery dni i skończył się 22 grudnia.
Wtedy w stoczni podpisane zostały porozumienia z rządem. Zmienił się I sekretarz, bo Gomułkę zastąpił Gierek. Władze zapowiedziały zmiany, ale atmosfera była taka sobie. Niby udało się wywalczyć część postulatów, ale pamiętano o śmierci dwudziestu czterech mieszkańców naszego miasta.
Mało brakowało, a ja też straciłbym życie, ale nie podczas zamieszek na ulicach.
22 grudnia nie dotarłem na spotkanie z władzami i podpisanie postulatów. Około godziny 8.00 milicjanci zatrzymali mnie przy ulicy Duboisa. Zarekwirowali samochód zakładowy, którym dysponowałem w dniach protestu, a mnie aresztowali, wrzucili do nyski i zawieźli na komendę przy ulicy Potulickiej. Wtedy zaczęła się moja gehenna.
Przesłuchiwali mnie przez trzy dni, w ten sposób w jaki robili to zbrodniarze za stalinizmu. Rozebrali mnie do naga i posadzili na krześle. Przy biurku siedziało trzech funkcjonariuszy, a kilku znajdowało się za moimi plecami. Ci z przodu pytali, a z tyłu bili. Uderzali w głowę, pluli, kopali. Pierwszego dnia było jeszcze spokojnie. Interesowało ich dlaczego to robimy, z jakiego powodu atakujemy ludową władzę. Nie pytali o nazwiska innych strajkujących, bo doskonali je znali. Mieli czarno na białym kto jest kim, jaką pełni funkcję, gdzie mieszka, kim są członkowie jego rodziny.
Najwięcej pytali o polityczne zaplecze naszych działań. Uznawali, że każdy z naszych postulatów jest związany z polityką. Odpowiadałem, że nie walczę jako polityk, że dla mnie liczy się tylko obrona praw pracowniczych. Stałem przy swoim, czasami, jak to młody chłopak coś tam odburknąłem, za co znów dostałem po głowie. Moje odpowiedzi nie przypadły im do gustu, więc drugiego dnia zaczęli mnie torturować.
Cały czas byłem nagi, a oni polewali mnie zimną wodą i bili. Pamiętam ich oczy. Wielkie i przekrwione. Wyglądali i zachowywali się jakby byli pod wpływem jakichś środków pobudzających. Nakręcali się, bili coraz mocniej a do tego chcieli mnie ośmieszyć i złamać psychicznie.
Robili ze mnie łacha. Podgadywali: „Ale masz dupcię”, dotykali mnie i przytulali, sugerowali że może muszą się mną inaczej zająć. Wywnioskowałem, że czegoś ode mnie żądają, że chcą mnie wykorzystać. Zrobić ze mnie użytek seksualny. Zgwałcić, by mnie całkowicie upokorzyć…
Śpiączka
W tamtym czasie miałem problemy zdrowotne związane z hemoroidami. Gdy mnie bili, hemoroidy pękły. Po nogach zaczęła mi lecieć krew. Nie mieli pałek, ale nie musieli ich trzymać. Używali pięści i nóg, na których mieli piękne, masywne buty. Jeden kop i mogłeś stracić zęby.
Przez dwa dni się powstrzymywali i jeszcze jako tako traktowali. Zmasakrowali mnie dopiero trzeciego dnia. Dostałem w głowę. Upadłem i zaczęli mnie kopać. Na oślep, w głowę, w korpus, po miejscach intymnych. Nie wiem co się ze mną działo. Straciłem przytomność i nie odzyskiwałem jej przez wiele dni.
Przebudziłem się dopiero po tygodniu. Lekarze i rodzina powiedzieli, że to cud. Pobili mnie do takiego stopnia, że trafiłem do szpitala przy Unii Lubelskiej w tragicznym stanie. Znajdowałem się w śpiączce, a nawet stwierdzono śmierć kliniczną. Mam to zapisane w wypisie ze szpitala. Dlatego wszyscy uznali, że to cud. Przeżyłem, bo byłem młody i miałem silny organizm.
Zanim wyszedłem ze szpitala minęło trochę czasu. Miałem wstrząs mózgu, połamane żebra i ogólne potłuczenie całego ciała.
W innych salach, takich jak ja było wielu. Rannych od pobić, czy od postrzałów w czasie manifestacji. Lekarze byli za nami, walczyli o powrót do zdrowia i mówili co dzieje się w mieście i w kraju. Mówili, że mamy dużo szczęścia, więcej niż dwadzieścia cztery osoby, które zginęły.
Swoją obecnością przypominali nam o tej tragedii milicjanci, którzy znajdowali się w szpitalu i pilnowali nas. Przy pomocy lekarzy, gdy doszedłem do siebie, zostałem potajemnie wywieziony przez rodziców. Umieścili mnie u ciotki, bo w mieszkaniu przy Jagiellońskiej szybciej by mnie znaleźli.
Więzienie
Zakończono strajki, podpisano postulaty, doszło do zmiany władzy, ale nie oznaczało to dla mnie końca prześladowań. Po tym jak się wykurowałem, a było to pod koniec stycznie, poszedłem do swojego zakładu pracy.
