Reklama

Jak wyglądały święta w powojennej gminie Banie?

Jak świętowano Boże Narodzenie ponad siedemdziesiąt lat temu, niespełna kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej? Dwa lata temu, na łamach Gazety Gryfińskiej, opowiadała o tym Zofia Iwko, która przyjechała do Piaseczna w 1945 roku. Swoimi wspomnieniami podzieliła się również Maria Chmielnicka z Bań, której pierwsze święta Bożego Narodzenia na „Ziemiach Odzyskanych” miały miejsce w 1947 roku. Ich relacje spisał Andrzej Krywalewicz

Mówi pani Zofia:

Urodziłam się na Wołyniu w 1941 roku w wiosce Ludwikówka, która w czasie wojny została spalona i zrównana z ziemią. Razem z rodziną udaliśmy się na Zachód. Najpierw trafiliśmy do Tetynia, ale ludzie doradzali nam, aby iść przez las i kierować się do Piaseczna. Tam miało być dużo domów opuszczonych. Zrobiliśmy tak i zamieszkaliśmy w jednym dużym domu z podwórkiem, ogrodem z drzewami owocowymi. Tata nauczył się naprawiać maszyny do szycia., był złotą rączką do spraw mechanicznych. Jeździł po wioskach, z pustych domów zabierał, jeśli mieszkali ludzie proponował, że odkupi. Gdy do Piaseczna przybył transport koni z UNRRY, otrzymaliśmy narowistego konia. Tata sobie z nim poradził, oswoił. Rodzice kupili też krowę. Poza tym otrzymaliśmy z nadania chyba 7 hektarów ziemi. Później rodzice dokupili kolejne 4 hektary.

Reklama

Do Piaseczna dotarliśmy na przełomie lata i jesieni 1945 roku. Tam właśnie była nasza pierwsza wigilia na nowych ziemiach. Święta Bożego Narodzenia to wyjątkowe święta, więc trzeba było zadbać o wszystko. Do lasu mieliśmy dobre dwa kilometry. Poszliśmy i przynieśliśmy choinkę, oczywiście świerk. Była zawieszona pod sufitem, bo taki to był zwyczaj. Później ten zwyczaj zaczął stopniowo zanikać i choinki były ustawiane w stojakach na podłodze.

Mama piekła ciasteczka z dziurką, przez która przekładało się nitkę, sznurek. W czasie długich, jesiennych wieczorów zasiadaliśmy przy drewnianym kuchennym stole i podpatrywaliśmy jak babcia razem z mamą sprawnie wykonują ozdoby na zbliżające się święta. W pamięci utkwiły mi świąteczne ozdoby choinki.  Łańcuszki ze słomy, pajacyki papierowe, słomiane albo wykonywane ze skorupek jajek. Były też orzechy owijane papierkami, u góry pojawiał się supełek, jabłka wiązane na ogonkach. Do tego wybieraliśmy mniejsze owoce. W pierwszych powojennych latach cukierki to była rzadkość. Zdarzało się, że gotowano krówki z mleka i cukru. Zaczęły się pojawiać w obwoźnej furmance zaopatrującej w towary spożywcze, przemysłowe. Później pojawiły się też cukierki, skromne landrynki i irysy w pierwszym stałym sklepie wiejskim, które też wieszaliśmy na choince. Starsi przestrzegali, aby nie zjadać słodyczy, trudno było wytrzymać. Odkładaliśmy papierki do drewnianej szuflady, aby zużyć je podczas wykonywania ozdób choinkowych.  Potrawy wigilijne przygotowywała babcia z mamą. W domu pachniało suszonymi grzybami, pieczonym ciastem drożdżowym. Do dzisiaj czuje ten zapach, z dobrze ogrzanego pomieszczenia kuchni rozchodził się do pokoju zapach. Przed świętami tata przynosił do domu w wiaderku ryby: karasie, płocie, szczupak.

Reklama

W końcu nadeszła wigilia.  Na dużym stole przykrytym białym obrusem ustawiano pierogi z kapustą i grzybami, barszczyk z buraczków, smażone ryby i pokrojone ciasto drożdżowe z kruszonką, sos grzybowy.  Po przełamaniu się opłatkiem obowiązkowo zasiadaliśmy do kolacji wigilijnej. Później obowiązkowo kolędy i pastorałki.  Moja mama, babcia, wujek mieli bardzo ładne głosy. Zapamiętałam szczególnie kolędy: „Do szopy hej pasterze”, „Cicha noc” oraz pastorałki: „Leć kolędo w świat”, „Jóżefie stajenki nie szukaj”. Pierwsze zapamiętane święta kojarzą mi się  nieodłącznie z odwiedzinami sąsiadów. Schodzili się, wymieniali się do „samej” pasterki. To było takie obowiązkowe, aby odwiedzić i spędzić w domach sąsiadów „trochę” czasu wspólnie. Boże Narodzenie kojarzy mi się ze śniegiem. Było biało, ładnie, księżycowo. W takiej scenerii szliśmy do Bań na pasterkę, a był to kawałek drogi. Udawaliśmy się pieszo, albo na furmankach. Dużo mieszkańców z Piaseczna i sąsiednich wiosek udawało się na tę pasterkę, nikt się nie wycofywał. Droga brukowana zaludniała się.  W dobrych nastrojach, w serdecznej atmosferze z każdym krokiem zbliżaliśmy się do kościoła w Baniach.  Coś mi się w tej chwili przypomniało związanego z moją babcią. W tych pierwszych powojennych latach babcia gdzieś zawsze blisko mnie przebywała, albo to ja blisko babci. Ona wtedy miała skończone „dobrze” ponad sześćdziesiąt lat. Gdy szliśmy na pasterkę, blisko siebie, zapamiętałam szybki chód babci, do dziś pamiętam, że trudno mi było nadążyć. Zimy śnieżne, mroźne, a do tego niełatwo było dotrzymać kroku mojej babci. To byli naprawdę silni ludzie. Jak sobie przypomnę teraz  ile furmanek wokół kościoła oczekiwało, wierzyć się dziś nie chce. Ja młodziutka w nocy, w kościele, w tłumie. To było dla mnie wielkie przeżycie. Weszliśmy do kościoła wejściem od strony wieży. Kruchta i kościół był pełniutki, ścisk, trudno przejść do przodu. Babcia kazała się przeciskać. Udało się, dotarliśmy bliżej ołtarza. Wnętrze kościoła było słabo oświetlone, dużo świeczek i śpiew. Odwracałam się do tyłu, zaciekawiła mnie empora kościelna, duża, okazała. Stamtąd wydobywał się silny głos organów i chóru. Dla mnie to było przeżycie, skoro tak wiele zapamiętałam z pierwszej pasterki. Gdy opuszczałyśmy kościół, podszedł do babci sąsiad. Rozmawiali chwilę, później skierowałyśmy się do furmanki, która oczekiwała gdzieś w pobliżu dawnej plebani na ul. Bolesława Chrobrego. Przytuliłam się mocno, zasnęłam. W domu szczęśliwie odnalazłam swoje drewniane łóżko, w którym szczęśliwie zasypiam. No i nadeszły święta. Spędzaliśmy te dni wspólnie, rodzinnie. Oczywiście w popołudnia przychodzili w odwiedziny sąsiedzi. Zapadły mi w pamięci świąteczne odwiedziny sąsiadów: pani Kita z rodziną, państwa Sochowskich.