- Jesteś zwolniony, nie ma tu dla ciebie miejsca – powiedział dyrektor przedsiębiorstwa.
Zacząłem szukać nowej pracy. Na szczęście nie miałem z tym problemów i w 1971 roku zatrudniono mnie w Zakładach Chemicznych Police. Pracowałem, ale milicja o mnie nie zapomniała. Byłem wzywany kilka razy na komendę przy Małopolskiej. W różnych sprawach: jako świadek, albo oskarżony za jakieś głupstwa. Raz za przekroczenie prędkości, drugi raz za inne wykroczenie.
Szukali na mnie haka i nękali. Pokazywali, że cały czas mają na mnie oko. Ale jak mówiłem: człowiek młody to człowiek, który niczego się nie boi. Zająłem się wtedy roznoszeniem ulotek i różnych takich nielegalnych pism. Robiłem to razem z kolegą. Długo nam się to udawało, aż w końcu nas złapali.
Było to w marcu 1972 roku. Około godziny 15 wracałem do domu z Polic. On jechał ze mną. Mieliśmy przy sobie materiały do kolportażu. Nie wiem, czy ktoś nas podkablował, czy byłem obserwowany. Tego dnia zomowcy czekali na nas przy bramie mojego mieszkania. Kazali się wylegitymować, a my oczywiście się stawialiśmy.
Doszło do przepychanki. Jeden milicjant upadł. Wrzucili nas do swojej nyski, zawieźli na komendę na Mazurską, a tam czekała na nas „ekipa”. Milicjanci utworzyli dwa szpalery na korytarzu i przepuścili nas przez ścieżkę zdrowia. Byłem poobijany, znów miałem wstrząs mózgu, poobijane żebra i problemy z kręgosłupem. Kolega, na skutek pobicia zmarł pół roku później w szpitalu.
Trzymali mnie tam przez trzy dni, po czym zawieźli na Kaszubską do prokuratury. Byłem półprzytomny, poobijany. Starali się mnie doprowadzić do porządku, ale gdy pani prokurator zobaczyła moje obrażenia, od razu kazała zawieźć mnie do szpitala na Pomorzanach. Spędziłem tam trzy tygodnie.
Po wypisaniu milicjanci zabrali mnie do więzienia w Stargardzie, gdzie przesiedziałem trzy miesiące. Miałem siedzieć do czasu rozpoczęcia mojego procesu o pobicie milicjanta, ale w końcu mnie wypuścili. Bałem się, że wrócę do więzienia, ale nie dostałem wielkiego wyroku. Tylko to, co już odsiedziałem.
Gryfino
Rozprawę o pobicie milicjanta miałem w lutym 1973 roku. Mieszkałem już wtedy w Gryfinie. Trafiłem tutaj z przymusu. Kiedy oskarżono mnie o pobicie milicjanta mogłem pożegnać się z pracą w Policach. Mało tego, gdy wypuszczali mnie z więzienia usłyszałem, że mam się wynieść ze Szczecina. Zasugerowali, że tak będzie dla mnie lepiej.
Akurat trafiło mi się, że w Nowym Czarnowie ruszała Elektrownia Dolna Odra. Zostałem zatrudniony w styczniu 1973 roku jako monter urządzeń nawęglania. Pół roku później dostałem też przydział mieszkania. W tym czasie wziąłem w Szczecinie ślub i razem z żoną zamieszkaliśmy w bloku przy ulicy Bałtyckiej. W pierwszej klatce od stadionu. Ogólnie w pracy zajmowałem się czymś innym, niż wskazuje moje stanowisko.
Prowadziłem elektrowniane wczasy w Dziwnówku i w Pobierowie. Byłem bardzo zadowolony. Uważałem, że znalazłem się w raju. Super dyrekcja, świetni koledzy. Atmosfera była bardzo koleżeńska a nawet rodzinna. Sam założyłem też własną rodzinę. W 1974 roku na świat przyszedł Adam a w 1976 roku urodził się mój drugi syn – Marek.
To były piękne czasy, aż do 1976 roku, gdy w elektrowni wybuchł strajk zwany Czerwcem 1976. Wtedy znów byłem inwigilowany przez funkcjonariuszy SB. Prowadzili sprawę o kryptonimie „Blok”. Z Instytutu Pamięci Narodowej dostałem teczkę, w której mogłem poczytać o tym, jak nas śledzono, a później nękano. Razem z kilkoma kolegami zostałem wyrzucony z pracy. Władze zadbały też o tym, żebym długo nie mógł znaleźć zatrudnienia.
Dlatego mówię, że Grudniu ’70 nie skończył się dla mnie po kilku dniach. Jeszcze przez kilka lat miałem problemy i musiałem zmagać się z systemem. W czwartek mija pięćdziesiąta rocznica wydarzeń grudniowych. Jestem członkiem „Stowarzyszenia Społecznego Grudzień 70. Styczeń 71” oraz Gryfińskiego Stowarzyszenia Pamięć i Prawda.
Cieszę się, że byłem uczestnikiem tych ważnych wydarzeń, które doprowadziły do zmian w kraju.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pozdrowienia z Berlina.

Pozdrowienia z Berlina.