W święta po śniadaniu obowiązkowo szliśmy na dwór. Wydeptanymi ścieżkami spacerowaliśmy, biegaliśmy pełni szczęścia. Dzieliliśmy się swoimi odczuciami, ja oczywiście opowiadałam o wyjątkowej nocy spędzonej w kościele. Odwiedzaliśmy też obowiązkowo plac kościelny, zasypany śniegiem i podwórko szkolne. Spędzaliśmy też czas na drodze na sankach. Droga opustoszała, w takie zwykłe dni furmanki przejeżdżały od czasu do czasu drogą. W święta było pusto, zawładnęliśmy drogą.

Reklama

 

Mówi Maria Chmielnicka:

Doskonale pamiętam moje pierwsze święta w Baniach w 1947 roku. Była bieda, nic nie było.  Przyjechaliśmy na wiosnę. Każdy dorabiał się jak mógł. Dostaliśmy prawie dwa hektary ziemi. Tata otrzymał pracę na stacji kolejowej. Odśnieżał, mocował tablice na wagonach, utrzymywał teren stacji w porządku. Pomału przychodziła do nas stabilizacja.

Jeśli chodzi o święta: moja siostra Bronia z rodziną, ciocia Mędrykową, pani Kamińska - wszyscy spędzaliśmy je w jednym domu. Wigilia przebiegła skromnie, były pierogi z grzybami, kapusta z olejem, sos albo zupa grzybowa, ziemniaki ugotowane. Mama robiła sama ciasta drożdżowe. Choinka była niska. Ozdoby sami robiliśmy: pajacyki ze słomy. Cięło się grubszą słomę na mniejsze kawałki, później na przemian słoma i paski papieru. Zamykam oczy i widzę przed sobą sznury ozdobnych łańcuchów. Ozdoby robiło się „daleko” przed świętami. Mama bombki robiła samodzielnie. Siadaliśmy na krzesłach przy stole blisko okna i przyglądaliśmy się. Przygotowywała klej z mąki i wody. Nakręcała papierem wzdłuż patyka, nożyczek, tworzyła się kula papierowa. Później zaklejała klejem i wiązała supełek ze sznurka u góry. Dużo tego narobiła, układała te papierowe bombki obok siebie. Mama dużo umiała takich rzeczy robić. Wigilie spędzaliśmy w gronie najbliższych.

Reklama

Na stole świątecznie, ale skromnie. W pobliżu duża świeczka, która dodawała nastroju, opłatek i życzenia. Pojawiały się łzy i uśmiechy. Choinka dodawała uroku. Muszę przyznać, że święta kojarzę ze śniegiem i mrozem. Ulice Bań wyludniały się po południu. Każdemu udzielała się atmosfera świąteczna. Później odwiedzali jedni drugich. Śpiewano kolędy pięknie, tak mijał czas w świątecznej atmosferze do pasterki. Śpiewałam w chórze. Przez długie lata towarzyszył mi śpiewnik, podpisany przez księdza, ale zaginął. Teraz miałby siedemdziesiąt lat. Najpierw śpiewałyśmy same, później przyjechał do miasteczka Hugo Szewe, organista. On miał rodzinę w Lubanowie. Przyjeżdżał na próby, ćwiczyliśmy razem śpiew. Hugo ładnie grał na organach. W czasie mszy nasz śpiew rozchodził się po wnętrzu naszego kościoła. W pierwszy dzień świąt obowiązkowo szliśmy w południe do kościoła, a później przychodził czas na opowieści dorosłych. Pan Mędryk i Kamiński opowiadali „bajki” . Do pierwszej, drugiej w nocy przysłuchiwaliśmy się rozmowom, wspomnieniom dorosłych. A takie to wszystko było ciekawe. Medryk opowiadał o swojej wędrówce w poszukiwaniu żony, jak tata jego woził od wsi do wsi.  Ile było śmiechu, wszyscy słuchali w skupieniu, to było ciekawsze jak telewizja.  Zapamiętałam też opowiadania o wojnie, przeżyciach. Do dziś to wspominam.

 

Reklama

Andrzej Krywalewicz

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama